Kompen­dium na te­mat de­mo­kracji         MARK13  23–01–2010  18:03:37

 

Demo­kracja a totalita­ryzm

Milton Fried­man:

Mówiąc katego­riami poli­tycz­nymi, kapi­ta­lizm to sys­tem propor­cjonal­ne­go przed­stawi­ciel­stwa. Każdy może glo­so­wać na kolor ulubio­nego krawata i otrzyma go. Nie musi spraw­dzać, ja­kiego koloru pra­gnie więk­szość, a gdy jest w mniej­szości – pod­po­rządko­wy­wać się jej. Kapita­lizm li­kwi­duje konflikt między mniej­szością a więk­szo­ścią, nie zna­jąc w ogó­le takich pojęć. Dzieje się tak dla­tego, bo opiera się on na wol­no­ści me­cha­ni­zmów ryn­ko­wych, a wolny ry­nek tole­ruje wszelką różno­rod­ność.

 

Rozwią­zanie proble­mów w demo­kra­cji przez głoso­wanie ma zaw­sze cha­rakter totali­tarny – obej­muje wszyst­kich bez względu na to, czy po­pie­rają dane roz­wią­zanie czy są mu prze­ciwni. Demo­kracja zgła­sza rosz­czenia do by­cia je­dynym moral­nie słusz­nym sposo­bem urzą­dzania i ocenia­nia każ­dej sfery ży­cia zbio­ro­wego i jed­nostko­wego. Cho­dzi o to, że wszyst­kie, na­wet naj­drob­niejsze pro­blemy ludzi, muszą być roz­wiązy­wane demo­kra­tycz­nie i roz­wią­za­nie to musi być sto­sowane do wszyst­kich. Mu­simy roz­strzy­gać w de­mo­kra­tycz­nym głoso­wa­niu, czego uczą na­uczy­ciele, gdzie się ubez­pieczyć, jak mają wy­glą­dać mia­sta, ile ma wynosić emery­tura, ja­kie mają być stop­nie na świa­dec­twach, jaka ma być służba zdrowia itp.

 

Jakie są tego konse­kwencje? Głupia więk­szość wy­biera głupie rozwią­za­nia i wszyscy mu­szą się do tych głu­pich roz­wią­zań sto­sować. Wolny ry­nek nato­miast nie jest to­talny. Jeś­li więk­szość wybie­rze roz­wiąza­nie głupie, to bę­dzie tak mieć, ale mniej­szość nie bę­dzie mu­siała się do­sto­so­wać. Głupcy w de­mo­kracji wybie­rają zły sys­tem zdro­wotny i taki sys­tem trwa. Na wol­nym rynku głupcy leczą się u leka­rzy–par­taczy, a mą­drzy u do­brych fa­chow­ców. Po pew­nym cza­sie głupi widzi, że jest dużo go­rzej leczony i chce być le­czo­ny tak jak ten mą­dry, na­wet jeśli tych mą­drych i zdro­wych jest mniej­szość. W de­mo­kra­tycz­nym syste­mie zdro­wotnym ten do­bry przykład w ogóle się nie pojawi, przez co głupi ni­gdy się nie do­wie, że mo­głoby być le­piej.

 

Wolny rynek pozwala na to, by coś, co się spodoba wielu lu­dziom, mogło być szybko zwe­ryfi­kowane w prak­tyce, wolny ry­nek to ciągłe ekspe­rymenty i zmiany. Ciągle poja­wia­ją się nowe pro­dukty i usługi, a stare znikają. Sytu­acja jest bar­dzo dyna­miczna i ten dy­na­mizm powo­duje, że ła­twiej zaspo­kajać lu­dziom po­trzeby.

 

Totalizm demo­kracji, która reguluje sprawy gospo­darcze, powo­duje, że go­spo­darka jest du­żo bar­dziej ocię­żała, ma straszną inercję i jak pój­dzie w złą stronę, to bar­dzo trudno bę­dzie ją za­wrócić. Trzeba naj­pierw miliony lu­dzi przeko­ny­wać teore­tycznie, ro­bić pro­pa­gan­dę, zdobyć władzę, do­ko­nać zmian w prawie i doko­nać to­talnej zmiany – to wszystko trwa la­tami. To samo co w demo­kracji rozło­żone jest w czasie, na wol­nym rynku staje się wie­lo­kroć szyb­ciej – ktoś wpada na po­mysł, przeko­nuje nielicz­nych do jego re­ali­zacji i już działa on w prak­tyce. Co istotne, inne, stare rozwią­za­nia trwają rów­no­le­gle, konku­rują ze sobą, aż wy­grywa rozwią­zanie najlep­sze. W de­mo­kracji nato­miast, aby coś prze­pro­wa­dzić, trzeba to roz­wa­żać teore­tycznie i teore­tycznie do tego przeko­nywać ludzi. A ludzie są głupi i jak coś im się teo­re­tycznie tłu­ma­czy, to nie ro­zu­mieją. Wolny rynek po­zwala to sa­mo łatwo i szybko zre­ali­zo­wać w prak­tyce i poka­zać, jak działa – bez ko­niecz­ności prze­ko­ny­wania kogo­kol­wiek. Ci sami głupi lu­dzie zrozu­mieją to wtedy bez pro­blemu, bo al­bo im się spodoba nowe rozwią­zanie, albo nie. Zoba­czą je na żywo, na­ocz­nie, w prak­ty­ce, a nie w ja­kiejś niezro­zumiałej teorii.

 

Demo­kracja a głupota

Win­ston Chur­chill:

Najlep­szym argu­mentem prze­ciwko demo­kracji jest pięć minut roz­mo­wy z prze­ciętnym wy­borcą.

Walter Bagehot:

Aby utrzy­mać demo­krację, po­trzebna jest głu­pota na nie­wy­obra­żalną skalę.

Nicolás Gómez Dávila:

Wol­ność demo­kraty nie po­lega na tym, że może po­wie­dzieć wszystko, co myśli, ale na tym, że nie musi my­śleć o wszyst­kim, co powie.

Walter Lippmann:

Czło­wiek nie ma i nie może mieć wła­snego zdania na te­mat wszyst­kich spraw publicz­nych. Nie ro­zu­mie zda­rzeń, ich przy­czyn ani skutków. Nie jest zainte­re­so­wa­ny kon­se­kwen­cjami wła­snych decyzji. Nie ma naj­mniej­szego po­wodu przy­pusz­czać – tak jak mi­stycy demo­kracji zwykli to czy­nić – że połą­czenie igno­rancji jedno­stek tworzą­cych masy może stwo­rzyć stałą siłę na­pę­dową życia publicz­nego.

 

90% lu­dzi nigdy nie po­winna głoso­wać z powo­dów obiek­tyw­nych – bo są głupi i leniwi. Co zna­czy, że głupi – to mniej więcej wia­domo. Leniwi znaczy nato­miast niezain­te­reso­wa­ni konse­kwen­cjami swoich wybo­rów, niezain­te­reso­wani stu­dio­waniem ich, anali­zo­wa­niem i ewentu­al­nym unika­niem skutków kolej­nych błęd­nych decyzji. De­mo­kra­cja dla­tego jest ba­lastem roz­woju cywili­zacyj­nego, bo głu­pota ma w niej takie same prawa jak mą­drość – a jako że głup­ców jest znacz­nie wię­cej niż ludzi mą­drych (jak je­den do dziesię­ciu przy­najm­niej), to w demo­kra­cji grozi nam tylko regres, a w najlep­szym razie stagna­cja.

 

Więk­szość jest zbyt głupia i leniwa, by zro­zumieć teore­tyczne argu­menty za i przeciw, daj­my na to, znie­sie­nia ceł na to­wary spro­wa­dzane z zagra­nicy – jest zbyt głupia, by włą­czyć się do dys­kursu pu­blicz­nego w tej spra­wie, by go do­głęb­nie prze­anali­zować i pod­jąć decyzję w sto­sunku do wszyst­kich im­porte­rów i ekspor­terów, obec­nych i niena­ro­dzo­nych, czyli ja­kiegoś abs­trak­cyjnego tworu, którego masy z racji by­cia masą nie są w sta­nie ogarnąć swoim kolek­tyw­nym, uprosz­czonym umy­słem. Ale ci sami głupcy i le­nie są wy­star­czająco mą­drzy i zaradni, by zde­cy­do­wać o tym, komu i za ile wysłać paczkę do Ir­lan­dii czy od kogo i za ile spro­wadzić samo­chód z Ame­ryki. Suma ich in­dy­widu­al­nych de­cy­zji bę­dzie zawsze decyzją mądrą, pod­czas gdy de­cyzja w ogólno­pań­stwo­wym re­fe­ren­dum tych sa­mych ludzi w sprawie oclenia WSZYST­KICH towa­rów bę­dzie zawsze de­cy­zją głu­pią.

 

Więk­szość jest zbyt głupia, by zde­cydo­wać, jaki sys­tem emery­talny będzie najlep­szy dla wszy­st­kich w pań­stwie, ale jest wy­star­czająco mądra, by wie­dzieć, jak sie­bie za­bez­pie­czyć na sta­rość; więk­szość jest zbyt głu­pia, by za­projek­to­wać ogól­no­naro­dowy sys­tem opie­ki zdro­wot­nej, ale jest wystar­cza­jąco mądra, by wy­brać sobie leka­rza, który ich wyle­czy, gdy za­cho­rują; więk­szość jest zbyt głu­pia i leniwa by kie­ro­wać pań­stwem, by zde­cy­do­wać o tym, co ma ro­bić pań­stwo, aby zy­skać ekono­micznie, więk­szość jest zbyt głu­pia, by po­dejmo­wać de­cyzje doty­czące pań­stwa – ale każdy z tych głupców i le­niów jest wy­star­czająco mądry i za­radny, by sa­memu zyskać w swo­ich wła­snych działa­niach gospo­dar­czych.

 

Jest jeszcze coś, o czym warto pa­mię­tać: gdy decy­dujemy o jakiejś sprawie indywi­dual­nie lub w gru­pie, to w istocie nigdy nie jest to ta sama sprawa. Np. chcemy zdecy­dować o tym, jak za­bez­pieczyć się na sta­rość. Gdy de­cydu­jemy in­dywidu­alnie, wy­bie­ramy dla sie­bie najlep­szy sys­tem oszczę­dzania, a gdy de­cy­dujemy gru­powo, wybie­ramy je­den wspól­ny sys­tem oszczę­dzania dla grupy. W isto­cie są to dwa różne sys­temy. Dalej: jeśli chce­my rzetelnie zde­cy­dować o sys­te­mie grupo­wym, to nie mo­żemy kiero­wać się w tej decyzji tym, jaki sys­tem wy­brali­byśmy dla sie­bie. Wy­bór sys­temu grupo­wego jest wielo­kroć trud­niej­szym zada­niem niż wybór sys­temu dla sie­bie. Prze­ciętny człowiek jest wy­star­cza­ją­co in­teli­gentny i ma wy­star­czająco dużo da­nych, by wy­brać dobry sys­tem oszczę­dza­nia dla sie­bie, ale nie ma wy­star­czająco dużej wiedzy i da­nych, by zde­cy­do­wać o syste­mie oszczę­dzania dla większej grupy. Ale na­wet jeśli o tym sys­te­mie grupo­wym zdecy­duje ja­kiś ge­niusz, który bę­dzie dys­po­nował nie­ograni­czoną ilością ba­dań sta­ty­stycz­nych, to i tak zawsze to­talne rozwią­zanie, czyli ja­kiś je­den sys­tem oszczę­dzania dla wielu, okaże się gor­szym rozwią­za­niem, niż gdyby każdy miał wybrać sys­tem emery­talny dla sie­bie.

 

Wnio­sek:

Głupia więk­szość jest zbyt głupia, by po­zwolić jej dzie­lić swoje decyzje z resztą, ale jak za­chowa te de­cy­zje dla sie­bie, to rap­tem okażą się one wystar­cza­jąco mądre, żeby fun­k­cjo­no­wać na wol­nym rynku, ba, okażą się na tyle mą­dre, że ogólny kapitał w społe­czeń­stwie wzro­śnie. Bo głu­pia więk­szość pra­wie zawsze składa się z mą­drych jedno­stek. Cho­dzi o to – mówiąc bardziej obra­zowo – że mo­tłoch w demo­kracji to ka­ta­strofa, ale mot­łoch na wol­nym rynku to już nie mo­tłoch, lecz grupa konsu­men­tów, gdzie każdy do­sko­nale ro­zu­mie, czy le­piej dla niego ku­pić chińskie majty na stadio­nie czy mar­kowe w sa­lonie bielizny. A jak się pomyli i mu pękną w kroku, to na­stęp­nym ra­zem kupi inne. Wol­ny rynek nie ma NIC wspól­nego z de­mo­kracją – to wy­bór in­dywi­du­alny i żadnej więk­szości być tu nie może. To nie są ja­kieś tam wy­du­mane fana­be­rie ani postu­laty je­dy­nie te­ore­tyczne – w opar­ciu prawa wolnego rynku Ame­ryka i Wielka Brytania zbu­do­wały swo­je potęgi. Więk­szość gospo­da­rek eu­ro­pej­skich prze­chodziła etap wol­nego rynku w naj­więk­szych dla sie­bie fa­zach rozwoju go­spo­darczego. Ka­pi­ta­lizm już nie raz udowod­nił, że jest naj­efektyw­niej­szym mecha­ni­zmem re­gulacji gospo­darki. Nikt go nie wy­myślił ani nie stwo­rzył – po­wstał samo­czyn­nie, tak samo jak sa­mo­czynnie działa jego mecha­nizm.

 

W skró­cie:

• Każda grupa, a więc też więk­szość, złożona jest z jedno­stek;

• Inne są zacho­wania jed­nostki, a inne grupy jedno­stek w tych samych warun­kach, a co do­piero w róż­nych;

• Zmiana rzeczy­wistości – z so­cjali­zmu na wolny ry­nek – powo­duje roz­człon­kowanie więk­szości na jed­nostki;

• Każda jed­nostka doko­nując wybo­rów tylko jej doty­czą­cych – doko­nuje wybo­rów dla niej sa­mej do­brych.

 

Demo­kracja a dogma­tyzm

Jednym ze stan­dardów współ­cze­snej demo­kracji są pięcio­przy­miotni­kowe wybory do par­la­mentu. In­nymi słowy, do­gmat demo­kra­tyczny głosi, że dobra wła­dza może być wy­bra­na tylko po­przez pięcio­przy­miotni­kowe wybory.

Ale czemu?

Czemu demo­kracja musi być więk­szo­ściowa? Czemu nie może być mniej­szo­ściowa? Prze­cież już z czy­sto ma­te­ma­tycz­nego punktu widze­nia każde ograni­czenie ludzi biorą­cych udział w pro­ce­sie wy­ła­niania wła­dzy czy w ogóle w pro­ce­sie po­dejmo­wania jakich­kol­wiek decyzji jest ko­rzystne, bo wzrasta efek­tyw­ność i mą­drość tej wła­dzy. I czemu de­mo­kracja musi być propor­cjo­nalna? Czy nie lep­sza jest ordyna­cja więk­szo­ściowa z dwie­ma tu­rami? Dla­czego tajna? Taj­ność ukrywa od­powie­dzial­ność. Dla­czego po­wszechna? Me­nele, bez­domni i lu­dzie idący na wyboru z nudów też mają gloso­wać? Na ja­kiej pod­sta­wie? Dla­czego równa? Czy głos czło­wieka mą­drego i doświad­czo­nego po­wi­nien wa­żyć tyle samo, co głu­piego i prymi­tyw­nego? Dla­czego bezpo­śred­nia? Czy nie le­piej, żeby np. Senat wy­bie­rany był przez człon­ków sa­morzą­dów po­chodzą­cych z wybo­rów?

 

Przy­wiązanie do tych pięciu przy­miotni­ków jest ewi­dentnie do­gma­tyczne. Ja­koś nigdy nie sły­szałem, by gdzie­kol­wiek współ­cześnie to­czono dyskurs pu­bliczny doty­czący sen­sow­ności tych przy­miotni­ków, o ra­cjo­nalnym czy eko­no­micz­nym ich uza­sad­nieniu nie wspo­minając.

 

Sprze­ciwianie się współ­cze­snym stan­dardom demo­kratycz­nym, czyli bycie anty­demo­kra­tą, nie ozna­cza, że po­piera się ty­ranię czy uży­cie siły w walce o wła­dzę. Al­terna­tywą dla de­mo­kracji nie jest tyra­nia, tak samo jak al­ter­na­tywą dla ko­loru zie­lo­nego nie jest bla­do­ró­żowy. W palecie mie­ści się znacz­nie wię­cej od­cieni, tak samo jak na demo­kracji i ty­ranii nie koń­czą się wcale roz­wią­zania syste­mowe. Nie wolno two­rzyć z demo­kracji tabu, które nie pod­lega żadnej kry­tyce. Demo­kracja nie może być ce­lem pań­stwa ani obywa­teli. Są róż­ne rodzaje de­mo­kra­cji: bezpo­śred­nia, pośred­nia albo z kil­koma stop­niami po­śred­nio­ści, jedno­turowa albo wieloturowa, pro­porcjo­nalna albo więk­szo­ściowa, dla wszyst­kich, al­bo dla elit, jeden czło­wiek je­den głos albo waga głosu za­leżna od czło­wieka, tajna albo jaw­na, totalna albo ograni­czona, z pra­wem veta albo bez. Każda z tych form po­winna być do­puszczalna, a przede wszyst­kim dysku­towana.

 

Tymczasem w rzeczywistości tak nie jest: dogmat „pięciu przymiotników” wciąż obo­wią­zu­je i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się w tej kwestii zmienić. Doszło do zu­peł­nie absur­dalnej sytuacji, że oto w wol­nym niby kraju normal­ność – czyli racjo­nalne po­dej­ście do ustroju pań­stwa – stało się pod me­dialną, le­wacką indok­tryna­cją nie­nor­mal­no­ścią albo wręcz herezją. Podważać sensowność tak wspania­łego ustroju, jakim jest de­mo­kracja – ustroju, o któ­rym Chur­chill powie­dział, że jest najlep­szym z wymy­ślo­nych przez człowieka – to się w gło­wie nie mieści!

 

A prawda jest taka, że demokracja to absurd – przy­najm­niej w takiej for­mie, w jakiej się ją dzi­siaj usku­tecz­nia. Jej zało­żenia nie mają żadnych, powtarzam: żadnych racjonal­nych pod­staw, co można bez trudu udo­wodnić, spro­wa­dzając ją do ab­surdu. W tym sensie de­mo­kracja jest sub­stytutem religii – nie ma wy­boru i jeśli chce przetrwać, musi stać się czy­stą wiarą, musi na­brać cha­rak­teru irra­cjonal­nej, świec­kiej re­ligii, w która „trzeba” wie­rzyć.

 

Demokracja a prawa mniejszości

Demokracja jest tyranią większości. Sloganowym kłam­stwem jest mó­wienie, że demo­kra­cja to sys­tem, w któ­rym rzą­dzi więk­szość z poszano­waniem praw mniejszości. Bo zasta­nów­my się przez chwilę: jaka więk­szość? I jak na­zywa się sys­tem, w któ­rym rządzi więk­szość bez posza­nowania praw mniejszości? 40% głosujących na Partię Dobrobytu i Po­stę­pu spośród 30% bio­rących udział w wy­bo­rach to ma być owa mi­tyczna więk­szość? Co w ta­kim ra­zie z „mniej­szo­ścią”? Zawsze prze­cież pozo­staje ta część ludzi, którzy nie po­par­li w głoso­waniu rzą­dzą­cych (zwykle jest to więk­szość, biorąc pod uwagę niegło­sują­cych), a któ­rym narzuca się później przemocą roz­wiąza­nia, którym byli przeciwni.

Tak wygląda poszanowanie praw „mniejszości” w demo­kracji?

Nieszczęście jednostki w demokracji polega właśnie na tym – że na jakość jej życia w znacz­nej mierze wpływ mają me­nele na zasiłku, więźniowie w zakła­dach karnych, de­bile, któ­rzy w życiu przeczytali może pół książki i pseudo–świa­domy elektorat, który wiedzę po­li­tyczno–ekono­miczną czerpie z telewi­zji/szkoły/gazet/rozmów z barmanem przy ladzie. A tak już się porobiło na tym świecie, że me­nelstwo i tę­pac­two obojga płci, czyli zwykły, ogłu­piony gmin, nigdy prze­nigdy nie za­głosuje na żad­nego liberała z tej pro­zaicz­nej przy­czy­ny, że w ogóle nie zrozumie, co ów człowiek mówi i gdzie mia­nowi­cie tkwi dobro gło­szo­nego przezeń programu. Podobnie pseudo–świadomy elektorat, legity­mu­jący się pa­pier­kiem ukończe­nia studiów – on także nie zechce od­dać głosu na ta­kiego polityka. Raz, że rów­nież nie bardzo jest w sta­nie po­jąc, iż o wiele lepszym wyj­ściem dla niego sa­mego jest to, że nie będzie dostawał do­datku na ogrzewa­nie i zasiłku na dziecko, a dwa – wła­śnie z po­wodu tego elemen­tarnego niezro­zumie­nia zagło­suje na kogoś, kto mu taki za­si­łek obieca.

 

Prawda o demokracji jest nawet da­lece bardziej „niewy­godna”: głos Ludu, obojętnie czy idzie o nie­głosu­jącą więk­szość czy głosującą mniej­szość, nie ma dla władzy żad­nego zna­czenia. Głosy głupców z gminu są tylko do­datkiem do praw­dziwej siły władz III RP. Bo nikt poważny i ważny nie słucha głup­ców. Lud jest tylko narzę­dziem po­mocnym do sia­nia pro­pagandy. Kiedy sitwa po­trze­buje opinii, to je nagła­śnia, a kiedy sobie nie życzy – bo np. po cóż jej opi­nie kry­tyczne wobec przymusu ubezpie­czeń – to się ta si­twa na opi­nie wypina i je blo­kuje. Dla de­cy­zji si­twy nie ma znaczenia nijaka racja obiek­tywna ani ni­ja­ka więk­szość lub mniejszość. Przy czym w dniu wy­bo­rów, gdy gmin stoi nad urną, si­twa robi, co może, by Lud głosował w ilo­ści jak naj­większej. Le­wica panicz­nie obawia się ni­skiej fre­kwen­cji – bo je­śliby pozbawić 90% gminu prawa głosu, to nie bę­dzie można wejść do Sejmu, obiecując każdemu mieszka­nie, obiad i flaszkę do obiadu, a więc dla wie­lu po­słów i posłanek skoń­czy się pole do działania i w efekcie kil­kadziesiąt tysięcy tu­ma­nów straci wy­soko płatne po­sady w ZUS–ach, KRUS–ach i NFZ–ach oraz innych tzw. „spół­kach skarbu państwa”.

 

Demokracja a socjalizm

Karol Marks:

Wystarczy wprowadzić demokrację, a ludzie więk­szością gło­sów wybiorą so­cjalizm.

 

Aby pojąć i zrozumieć istotę współ­cze­snych, nowo­cze­snych reżimów demo­kratycz­nych, trze­ba wpierw ode­rwać się in­telek­tualnie od tego, co podsuwają nam nasze my­śli. Pra­wi­ca, le­wica, ko­muni­ści, libe­rało­wie, wol­ność, po­stęp, de­mo­kracja, ka­pi­talizm etc. Warto po­myśleć sobie, że co­kolwiek przychodzi nam do głowy na skutek na­pływają­cych do nas in­fo­rmacji, względnie na skutek prze­bytej drogi eduka­cyjnej, jest z góry i bezdy­skusyjnie błęd­ne i prowadzi do wyciąga­nia fałszywych wnio­sków. Jest to forma obrony ro­zumu przed nim sa­mym. I jeśli nam się to uda, znajdziemy się wła­ściwie prawie u celu, gdyż te­raz pozo­staje już tylko włączyć swój kry­tyczny umysł do de­gu­stacji świata i za­cząć wszy­st­ko na nowo trawić i sze­rego­wać.

 

Komunizm, jaki przedstawiają pod­ręcz­niki szkolne, prasa i te­lewizja, odszedł w nieła­skach, od­rzucony przez wła­dzę z po­wodu raz, że zbyt dużej wolności wewnętrznej i au­to­no­mii, jaką dawał jednostce, a dwa – z przyczyn eko­no­micz­nych: był ustrojem z punktu wi­dze­nia rządzą­cych nie­opła­calnym, ocię­ża­łym, za mało cierpliwym i za mało wyra­fino­wa­nym. Doszło więc do eliminacji starego komunizmu i sta­rego faszy­zmu. Na zglisz­czach odrzu­conych to­talita­ry­zmów powstał to­talitaryzm nowy – de­mokracja większo­ścio­wa.

 

Zależność jest dokładnie tak prosta, jak przedstawił ją Marks w zacyto­wanym fragmen­cie: wy­bory wy­grywa się wy­łącz­nie ha­słami lewico­wymi, więc partie mamią motłoch ha­sła­mi „beci­kowe dla wszystkich ma­tek”, „bilety MPK za darmo” i innymi, ogłupiony, le­ni­wy lud głosuje, wy­biera władzę, władza wpro­wa­dza ustrój socjali­styczny. Tak oto w wy­ni­ku de­mo­kratycznych wyborów powstaje państwo opiekuńcze z cen­tralnie stero­waną go­spo­darką, bę­dące połą­cze­niem faszy­stowsko–komuni­stycz­nych postulatów ekono­micz­no–społecznych. Państwo takie – pod pre­tek­stem „interesu społecz­nego”, bezpie­czeń­stwa, soli­dar­no­ści czy w imię „sprawiedli­wości spo­łecznej” – posunie sie do do­wol­nego skur­wysyń­stwa, zacznie wchodzić z bucio­rami w każdą sferę ludzkiej dzia­łalności, prze­j­mu­jąc stop­niowo „opiekę” nad wszyst­kimi dziedzinami życia i prze­kształ­cając ludzi w pil­nie strzeżone zwie­rzątka. Od tego nie ma od­wrotu: jak raz dasz świni wejść racicami w ko­ryto, to wlezie – nic jej nie powstrzyma: w przeciągu jed­nej kaden­cji po­wstaną ko­lejne urzę­dy do walki z czymś tam, ds. kon­troli czegoś tam, ds. ochrony ko­goś tam, po­chła­nia­ją­ce gi­gan­tyczne koszty i gene­rujące zni­kome przychody. Okre­ślone grupy za­trud­nione w sektorze pań­stwowym otrzy­mają przywileje. Wkrótce poja­wią się państwowe po­zwo­le­nia, cer­tyfi­katy, koncesje, licen­cje, a przede wszystkim fi­skalny terror – opodat­kowanie każ­dej ludz­kiej aktywności. Człowiek zmu­szony bę­dzie łożyć na zło­dziejski sys­tem i fi­nan­so­wać usługi, które państwo prze­mocą mu na rzuci. Świadom mniej lub bar­dziej swo­je­go zniewolenia, nie po­zwoli on jednak, by cokolwiek sys­temowi za­szko­dziło – bę­dzie go bro­nił i trzymał sąsiada w szachu – dla „wspól­nego dobra”. W takiej sytuacji władza nie mu­si robić nic, sys­tem nikogo nie musi eliminować. Cud tresury – lu­dzie sami wy­eli­mi­nu­ją „opor­nych”, „oszoło­mów”, niezno­śnych fanta­stów, bredzą­cych o po­trzebie wol­ności.

 

W demokracji obowiązuje bowiem bez­względny oblig przy­sto­sowywa­nia się do poglą­dów mi­tycznej (a w isto­cie nie­ustannie urabianej przez nieliczną mniej­szość) „większo­ści”. Oblig ten wymusza taktykę możli­wego nie­zra­ża­nia sobie kogokolwiek – a tak się skła­da, że każde naru­sze­nie demokratycz­nego po­rządku z miejsca po­strze­gane jest jako za­mach na „najwyższe war­to­ści spo­łeczne”. Dlatego wła­śnie w de­mokra­tycznym esta­bli­sh­mencie widać tylko tych, któ­rzy zdają pomyślnie „test to­lerancji”: wszyscy mówią do­kład­nie to samo, bez względu na par­tyjna przy­należność, i wszyscy rów­nie stadnie wy­strze­gają się treści zabronionych przez „poli­tyczną po­prawność”, egze­kwo­waną nie­ubła­ga­nie przez „plu­rali­styczne” i „nie­zależne” media. Czyni to zupełną ilu­zją, a nawet gro­te­ską pielę­gno­wany przez kla­sycz­nych republika­nów i li­berałów mit „de­baty publicz­nej”.

 

W demokracji pluralizm jest iluzją. Ci, którzy prze­mawiają „uprzejmie”, po­pi­sują się okrą­gły­mi frazami, oni zdo­by­wają poważanie wśród Ludu za swą roz­wagę, umiarkowa­nie i mą­d­rość. Zaw­sze dochodzą do wyso­kich sta­no­wisk. Ci z ko­lei, któ­rzy otwarcie głoszą, iż de­mokracja jest sys­temem złym, którzy mówią: „Usuńmy każdą nie­sprawiedli­wość, bo nie ma tylko częściowej nie­sprawiedliwości, nie tole­rujmy dłużej rabunku, bo nie ma pół– ani ćwierć–ra­bunku” – ci uwa­żani są za jało­wych ma­rzycieli i „oszołomów” po­wta­rzają­cych w kółko to samo. Lu­dzie uważają ich argumenty za zbyt proste, zbyt re­wolu­cyjne – i nie do­wierzają im. Bo czy to, co brzmi tak prosto, może być praw­dziwe?

 

Demokracja a media

Jacek Bartyzel:

Demokracja ma pretensjonalną skłon­ność do pate­tycznej, "wyso­kiej" ak­sjo­logii (wy­obra­żania i repre­zen­towa­nia "naj­szczytniejszych ide­ałów" ludzkości albo upo­minania się o ubo­gich, skrzywdzonych i dyskry­minowa­nych), a jednocze­śnie jej funk­cjo­nowa­nie jest niemożliwe bez mar­ketingowych i "pija­rowskich" kuglarstw.

 

Demokracja może się utrzymać głównie dzięki wsta­wien­nictwu me­diów. Dlatego inna na­zwa demo­kra­cji to po pro­stu medio­kracja.

W demokracji nie trzeba fałszować gło­sów z prostej przy­czyny: wystar­czy za­fałszować lu­dziom obraz ży­cia wi­dzia­nego poprzez telewizję. Cza­sowa prze­waga przekazu lewi­co­we­go jest przy­tła­czająca. Wszystkie główne pro­gramy in­forma­cyjne służą do trenowa­nia mas wyłącznie w le­wi­cowym myśle­niu. Jeśli w każ­dym telewizyj­nym wydaniu wiado­mo­ści lansuje się lewicowe po­strzega­nie świata, le­wicowe myślenie, le­wi­cową analizę, lewi­cowy komentarz, to taki tele­widz jeden z drugim po prostu wchłania i za­szczepia sobie tę za­razę. Pokazuje się masom pana re­dak­tora, względ­nie panią redak­tor, co to na­rzeka, że gdzieś tam niepo­rządki się dzieją, że służba zdrowia pod­upada, że drogi leżą nie­ukoń­czo­ne, ów redaktor na­wet udaje bezpar­tyjnego i stoją­cego „po twojej stro­nie” (slogan TVP–In­fo), by na koniec wygłosić obo­wiązkowy ko­men­tarz o niedo­cią­gnięciach pań­stwa w fi­nan­sowym poma­ganiu zakła­dom, pra­cownikom czy o ko­niecz­ności pod­niesienia świad­czeń socjal­nych.

 

Ta sama dokładnie strategia przy­świeca twórcom rodzi­mych szajso­per. W całej kupie se­ria­li­ków po­ka­zuje się ma­som żało­snego nie­udacznika, uza­leżnio­nego od pań­stwa, jako bo­hatera pozy­tywnego. Kiedy grozi niebez­pie­czeń­stwo, taki frajer nie staje osobi­ście w obro­nie rodziny i biz­nesu, nie chwyta za broń, ale za­mawia "pro­fesjo­nalną ochronę" albo dzwo­ni na po­licję. Kiedy jakaś firma podli­cza zyski i straty, po czym przesze­regowuje za­trud­nio­nych, a część przy tern zwal­nia, to te szaj­so­pery stosują stan­dardowe ponie­sienie na­pięcia emo­cjo­nal­nego, psy­chode­liczny podkład mu­zyczny i podobne oprawki, aby ma­sy przyjęły, że "lu­dziowi pracy" brzydki pra­codawca pry­watny wy­rządza krzywdę ży­cio­wą. Uka­zuje się takiego pra­co­dawcę obowiąz­kowo jako gbura i jakie­goś zboczo­nego pa­zer­niaka. Kiedy za to ktoś zacho­ruje, to mu­sowo nie powinien płacić ra­chunku za szpi­tal, tyl­ko wyleczony musi być na koszt państwa, a le­ka­rze w tych ża­łosnych se­ria­likach ja­koś tak dzi­wacznie "nie biorą pienię­dzy od pa­cjen­tów", a też obo­wiąz­kowo "na pierw­szym miej­scu stoi pacjent" – i takie tam zaklę­cia.

 

Produkuje się tego taśmowo całą wielką kupę i po­kazuje do znudzenia – codziennie, od ra­na do nocy. Można ogłu­pić w kwestiach życio­wych, więc można i w sprawach więk­szej po­li­tyki, o któ­rej ludzie już na­wet ułamka po­jęcia nie mają. Wmówić da się wszystko. Trze­ba tylko czasu do przekonania wy­star­czającej tzw. większości.

 

Demokracja a grabież

Państwo kradnie. Taka jest natura soc–demokracji, że po­zwala kraść LEGAL­NIE i BEZ­KAR­NIE. A je­żeli można upra­wiać le­galną grabież, państwo będzie ją uprawiać. Taka jest rów­nież natura człowieka, że ma on wrodzoną skłonno­ści do unikania trudu – lu­dzie uciek­ną się do gra­bieży zawsze, gdy tylko gra­bież bę­dzie łatwiejsza niż praca. W tych oko­liczno­ściach ani re­ligia, ani mo­ralne nakazy nie mogą tego zatrzy­mać. Pań­stwową gra­bież można za­trzy­mać tylko w jeden sposób: po­wodując, że stanie się ona bardziej nie­opłacalna i bardziej niebez­pieczna niż praca – no i że na mocy prawa stanie się czy­nem krymi­nal­nym, a nie "urzeczywistnianiem sprawie­dli­wości społecz­nej".

 

Proste rozumowanie:

jeżeli przywilej udziału w stanowie­niu prawa ograni­czony bę­dzie do nie­wielu osób, wów­czas tylko nie­liczni – przyj­mu­jąc od razu najczar­niejszy scena­riusz – do­konają ra­bunku na wielu.

TAK / NIE?

Jeśli TAK, to logicznym jest, że jeżeli udział w sta­nowieniu prawa stanie się po­wszechny (więk­szo­ściowy), to doj­dzie do powszechnej grabieży – bo lu­dzie będą usi­łowali zrów­no­wa­żyć swoje sprzeczne interesy.

TAK / NIE?

Jeśli TAK, to po co z niesprawiedli­wo­ści nielicznych robić za­sadę działania ogółu? Nie­moż­liwo­ścią jest wpro­wa­dze­nie w społeczeństwie większej przemiany i większej zbrodni niż prze­miana prawa w na­rzędzie grabieży. A de­mokracja na ta­kową przemianę po­zwala – LE­GALNIE!

 

Demokratyczna struktura decyzyjna stanowi najdo­skonal­szą w historii ludz­kości ma­szy­ne­rię do wy­zy­ski­wania i wy­właszczania obywateli oraz zwięk­sza­nia dochodów tzw. klasy opo­datko­wu­ją­cej (urzęd­nicy) – za zgodą po­dat­ni­ków! Demokracja to jedyny ustrój, w któ­rym państwo może zawierać LE­GALNIE umowy skutkujące tym, że wy­wią­zanie się z nich po­ciąga za sobą ko­niecz­ność popeł­nie­nia przestęp­stwa, tj. ko­nieczność dokona­nia ra­bun­ku na oso­bach trze­cich. Pro­wadzi to do sy­tu­acji pa­tologicznej – w de­mokracji wszy­scy kradną*. Ludzie już tak przywykli do tego sys­temu, tak on ich zdemo­ralizo­wał, że bio­rą pod uwagę tylko to, co sami ukradną, a nie to, co im ukra­dziono, spoglądają na gra­bież wy­łącz­nie z perspek­tywy zło­dzieja i uważają sumę wzajem­nych grabieży za do­chód na­ro­dowy. Zdu­miewa­jące są przy tym dwie rze­czy: że ci sami ludzie uwierzyli, iż bez kon­tro­li państwa nie ostanie się żadna gałąź przemysłu i że wszystko, co jednostka ukradnie ze wspólnego ma­jątku (świadczenia so­cjalne, do­tacje, emery­tury wypła­cane przez pań­stwo), jest wspólnym zyskiem.

 

Jeśli się dokładnie przyjrzeć działa­niu demokracji i proce­sowi redy­strybucji dóbr, wów­czas stwier­dze­nie, że „wszy­scy kradną” okaże się nieprawdziwe: w demokracji nigdy nie do­chodzi do żad­nej "powszech­nej gra­bieży" – przy­najmniej nie w rozu­mieniu do­słow­nym, tj. że wszy­scy kradną. Gdyby w demo­kracji wszy­scy mogli kraść, to by de­mo­krację zli­kwidowano. W demo­kra­cjach kradną ciągle nie­liczni, bo de­mo­kracja to nic in­nego jak za­wo­alo­wana forma oligarchii – do grabieży dochodzi zawsze "mniejszo­ściowej", ale na nie­wyobrażalną skalę, bo pod pretek­stem "interesu społecz­nego" albo „dobra ogółu” (do­bra emery­tów, pielęgniarek, obłożnie cho­rych, stu­dentów, kogokol­wiek).

 

Demokracja a łagodzenie konfliktów

Jednym z najchętniej powtarzanych ar­gumentów „za” de­mo­kracją jest to, że łagodzi na­pię­cia spo­łeczne.

Jak łatwo się domyślić, łagodzenie kon­fliktów spo­łecznych przez demo­kracje to zabo­bon, pu­sty, ład­nie brzmiący slo­gan – gdyby zapytać kogokolwiek o jego sensowne uza­sad­nienie, skoń­czyłoby się na wzru­szeniu ramionami i „bo tak”.

 

Demokracja konflikty podsyca, nie ła­godzi. Żaden inny ustrój nie eska­luje ich równie sku­tecz­nie. W de­mo­kracji sztuka judze­nia jednych prze­ciwko dru­gim stanowi ele­men­tarz dzia­łań w każ­dej dziedzinie życia – od wyborów po­czynając. An­tagonizo­wanie pra­cowni­ków „budże­tówki” przeciwko rolnikom, pielę­gniarek przeciwko leka­rzom, gór­ni­ków prze­ciw­ko stoczniow­com – po­działy biegną przez społe­czeń­stwo wzdłuż, w po­przek i na ukos i w razie ja­kie­goś większego kry­zysu wystar­czy już tylko wło­żyć jednej z grup broń do rę­ki i wskazać, do kogo strzelać. Bo niby czemu pielęgniar­kom podwyżki się należą, a nam – górni­kom – nie? Czemu studenci mają do­stać zniżki na bilety MPK, a matka wy­cho­wu­jąca samot­nie pię­cioro dzieci nie? Kto i w oparciu o jakie kryte­ria de­cyduje o tym, co się ko­mu na­leży?

 

Demokracja a przywileje

Arystoteles:

Nie ten morduje naród, kto zabija jego członków, lecz ten, kto obsy­puje ich nie­zasłużo­nymi przywile­jami.

 

Nadawanie każdemu wyszczególnio­nych praw po­woduje sytu­ację raz, że uprzywilejowa­nia i wyod­ręb­nie­nia z prawa przypad­ków szczególnej zbio­ro­wej szcze­gólności, przez co pra­wo staje się nie­uchron­nie le­wem, czyli de facto zbiorem przywi­lejów, a dwa – sytuację narastania tzw. "głuchej nie­nawiści". Im więcej przywilejów do­staną, dajmy na to, mniej­szo­ści etniczne albo ja­kaś grupa zawo­dowa, tym bar­dziej osoby nieobjęte przywile­jami bę­dą te mniej­szo­ści dyskrymi­nować – po cichu, pod no­sem i kto wie, do czego do­prowa­dzi to w przyszło­ści.

 

Jest to nieodłączny skutek wtrąca­nia się państwa w życie ludzi i fawo­ryzo­wania jed­nych grup kosz­tem in­nych. Rzecz jasna wszelkiej maści demokra­tom i lewakom jest to na rękę. Le­wacy doskonale wiedzą, że im więcej przywi­lejów na­dadzą mniejszo­ściom, im wię­cej będą ga­dać o równo­uprawnieniu, paryte­tach, o zwalczaniu kse­no­fobii, li­kwi­dowaniu "wy­klu­czania" podczas na­boru studentów czy "wyrównywaniu kwot", tym bardziej wku­rzą lu­dzi "nie­obję­tych" przywi­lejem posiada­nia przywile­jów. I ci ludzie pójdą z ka­mie­niami na uprzy­wilejowa­nych. I te­lewizja bę­dzie miała o czym trą­bić przez na­stępne dwa tygo­dnie, a spod piór le­wackich pismaków po raz ko­lejny wyjdą ciurkiem banały o "pe­erelow­skiej men­talno­ści" w sam raz do prze­trawienia dla ćwierć–inteli­genc­kich cele­bry­tów: że Po­la­cy to homofoby, kseno­foby, pi­jacy, zło­dzieje i chamy bijące Mu­rzy­nów.

 

Bo lewacy MUSZĄ Z CZYMŚ WAL­CZYĆ ZA PIENIĄ­DZE PO­DATNIKA. Jak nie z global­nym ociep­le­niem, to z dys­krymi­na­cją "mniejszości". A że sami tę dys­kryminację eska­lują le­wac­kim pra­wo­daw­stwem – o tym już nikt się nie za­jąknie.

Lewakom na rękę jest podsycanie "głu­chej nienawi­ści", a de­mokracja nadaje się do tego do­skonale. Im bo­wiem więk­sza wzajemna nienawiść panuje w społeczeństwie, tym więcej pie­nię­dzy można wy­cią­gnąć od ludzi na walkę z „dys­kryminacją” i tym wię­cej urzędów do walki z czymś tam można utwo­rzyć.

To jest właśnie istota demokratycz­nego sposobu rządze­nia – skłócanie i anta­gonizowa­nie ludzi po­przez nada­wa­nie przywi­lejów określonym grupom i roz­dawanie pieniędzy w za­leżności od poli­tycz­nego (przed­wy­borczego) za­potrze­bo­wania. W pań­stwie rządzo­nym nor­malnie, tj. nie­de­mo­kratycznie, trzeba by naj­pierw ludzi przekonać, że warto zo­stawić dom i iść się strzelać. W demo­kracji wystarczy iskierka, gdyż lu­dzie znaj­dują się w stanie per­ma­nentnego nie­zadowole­nia, podskórnie prze­czu­wają, że system nie­spra­wiedliwo­ścią stoi, ale nie umieją na­zwać pro­blemu. Bo prze­cież demo­kracja nie może być przy­czy­ną nie­sprawie­dli­wości – demo­kracja musi być dobra!

 

Zawsze będą istniały nierówności, które ludziom do­świad­cza­jącym ich wydadzą się nie­spra­wie­dliwe, roz­czaro­wania, które będą wydawały się niezasłu­żone, i niczym nieuza­sad­nio­ne nie­po­wodzenia. Lecz gdy wszystko to ma miej­sce w od­górnie kie­rowanym spo­łe­czeń­stwie, re­ak­cja ludzi jest bardzo różna od tej, która pojawia się, gdy problemy te nie są wywo­ływane ni­czyim rozmyślnym wyborem. Nie­rów­ność jest niewąt­pliwie ła­twiej­sza do znie­sienia i w mniej­szym stop­niu narusza godność osoby, jeżeli wywo­łują ją czynniki bez­osobowe, nie zaś świa­dome, pań­stwowe planowanie. Czło­wiek znacznie szybciej za­akcep­tuje nie­szczęście, będące wynikiem działa­nia śle­pego trafu, nieszczę­ście przez ni­ko­go niezawi­nione, aniżeli cier­pie­nia będące rezul­tatem decyzji władz. Bo nieza­do­wo­le­nie z wła­snego losu będzie nie­uchron­nie rosło u każdego wraz ze świa­do­mo­ścią, że jego do­la jest rezulta­tem prze­myśla­nych ludz­kich decyzji.

 

Demokracja a przelew krwi

Kolejne zaklęcie pozbawione jakiego­kolwiek racjo­nalnego uza­sadnienia brzmi:

demokra­cja umożliwia bezkrwawe prze­kazanie wła­dzy.

 

Ludzie źle interpretują doświadcze­nia historyczne. Raz, że wielu przy­pisuje demokracji za­sługi, które na­leży bez­względnie przypisać Einste­inowi i Oppen­heimerowi, a dwa: „roz­lew krwi” przy zmianie wła­dzy to mit prze­szłości do­kładnie taki sam, jak praca dzieci i ko­biet w kopal­niach w epoce „krwio­żerczego ka­pi­ta­lizmu”. Ko­biety i dzieci prze­stały pra­co­wać w kopalniach nie dla­tego, bo urodził się Karol Marks i pojawiły się związki za­wo­do­we, lecz dzięki „krwiożer­czemu kapitalizmowi” wła­śnie – dzięki elektryfi­kacji, prze­my­sło­wi maszynowemu, a nade wszystko dzięki temu, że ro­botnicy zyskali bez­preceden­sową moż­li­wość wzbogacenia się. To samo ty­czy się „walki o wła­dzę” – rozlew krwi pod­czas prze­kazywania wła­dzy w kra­jach wy­soko rozwinię­tych jest prak­tycz­nie niemożliwy i de­mo­kra­cja nie ma z tym fak­tem nic wspólnego – lu­dzie dzięki niej wcale nie wspięli się na wyż­szy szczebel roz­woju cywiliza­cyjnego, uświa­damiając so­bie raptem bezsens siło­wych roz­wiązań. Rozlew krwi jest niemożliwy, bo z ekonomicz­nego i propa­gan­do­wego punktu wi­dze­nia jest całkowi­cie nieopła­calny.

 

Większość ludzi na hasło "rząd mniej­szościowy" albo „monar­chia” opowiada natych­miast o wojnach. Na Boga! – to nie te czasy, że król to jaśnie pan na polowaniu i dla roz­ryw­ki po śnia­daniu skazujący na ścię­cie kilku opo­nen­tów, mając za plecami dodat­kowo czy­hają­cych na jego tron paru kuzynów.

 

Tylko po drugiej wojnie światowej od­było się ku uciesze wielbi­cieli de­mokra­cji najroz­ma­itszego ob­rządku coś po­nad dwieście mniejszych i większych wojen. Poza tym jest do­kład­nie odwrot­nie niż się powszech­nie uważa – wojny są sto­sunkowo mało uciąż­liwe, kie­dy panuje system mo­narchiczny. Nie bez kozery naj­gorsze, najbar­dziej krwawe wojny to­czyły się właśnie wśród na­ro­dowych państw de­mo­kratycznych. Wojna bowiem jest ZA­WSZE to­czona w in­teresie wą­skiej grupki polityków (elity, rzą­dzą­cych). Kiedy pa­nuje eli­tar­ny system władzy, to w wojny an­gażują się środki tylko tejże elity, reszta lu­dzi ma mniej więcej cały czas tak samo. W narodo­wych de­mokra­cjach zaś wojna to­czy się kosz­tem ogromnej większości oby­wateli. Do walki w wojnie bowiem po­trzeba ludzi, a jednym z nie­szczęść de­mokra­cji jest zgubny po­mysł ujednoli­cenia na­rodu z za­kresem wła­dzy – czy­li po­wstanie państw na­ro­do­wych właśnie.