JKM

Zastanawiająca Tę­sk­nota

12  XI  2018

(Przedmowa do wyd. II ze stycznia 1983):

Tekst niniejszy został napisany "w kawałkach” – między listopadem 1981 - a styczniem 1982. Następnie wydaliśmy go podczas po­bytu Szefa w Białołęce - i obecnie prze­pra­szamy za to, że zbie­rając rzeczone kawałki do kupy pominęliśmy ważny fragment: p.13 paraleli sanacji z socjalizmem realnym. Była to zwykła omyłka – a nie cenzuro­wanie lub obawa przed zadrażnienia stosunków z woj­skiem. Obecna wersja tekstu, którą otrzymali­śmy 27 grudnia, jest niemal dwukrotnie większa od pierwo­wzoru i nie­mal całkowicie przerobiona. Życzymy przyjemnej lektury – i prosimy o uwagi odnośnie nowej techniki druku. Może doczekamy szczęśliwie czasów, gdy stan wojenny zo­stanie n a p r a w d ę zawieszony!

 

 

35 lat temu postawiłem tezę, że Czerwoni, gdy ludzie rozczaruja sie do PRLu, będą budo­wali Nowy Lepszy Socjalizm w oparciu o śp.Piłsudskiego – i, jak zwykle, nie pomyliłem się... Jest jednak moż­liwe, że była to "przepowiednia twór­cza": ONI to przeczytali i sko­rzy­stali z podpowiedzi.

Ten tekst, przemycony z więzienia w Białołęce, został odrzucony zarówno w prasie reży­mowej, jak i wy­dawnictwach "so­idarno­ścio­wych". Krążyły wtedy po salonach groźne pomruki, że "Korwin–Mikke napisal paszkwil na polską in­te­ligen­cję". Walka z cen­zurą to jedno – a cen­zu­ro­wanie cudzych prac to oczywista oczywistość. "Officyna Libera­łów" wydała go więc sama. Proszę to sa­memu oce­nić. 

Byłem wtedy jeszcze naiwny, nie znałem prawdy o Piłsudskim, nie wiedzialem nawet, że ówczesne pań­stwa socjali­styczne, jak II Rze­czy­po­spolita i III Rzesza były w praktyce ban­krutami, nie zdawa­łem sobie sprawy, do jakiego stop­nia "Centralny Okręg Prze­myslowy" i "Gdynia" zniszczyły polską gospodarkę i uniemożliwiły obronę Polski przed III Rzeszą i Związkiem Sowieckim. Jed­nak i tak dużo wie­dzia­lem. Sadzę, że więcej, niż 99% Polaków dziś... 

Te broszurkę zaopatrzyłem teraz w przypisy (bo dzisiejszy Czytelnik ma prawo wielu rze­czy nie wie­dzieć). OFFI­CYNA LI­BERA­ŁÓW uży­wała emblematu z hasłem "WOLNOŚĆ – RÓWNOŚĆ – SPRA­WIEDLIWOŚĆ". Już po roku skonserwa­tyw­niałem do reszty, zało­ży­łem "OFI­CYNĘ KONSERWATY­STÓW I LIBERA

 

Gdy społeczeństwo budzi się z długiego snu po "zimie ludów” – zaczyna gwałtownie poszuki­wać w swojej prze­szłości poli­tycz­nych tra­dy­cji. Czasem idolem zostaje ludowy polityk, którego pamięć przechowywana jest w chłopskich lub robotni­czych le­gen­dach – znacznie czę­ściej pro­cesem tworzenia się legendy kieruje inteligencja.

Jest to warstwa powołana między innymi do strzeżenia intelektualnej skarbnicy narodu. Zadanie to speł­nia bar­dzo dobrze. Ina­czej nieco dzieje się, gdy z owej skarbnicy trzeba wybrać jeden lub kilka wzorców. Wówczas bie­rze ona wprawdzie pod uwagę interes na­rodu – ale pod­świadomie również swój własny. Nie należy bowiem za­pominać, że inteligencja ma też swoje interesy par­tyku­larne.

Po sierpniu 1980 takim pośpiesznie odnawianym bożyszczem był Józef Piłsudski. Renowacja tego po­mnika była tym ła­twiejsza, że – dzięki zwycięstwu nad Bolszewikami – resztki legendy żyły jeszcze społe­czeństwie.

W niniejszym tekście nie chcę umniejszać postaci Piłsudskiego: dość już opluskwiania wielko­ści! Był on do­brym do­wódcą, zdol­nym stra­te­giem, zręcznym organizatorem i politykiem, psy­chologiem i taktykiem. Poza dwoma przypadkami nie poruszę w ogóle za­gad­nień Jego oso­bo­wości.

Chcę natomiast przypomnieć i uwypuklić niektóre cechy sanacji – systemu stworzonego przez Piłsud­skiego po 1926 roku. Nie jest tu ważny mój osobisty do nich stosunek: zwalczam je na­miętnie, ale wcale nie jest wyklu­czone, że 60 lat temu bym je wy­sławiał! Obecnie trend ideolo­giczny zmierza ku liberalizmowi i prawicy – wów­czas ludy dobrowolnie dążyły ku etaty­zmowi i le­wicy; trudno mieć preten­sje do prak­tycz­nego polityka, że reali­zuje to, co jego naród (i więk­szość ludzkości) uważa za słuszne!

Chcę przypomnieć te cechy, by wskazać, jak bardzo rozbieżne są z dążeniem ku wolności, cha­raktery­stycznym dla naszej epoki. Są­dzę, że nie tylko mnie powrót do modelu sanacyjnego nie zadowoliłby!

* Obecnie trend sie odwrócił: zmierzamy ku etatyzmowi i Lewicy [JKM]

Tymczasem zaś nurt post–piłsudczykowski dominował w społeczeństwie – zwolenników jego doktryny można było liczyć na pęczki w PZPR (a nawet w SD i ZSL, choć te dwie partie wyrosły na sprzeczne wobec sanacji) w "SOLIDARNOŚCI”–i za­się był niemal bez­konku­ren­cyjny. Na podstawowe elementy piłsudczy­zny powoływały się tak odmienne ugrupowanie jak KSN, KPN, i KSS "KOR”!

* PZPR – Polska Zjednoczona Partia Robotnicza zwana potocznie, acz nieslusznie, "ko­muni­styczną", po­wstala w 1948 z połą­czenia so­wiec­kiego tworu, czyli PPR i PPS–Lewicy, czyli tych so­cjalistów, ktorzy po­godzili sie z reży­mem. SD – Stron­nictwo Demokra­tyczne po­pwstale z po­łączenia masońskich Klubów Demokratycznych i chadec­kiego Stronnic­twa Pracy.. ZSL –  Zjed­noczone Stronnictwa Lu­dowe, czyli szczątki PSL–u. KSN – Kluby Służby Nie­podległo­ści (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kluby_S%C5%82u%C5%BCby_Niepodleg%C5%82o%C5%9Bci) wtedy wydawało się, że odegrają ważna rolę; KPN – Kon­federacja Polski Niepodleglej – założona przez p.Leszka Moczulskiego partia stara­jąca się w PRL–u dzia­lać oficjal­nie, KOR – Ko­mitet Obrony Robotników, lewacka organizacja założona przez śp.Jacka Kuro­nia, p.Antoniego Ma­cie­rewi­cza i Adama Mich­nika.

Przed wojną głównym konkurentem sanacji była Narodowa Demokracja. Pominę tu wyraźne rozbicie tej formacji po 1925 roku, któ­rego to od­pryskiem są rozmaite grupki, z endeckiej ide­ologii przyjmujące głów­nie... anty–semi­tyzm; dlaczego jed­nak nie od­ro­dziła się kla­syczna partia ludowo–narodowa? Ostatecznie do obecnej sytuacji geopolitycznej znacznie bar­dziej pasują re­cepty endeckie niż SD­KPiL–owskie lub PPS–owskie!

Dlaczego więc ta ideologia zwalczana była z taką zaciekłością? Dlaczego psy wieszano na Ry­szarda Filip­skiego "Zamachu Stanu”, fil­mie znacznie – moim zdaniem – lepszym niż "Człowiek z Żelaza”, będący (jak słusznie za­uważył recenzent tygo­dnika "SOLIDAR­NOŚĆ”) typo­wym pro­duktem soc–realizmu? Przecież awersja do Ro­mana Dmowskiego części KOR–owców (mam na myśli część po­chodzenia ży­dow­skiego) nie wyjaśnia sprawy; przyczyny są o wiele głębsze. 

* "Zamach stanu" – film zdolnego narodowego reżysera, p.Ryszarda Filipskiego o "zama­chu majo­wym" z 1926 roku. Prak­tycz­nie nie do­pusz­czony do kin za PRL–u. 

Ich analizę rozpocznę od historii, lecz przed tym uwaga definicyjna: przez "inteligencję” rozu­mieć będę nie wą­ską grupę in­telek­tu­ali­stów, lecz całość grupy żyjącej z pracy umysłowej i ma­jącej wpojone przekonanie, że jest to zajęcie szlachetniej­sze, niż praca fi­zyczna lub gro­szo­rób­stwo. "Inteligencja” w tym szerokim sensie to mniej–więcej: intelektualiści + pół–inte­li­gencja + ćwierć–inteli­gencja; przy­należy to za­równo ar­tysta, jak i nauczyciel (obojętne – prywatny, czy na posadzie pań­stwowej) a także przysłowiowa panienka przybi­ja­jąca mecha­nicz­nie stempel na poczcie – pod warunkiem, że woli ubo­giego studenta niż tępa­wego playboya.

Inteligencja nasza wytworzyła się z rodzimej szlachty oraz mieszczaństwa (na ogół niemieckiego bądź ży­dow­skiego po­cho­dze­nia). Pro­ces ten zakończył się w XIX wieku – i tu pora na przypo­mnienie sytuacji w Królestwie Polskim na przełomie wie­ków. Du­szą ru­chu nie­podległo­ścio­wego była wówczas inteligencja. Dlaczego?

Sprężyną poruszającą większość ludzi przez większość czasu jest interes materialny. Poszcze­gólne grupy i mniejszości po­tra­fią wal­czyć o ideały – jednak zwyciężają tylko wówczas, gdy przekonają „decydującą więk­szość”, że ich propozycje są dla niej ko­rzystne.

Otóż według sprawozdania barona Stefana von Ugrona (CK konsula) w samej guberni war­szawskiej było parę­dziesiąt ty­sięcy urzędni­ków–Rosjan. Jeśli nawet założyć, że wymienione przezeń 40.ooo jest oceną przesadną, to i tak oznacza to – po uzyska­niu niepodle­gło­ści – wiele ty­sięcy wolnych etatów dla przymie­rającej nieraz gło­dem polskiej inteligencji. Wyja­śnia to przy oka­zji, dla­czego patrio­tyczne uniesienia sko­re­lowane były z ciągo­tami socjalistycznymi, znacz­nie rzadszymi wśród lu­dzi dobrze sy­tu­owa­nych.

Proszę mnie dobrze zrozumieć, bo nie chcę zostać obszargany błotem (co zresztą i tak mnie nie ominie): nie za­rzucam ni­komu świa­do­mego działania. Być może  n i k t  spośród inteligentów–patriotów o swojej korzyści nie myślał! Od czasu Zygmunta Freuda trzeba jednak brać pod uwagę podświadomość! Ona wła­śnie kieruje wie­loma naszymi decyzjami i po­trafi uwzględniać czyn­niki, do działania któ­rych nie chcieli­by­śmy się otwarcie przy­znać, nawet sami przed sobą.

Jeśli polski student, kupiec, przemysłowiec (a w znacznie mniejszym stopniu robotnik lub chłop albo zie­mianin) bywał czę­sto anty–se­mitą, to nie dlatego że miał to zakodowane w genach; po prostu zwalczał zdolnego konku­renta! Konku­renta, przeciwko któremu łatwo można było zmobi­lizować poparcie społe­czeństwa. Dokładnie ta­kim samym konkurentem dla pol­skiego urzęd­nika był carski czynow­nik – bodaj jeszcze podatniejszy na ataki subtelnej propagandy.

Dopiero po niewczasie, mógł się polski chłop przekonać, że polski starosta jest mu znacznie mniej przy­chylny niż carski na­czel­nik, nie po­wią­zany z polskim dworem. Chociaż – może nie mam racji? Może lud był mimo wszystko mniej wrażliwy na in­teli­genc­kie pod­szepty? Oto ra­port bezstronnego świadka wkraczania do Króle­stwa armii „błogosławionej” Austrii, gene­rała–po­rucznika Igna­cego Kordy, do­wódcy 7 dyw. kawa­lerii, z sierpnia 1914:

„...ludność zupełnie biernie ustosunkowuje się do wyda­rzeń. Chłopi i Żydzi po­zbawieni są po­czucia naro­dowego, kie­rują się jedynie in­teresem materialnym i byli za­dowoleni z daw­nych stosunków” ("Ga­licyjska działal­ność woj­skowa Pił­sud­skiego 1906–1914” str. 630).

Wiadomo też – choć polscy histo­rycy usilnie to ukrywają – że opuszczające War­szawę od­działy kozackie że­gnane były au­ten­tycz­nymi łzami ludności – nie tylko kucharek; zatroskani byli ziemia­nie, chłopi, przemy­słowcy, kupcy i robotnicy – ra­do­wała się inteli­gencja, przed którą otwierała się szansa wyzyskiwania wła­snego narodu. Wyzyskiwania w do­kładnie taki sam spo­sób, w jaki biurokra­cje nowo–po­wstałych państw Afryki przemieniły dające ponoć olbrzymie zy­ski koloniza­torom kraje w zadłu­żone po uszy orga­nizmy.

Choć z całą stanowczością odrzucam zarzut świadomego wyzysku, zdaję sobie sprawę, iż teza ta obruszy na mnie lawinę. A prze­cież jest ona łatwa do sprawdzenia na wiele sposobów. Np.: dlaczego inteligencja kierowała walką o niepodległość w Kon­gre­sówce – a była lojali­styczna w Galicji, choć nędza tej cesarskiej prowincji była przysłowiowa? Ano dlatego, że gali­cyjska ad­mi­ni­stracja była w rękach pol­skich!

Po szczęśliwym osiągnięciu celu "Królewiacy i Górale” zawarli sojusz, którego celem była kolo­nizacja Wielko­polski i Ślą­ska. Dziel­nica pru­ska nie znała dyktatury biurokracji, a w walce z niemczyzną rozwinęła zdrowy, nie oparty na ślepej nie­nawiści, na­cjona­lizm. Nie­chęć Wiel­ko­po­lan do systemu urzędniczego so­biepaństwa była tak wielka, że od samego po­czątku próbo­wali po­stawić tamę za­lewowi admi­ni­stra­cyj­nemu (gra­nica celna została zniesiona dopiero w sierpniu 1919), a nawet zamy­ślali o ode­rwaniu się od Polski i utworze­niu wła­snego pań­stwa; po­wstrzy­mywała ich od tego jedynie obawa przed wchło­nięciem przez Prusy. Odrębność ta nie za­ni­kła szybko: po za­ma­chu ma­jowym pułki wielkopolskie rzuciły się na ra­tunek rzą­dowi (co uniemoż­li­wili socjalistyczni ko­lejarze roz­kręcając tory); sanacja w tym rejonie nie zdo­łała nigdy uzy­skać pełnego poparcia i wyniki wybo­rów w Wielkopolsce od­biegały zaw­sze od kra­jowych.

Z czasem dopiero zabór pruski zgleichschaltowano (na Śląsku do niszczenia samorządności przyłożył się woje­woda sana­cyjny, Mi­chał Gra­żyński, działający metodami policyjnymi – m.in. w brutalny sposób zaata­kował on najwybitniejszego poli­tyka tej dziel­nicy, Wojcie­cha Korfan­tego) – i dziś ethos Wielkopolski leży w gruzach. Nie zaszkodziły mu – a nawet wzmoc­niły – kampa­nie HKT–y i Kul­turkampfu; znisz­czyła go biu­ro­kracja polska. Wal­cząc z obcymi prądami obywatel może bo­wiem liczyć na mo­ralne wsparcie ro­daków – walcząc z dyktaturą urzędniczą na­raża się na rozmaite zarzuty: anarchizmu, anty–na­rodowości – a zwłasz­cza anty–pań­stwowości. Aparat dokłada wszelkich wy­siłków, by w oczach wszystkich j e g o interes utoż­samiany był z intere­sem pań­stwa (pisa­nego z dużej li­tery, zazwyczaj).

* HKT czyli HaKaTa – założona w 1894 przez śp.Hansemanna, Kennemanna, i Tiedemanna organi­zacja chcąca (bez suk­ce­sów ) wy­ru­go­wać Polaków z ziemi na Wielkopolsce( https://www.bryk.pl/slowniki/slownik–wyra­zow–obcych/243532–ha­kata–od–pierw­szych–li­ter–na­zwisk–za­lozy­cieli–hansemann–kennemann–tiedemann–hkt ); "Kul­turkampf"  – za czasów Ot­tona von Bi­sma­ecta po­lityka walki z katoli­cy­zmem, co od­bijało się szcze­gólnie na ziemiach pol­skich.

Dobrze jest, gdy urzędnik wie, iż jego interes leży w utrzymywaniu państwa. Gorzej, jeśli urzęd­nik jest przeko­nany, że inte­res pań­stwa leży w utrzymywaniu jego urzędu. Katastrofa staje się nieunikniona, gdy ten ostatni pogląd uda się biurokra­tom za­szczepić po­litykom i całemu spo­łe­czeństwu – a zwłaszcza gdy politycy sami mają za sobą urzędniczą karierę.

Niepodległość w 1918 roku nie rozwiązała całkowicie problemu inteligenta. Bojownicy o wol­ność narodu zajęli wprawdzie rzą­dowe po­sady zgodnie ze swoimi usługami (ale nie z kwalifika­cjami, gdyż umiejętność rzucania granatami, konspirowa­nia się i przemawia­nia na wiecach jest anty–kwalifikacją dla ministra) – było ich jednak za mało, a poza tym rozmaici nie­okrze­sani i nie­oświeceni chłopi, jak np. Wincenty Wi­tos, upar­cie patrzyli im na ręce i domagali się władzy. Rozwiązaniem był pa­ternalizm, zaś środkiem – so­cjalizm.

Do tego zaś znakomicie nadawał się Józef Piłsudski. Był to stary działacz socjalistyczny – czego zupełnie nie ukrywał i podjąć nie mogę, jak człowiek chcący się nazywać „opozycją anty–socja­listyczną” może za­propono­wać nazywanie Jego imieniem w gdań­skiej stoczni lub in­nego obiektu!

Powtarzam wielka to postać i powinna mieć setkę pomników. Jednak stawiający je muszą po­wiedzieć prawdę: krzewimy trady­cję so­cjali­styczną – a nie odwrotnie!

Do uzyskania niepodległości Piłsudski był wybitnym bojownikiem socjalistycznym. Wielu poli­tyków twier­dzi dziś: „Tak, ale sam prze­cież po­wiedział, że wysiada z socjalizmu na przystanku »Niepodległość«”. Cóż za naiw­ność! Jedno zdanie na prze­kreślić całą li­nię ży­cia, całe ide­olo­giczne życie człowieka; zmienić jego obyczaje, otoczenie i nawyki!

Gdybyż choć po zdobyciu władzy Piłsudski nie tylko słowem, lecz i czynem zaprzeczył swojej przyszłości! Ależ skąd! Za­czął od mia­no­wa­nia gabinetu Jędrzeja Moraczewskiego, który „... gło­sił co prawda hasła so­cjalistyczne, ale w praktyce nie zaw­sze je re­ali­zował” (Zbi­gniew Lan­dau, w: „Dzieje Gospodarcze Polski od 1939” s.467). Może i "nie zawsze”, ale: „Było to ustawodaw­stwo czy­niące z Pol­ski naj­bardziej postę­powy kraj na całym świe­cie” (por. Andrzej Albert, "Naj­nowsza historia Polski 1918–1939” wy­dawca "KRĄG” War­szawa 82 s.69/70). Mało? A kto poparł Go w maju 1926? Socjaliści i komuniści, nieprawda–ż?

Zgoda, Piłsudski nie lubił Bolszewików – ale poszczególne odłamy Czerwonych nigdy się nie lu­biły, tłukąc się między sobą tym chęt­niej im bliższy rodowód i duchowe powinowactwo. Chiń­czycy znacznie ostrzej traktują Sowietów niż Ameryka­nów... Zgoda też, że so­cjalizm Piłsud­skiego nie wynikał z marksistowskiego doktryner­stwa; był on formą zaprowadzenia elastycz­nych, pater­nali­stycznych rządów, formą naj­przy­dat­niejszą do oszu­kania mas ludowych. Nie na­leży zapominać, że ojciec Piłsudskiego był wielkim obszarni­kiem zarządzają­cym swym Zuło­wem toczka w toczkę tak, jak p.Edward Gierek Pol­ską Ludową, tj.: olbrzy­mie i marnowane inwestycje, po­życzki, marno­trawstwo i roz­rzutność (por. np.; Andrzeja Garlic­kiego "U źródeł obozu belwe­der­skiego”, PWN '79, s.13).

Tak więc robotnicy poparli w 1926 roku Piłsudskiego, gdyż wierzyli w socjalizm. Wielu mądrych ludzi dało się na tę ba­jeczkę zła­pać – więc trudno im się dziwić. Żydzi poparli gdyż obawiali się endeków – i słusznie. Ale urzęd­nicy poparli, gdyż obiecał wpro­wadzić rządy dy­rek­tywne. Sana­cja była dokładnym odwróceniem p r o j e k t u (bo nie realizacji!) obecnej re­formy go­spo­dar­czej: odbie­rano przed­się­bior­stwom samo­dziel­ność i przekazywano pod kontrolę państwową. Nawet Ję­drzejowi Mo­rawiec­kiemu otwarły się wresz­cie oczy i w 1938 roku pu­blicznie stwierdził, że Polska jest na najlepszej drodze do sowiety­zacji!

Oczywiście, było to dopiero początek drogi. System dyrygowania przemysłem wprowadzony przez hitle­ryzm i stalinizm ( „plan do­pro­wa­dzony do każdego stanowiska pracy”) miał się do­piero rozwinąć. Jednak decydujący krok został już uczy­niony wów­czas. Pierwsze ssaki też były drobne i niepozorne – nie idzie jednak o rozmiar, lecz o zasadę zjawiska.

Nie pojmuję przeto, jak można twierdzić, że jest się dziedzicem duchowym Piłsudskiego – i jed­nocześnie kryty­kować wła­dze PRL za po­czy­na­nia, które do polskiej praktyki politycznej wpro­wadził Józef Piłsudski i jego ludzie. Można był zwolenni­kiem do­wolnej dok­tryny – nie można jed­nak oszukiwać innych i korumpo­wać słów!

Ponieważ teza o Piłsudskim jako prekursorze gierkowszczyzny szokuje (tylko dlatego, że Polacy zostali odcięci od praw­dziwej anty–so­cjali­stycznej publicystyki przez cenzurę – nie tylko pań­stwową; KOR–owska prasa też nie przepuszczała anty–socjali­stycznych wypo­wiedzi) – ilu­struję ją kilkunastoma przykła­dami, dobitnie ukazują­cymi analogie. Jakież więc za­rzuty są (słusz­nie!) kierowane pod adre­sem władz PRL?

1. Brak rzeczywistej demokracji i wolnych wyborów. A kto pierwszy w tym kraju wprowadził oszustwa wy­borcze (również w po­staci "do­sy­py­wania do urn” pożądanych głosów. Kto tyrani­zował wyborców? Kto wprowadził wy­bory z list i miano­wanie sena­to­rów?

2. Cenzurowanie wolnej myśli. Pardon: kto wprowadził cenzurę? Czy w 1936 roku w Belwederze urzędował Fe­liks Dzier­żyń­ski?

3. Prześladowanie przeciwników politycznych. Istotnie – komuchy nie wysyłają opozycji do Be­rezy Kartu­skiej głównie dla­tego, że znaj­duje się ona już Sowietach. Tej nazwy nie wymyśliła jed­nak bezbożna propa­ganda ko­munistyczna.

4. Pobicie działaczy opozycji przez niezidentyfikowanych sprawców”. Spotkało to w PRL–u wiele osób m.in. Ste­fana Ki­sie­lew­skiego i Jacka Kuronia. Oficerowie legionowi bili jednak mocniej niż studenci AWF: Adolf Nowa­czyński np. stracił oko – i nie tylko bili: do dziś nie wiemy, gdzie zgi­nął porwany przez nich gen.Zagórski, któ­rego nieszczęściem było, iż wie­dział o kontak­tach Pił­sud­skiego z austro–wę­gierskim wy­wia­dem.

5. Uprawnienie propagandy sukcesu. Czyżby Melchior Wańkowicz nie pisywał peanów na za­mówienie sa­nacji – do czego się prze­cież przy­znał? Pamiętać też należy znakomite hasła: „Silni – Zwarci – Gotowi!” oraz „Nie damy ani guzika”. A co z hasłem: „Cukier krzepi!” – o któ­rego obłudzie za chwilkę?

6. Rabunkowy eksport surowców, zwłaszcza węgla. Jeszcze paręnaście lat temu w szkołach uczono, że był to jeden z naj­po­waż­niej­szych błę­dów gospodarczych – właśnie sanacji, która specjalnie np. zaniżała taryfę kole­jową dla węgla, by wy­da­wało się, że jego wy­wóz się opłaca...

7. Dumping (tj. sprzedawanie polskich towarów za granicę poniżej ich wartości, byle zdobyć tro­chę dewiz). Wo­bec niewy­mie­nialno­ści zło­tówki trudno porównać rozmiary szaleństwa sanacji i gierkowszczyzny (ob­ciąża to również gen. Jaruzel­skiego i nie­boszczyka Go­mułkę) – ale może taki przykład: cukier przed wojną kosztował w Polsce 1,00–1,40 zł, zaś do An­glii sprzeda­wano go po... 17 gro­szy!!! W efekcie dzieci biedoty nie widywały cukru w ogóle!

8. Gigantyzacja i monopolizacja przemysłu. Czyżby przed wojną sanacja wprowadziła – jak w USA – usta­wo­dawstwo anty–mo­no­po­lowe? Skąd, państwo popierało kartele!

9 – Forsowne uprzemysłowienie na koszt rolnictwa. A kto wymyślił COP? Kto subsydiował ciężki prze­mysł, ob­ciążając po­dat­kami rol­nic­two? W jakiej nędzy żyli chłopi – i jak często ban­krutowali ziemianie? Urzędnik pań­stwowy zasię miewał się owszem – nieźle. Co prawda le­piej pra­cował.

10. Uprzywilejowanie warstwy urzędniczej. Ależ proszę sobie poczytać w przedwojennym "Sło­wie” publi­cystykę Stani­sława Cata–Mac­kie­wi­cza (a choćby i wydany w PRL wybór pod tytułem „Kto mnie wołał, czego chciał?” PAX 1972)! Np. o tym, jak to urzędnicy rozbijają się po­cią­gami za pół ceny, podczas gdy wytwarzający produkt robotnik, przemysłowiec lub rzemieśl­nik pła­cić musi pełną ta­ryfę

11. Sobiepaństwo dygnitarzy. Cytuję tegoż Mackiewicza:

 "Bo oto jest wiadomo powszechnie, że w lasach państwowych, na równi z pła­cą­cymi, poluje także szereg osób zupełnie gratis i nie tylko po­luje, ale w czasie polowania je, pije i »zakąsuje« na konto tegoż fun­duszu ło­wiec­kiego. Jakiż to szereg osób? Otóż tego właśnie w żaden spo­sób uchwycić się nie da (...) starałem się nawet do­wie­dzieć od osób kom­petent­nych, na jakiej oparte jest ustawie, pragmatyce, regulaminie, rozporzą­dzaniu, że dygni­tarz X poluje tyle, ile jego my­śliwska du­sza za­pragnie, a równy mu rangą dygni­tarz Y ani jednego koziołka! Nic nie można się dowiedzieć. Wszystko jest mgławi­cowe, na­stro­jowe, wy­czu­ciowe”

To nie "Kul­tura” z okresu Odnowy o p.Piotrze Jaroszewiczu w Arłamowie – to wileńskie "Słowo” z 1936 roku.

12 – Brak poszanowania prywatnej własności inicjatywy. Tu komuchy zgrzeszyły najbardziej – ale żywot kamie­nicznika za sa­na­cji był bar­dzo ciężki, zaś ustawa reglamentująca rzemiosło po­chodzi jeszcze z 1924 roku.

13 – Lekceważenie fachowości i popierania serwilizmu. Cytuję:

"Starszyzna, która zajęła wszystkie decydujące stanowiska – miała w więk­szo­ści poziomom daleki od wy­maga­nego w sto­sunku do zajmowa­nych stanowisk (...) Brakujące studia i kwalifika­cje zastą­piono wła­sną dok­tryną, opartą na legendzie. Jako współ­pracowników dobierano ludzi swoich, lub sobie podobnych. Zamiast rezul­tatów pracy fa­chowej – za­sługi dla re­żimu stały się miernikiem wartości; zamiast wiedzy i zdol­no­ści adorowanie re­żimu było miarą przy­dat­ności. Otwo­rzyła się droga dla ludzi bez charakteru, gięt­kich, których celem stała się posada”

Tak – to jest wydaw­nictwo emi­gracyjne. Nie o czasach stalinow­skich to jednak mowa: to uwagi pułkow­nika Lu­dwika Schweit­zera, dowódcy 26. pułku Ułanów Wiel­kopolskich, o legio­nistach („Wojna bez le­gendy”, Allen Li­tho­graphic Co., Kirk­caldy, 1943). Mogę dodać: i tak będzie zaw­sze, gdy o dochodach de­cydować będzie nie wolna konku­ren­cja, lecz po­parcie kumpla z I Bry­gady, AL, AK czy KSS „KOR”.

14 – Rozkwit łapówkarstwa i krycie go przez prominentów. A sanatorzy byli święci? Czy po woj­nie znamy np. „sprawę Pa­rylewi­czo­wej”, która za łapówki mianowała sędziów, a zatrzymywana oświadczyła: „Robi­łam to, co robili inni”. Być może zawód sę­dziego w PRL jest tak ni­sko płatny, że nie ma chętnych na ła­pówkodawców... Warto jednak przy okazji zanoto­wać, że przedwo­jenna cen­zura zdej­mowała bez par­donu wzmianki o sprawie Pa­rylewiczowej.

15 – Upaństwowienie kultury i nauki. Tu pułkownicy legionowi są bez winy. Same środowiska in­teligenckie na­ciskały na utwo­rze­nie PAU i PAL, zabawnych instytucji, poprzez które intelektu­aliści pobierają apanaże od pań­stwa. A skoro biorą – to się od odeń uza­leż­niają... Tak przy okazji więc: na I KZD „Solidarność”–i w Gdańsku ZLP podpisał z nią "Umowę” prze­widu­jącą – a jakże – sty­pendia twór­cze dla pisa­rzy, ich wi­zyty w zakładach pracy... jednym słowem to samo, co w swoim czasie podpisał z CRZZ. Panowie literaci nie chcieli otrząsnąć się z za­leżności; chcieli zmienić Mecenasa na innego, bo do­tychcza­sowy zbankru­tował. Piszę o tym bez skrę­powa­nia, gdyż to samo gło­śno mó­wi­łem w kulu­arach "Olivii”

16 – Dwulicowość osobista. Dobrze – pomówmy więc o samym Piłsudskim. Jako działacz pań­stwowy gło­sił po­trzebę ładu i po­rządku – ale pie­niądze na działalność polityczną czerpał z ban­dyckich napadów (na przykład na pociąg pocztowy pod Bezda­nami) czym – co gor­sza – się chlubił. Później rabował już w bia­łych rękawiczkach (sprawa Czechowicza). Nie na wła­sne cele, jak gier­kowszczycy – lecz na partyjne, jak sta­linowcy. Z wywiadem austriackim współpracował z własnej inicja­tywy (nie ma w tym nic złego – osta­tecznie to on ich przechytrzył) – a jedno­cześnie pienił się na samą myśl, że ktoś mógłby się „wdać w brudne ma­chlojki z agen­turami”.

Może już dość. Twierdzę, że ci, co krytykują za to PZPR, nie mają prawa powoływać się na BBWR, gdyż sama   z a s a d a     sys­temu rzą­dów była identyczna (tyle, że komuniści mieli mniej skrupułów). Różnice ideologii są bez znaczenia; czy ktoś naprawdę wierzy, że PZPR zmierza do komunizmu?

Biurokracji całkowicie obojętna jest ideologia, jako zestaw celów. Interesują ją jedynie środki, tzn. kwestia: czy i ile urzęd­nik może na­ka­zać obywatelowi? Gotowa jest służyć każdemu, kto za­rezerwuje dla niej od­powiednią liczbę środków. Ma­newr zasto­sowany przez nią w latach 1980/82 można określić krótko sło­wami Józefa Tomasi, księcia Lampeduzy: „Coś się musi zmienić, by wszystko zostało tak, jak było…” Można stać w pierwszym sze­regu walki o socjalizm – można być czo­łową siłą anty–socjali­styczną. Byle stołki były – i byle rzą­dziły.

Oczywiście to samo czynią w stanie wojennym. Umacniają nawet swą pozycję. Wykorzystują wszelkie sprężyny. Sprzyja im na­wyk ofice­rów do rozdzielnictwa towarów – zamiast do kupna i sprzedaży. Na roz­dzielnictwie zaś zyskuje jedna osoba: rozdzie­la­jący! Do te­goż celu wyko­rzy­stuje się też przesądy ludności rozdmuchując nie­chęć do „spekulantów” i wolnego rynku na wszel­kie zaś spo­soby rozbudzając potrzebę bez­pieczeństwa. Pod opieką Urzędu.

Przykład. W "Życiu Warszawy” red. Chądzyński pisze, że wolne ceny przemysłowe byłyby „kon­tynuacją wolun­taryzmu epoki gier­kow­skiej” – tyle, że na szczeblu przedsiębiorstwa; administra­cja powinna zatem owe ceny w interesie konsu­menta regulo­wać. To, że ceny regulo­wałby sam rynek, redaktor Chądzyński zmyślnie przemilcza. A w imię czego dokonana została ta prze­raź­liwa volta umy­słowa: po to, by za­chować etaty kontrolerów, inspek­torów i innych darmozjadów i pasoży­tów (subiektywnie zresztą nieraz jak naj­uczciw­szych – a stworzo­nych przez system jesz­cze sanacyjny!). Taką samą (choć mniej liczebną) sforę utrzymywał Ludwik XIV i jego na­stępcy, z Jakobi­nami i Na­poleonem włącznie.

Stanowiska urzędnicze obsadzane są zawsze niemal przez inteligencję – w szerokim pojęciu. Nieraz nawet wy­sokiej klasy inte­lektu­ali­ści go­dzą się na odgrywanie żałosnej roli urzędnika. (Ostatnio takie żałosne i pouczające zarazem widowisko robi z sie­bie p.Jerzy Urban). W grun­cie rzeczy bowiem inteligenta pociąga władza – i z racji wykształcenia czuje się on do niej upraw­niony. To on lepiej od chłopa wie, co po­trzeba chłopskiemu dziecku i gdy dorwie się do mini­sterstwa – na przy­kład zdrowia – to już zdoła to na chłopie wy­musić!

Różnica między mieszczaninem, a inteligentem (zwłaszcza – ale nie tylko – polskim) jest zasad­nicza: pierwszy chce żyć, za­ra­biać – i po­zwala żyć innym, jak chcą. Inteligent jest nawiedzony i przepełniony Mi­sją. Na pienią­dzach mu nie zależy. Wcale nie chce np. mieć pensji wyższej o tyle, by kupić sobie lub za pieniądze wypożyczyć książkę! Nie! On chce mieć darmowe biblioteki dla wszyst­kich!

Liczy się arystokratyczna duma z przywileju; wręczenie w formie nagrody sumy równej różnicy między oficjalną a czarno–ryn­kową ceną sa­mochodu byłaby nietaktem; natomiast wręczenie talonu na samochód – jest OK. Z kolei odsprzedanie tego samo­chodu też nie jest w po­rządku – jeździ więc nim, choć go na to nie stać i nie zdaje sobie sprawy, że jest to dla społe­czeństwa znacznie więk­szym ob­ciąże­niem, niż gdyby ową różnicę cen wrę­czyło mu ono w gotówce!

Za owo „anty–mieszczańskie” nastawienie inteligencji płacimy wszyscy. Jest bowiem rzeczą na­turalną, zrozu­miałą i słuszną, że lu­dzie po­gar­dzający pieniędzmi – pieniędzy nie mają! Oni zaś nami rządzą – i mają wiele na­rzędzi kształtowania naszej świado­mości.

Bohaterem dla tej warstwy nigdy nie jest mrówka – lecz konik polny. Nie porywa jej Bolesław Prus – lecz Adam Mickiewicz i Wit­kacy. Społe­czeństwo zaś obowiązane jest utrzymywać pasi­koniki, nawet – a może zwłaszcza – w okresie kryzysu. Już two­rzone są pro­gramy "Ratowa­nia Kultury Polskiej” – co polegać ma na udzielaniu sub­wencji i stypendiów dla nieudol­nych mala­rzy, nie umieją­cych pisać lite­ra­tów i bezli­tośnie knocących teatrów (o dobre nie ma się co mar­twić – bez niczyjej po­mocy nabiją sobie kabzy zło­tów­kami!) Na rzeźbę pro­fesora K. kręcą no­sem – ale gdy społeczeństwu bodaj Kołobrzegu nie spodobała się rzeźba p.Kantora czy p.Hasiora, to zostało zgod­nie i chóralnie zwymyślane od tłumu zacofańców. Chamy mają płacić za Wizję Twórczą Artysty – i nie py­tać.

Inteligent kocha Lud – ale abstrakcyjny. Kocha – i chce go ukształtować. Odrzuca jednak, gdy lud nie chce być posłuszny. W ta­kim przy­padku inteligent, jako Arystokrata Ducha, wchodzi w przymierze z innymi Arystokra­tami. Proszę poczytać tak lewi­co­wego pisa­rza, jak Ste­fan Żerom­ski...

Jego antybolszewizm był znany – i z tego powodu niektóre jego utwory ukazywały się poza cen­zurą. Już w rok jednak po rewo­lucji 1917 pi­sze od niej oględniej. Z aprobatą np. stwierdza w 1919 roku "Organizacya inteligen­cyi zawodowej”, że in­te­ligencja ta, wzgar­dzona na po­czątku re­wolucji bolszewickiej „w celu przy­podobania się ciemnemu motłochowi” – wraca na swoją pozy­cję i zaczyna tym motło­chem kie­rować. Dzier­żyński i Jeżow bu­dzą w nim obrzydzenie jak gdyby mniejsze, niż pi­jany chłop, co rżnie pana tępą piłą.

Chłopów indywidualnych zwalcza Żeromski pryncypialnie, propagując ni mniej ni więcej, tylko... PGR–y; „Na po­zostałych we wła­da­niu Rządu Polskiego 2/3 ziemi dawnej wielko–folwarcznej, uprawnej bądź nada­jącej się do uprawy, osadzona być po­winna po­łowa proleta­ry­atu rolnego Polski, parobków i wydziedzi­czeńców, a więc około milion z górą ludzi. Robotnicy ci praco­waliby na jed­nost­kach wielko­fol­warko­wych, w dob­rach silnie już zago­spodarowanych, w których zbiory są lepsze i wydajniej­sze niż w go­spo­darsko–chłopskich – pod kierun­kiem delegowa­nych agronomów rządowych, techników rolnych i zarządców, świado­mych rzeczy rolniczej”. Można powie­dzieć, że trafił w sedno: dziś w PGR–ach pracuje ok. 900.tys ludzi. Za Hilarego Minca Że­romski byłby mini­strem rolnic­twa i już po kilku miesiącach posłałby wojsko dla przy­muszenia krnąbr­nych włościan do uspół­dziel­czenia wsi. Gdzie są teraz – py­tam – ci, co twierdzą, że poli­tykę rolną narzucił nam Kreml?!

Autor "Dziejów Grzechu” upewnia czytelników w tym samym szkicu („Początek świata pracy”), że „Wdro­żenie (Nb. zawsze my­śla­łem, że słowo to jest wymysłem socjalistycznej już biurokra­cji!) takiego systemu gospodar­stwa kolektywnego nie byłoby wcale ob­jawem socy­ali­zmu pań­stwowego”! Brawo! Może jednak Żeromski pra­cowałby jako minister propagandy – nowomową operuje zna­komicie i kłamie jak z nut! A nieco przedtem "Paro­bek na folwarku dostawałby rocz­nie nie 18 rs. jak w tych czasach, lecz co naj­mniej kilkadzie­siąt (!?!?!?) razy więcej”. Jeśli to nie jest ekonomiczny woluntaryzm w naj­czyst­szej postaci, to gotów jestem zjeść własną brodę. W każdym zaś razie Nikitę Siergieje­wicza Chruszczowa uważam za ge­nialnego speca od rolnictwa, w porów­na­niu ze Stefanem Żerom­skim! A prze­cież Żerom­ski był przez wielu uważany za wy­bitny autorytet!

Tak nawiasem jeszcze: pisarze polscy zwyczaj byli lewicowcami – a jako tacy wrogami wielkiej własności, zwłaszcza ziem­skiej. Dziwne jed­nak: czytałem wiele powieści opisujących potomków zdegenerowanych rodzin, przepijających lub prze­grywających w karty swój ma­jątek; nie mogę sobie jednak przypomnieć, by jakikolwiek autor cieszył się, że oto majątek zo­stanie rozsprze­dany mię­dzy chłopów. Za każdym ra­zem opisowi towarzyszy potępienie pisarza; ten upadek jest czymś złym, niekorzystnym...

Dlaczego? Dlatego, że właściciel majątku ma czas na czytanie – i pieniądze na kupno książek. Natomiast na­bywca–chłop bę­dzie orał i nie znaj­dzie czasu na chwalenie i opłacanie wzlotów nie­zależnego Ducha.

Podobnie i dziś artyści narzekają, że związki zawodowe nie kupują całych spektakli teatralnych, obrazów bali­stycznych – i trzeba ster­czeć pod Barbakanem sprzedając swe płótna i podlizując się mieszczuchom. Gdy pol­skiemu pisarzowi poma­chać przed no­sem infor­ma­cją, że pi­sarze na Zachodzie normalnie  p r a c u j ą  (a piszą w ramach fajrantu) to wydaje on z siebie okrzyk zgrozy.

Tak więc wszystkie warstwy inteligencji – od Tytanów Ducha i Koryfeuszy Nauki (co w 1979 roku odmówili dys­kusji nad sprawą cen­zury), po referenta w Urzędzie Dzielnicowym – przeżarte są serwilizmem. Mogą psioczyć na ustrój, ale nie są go­towe zrezy­gno­wać ze swojej w nim uprzywilejowanej pozycji. Referent ów może zresztą przymierać głodem – ale świa­do­mość, że jednym pocią­gnięciem pióra może nie­ru­cho­mość wartą 15 milionów zamienić na wartą pół mi­liona (przez drobną zmianę w kwalifikacji podatko­wej), czyni jego życie pięknym. Nie­kiedy zresztą posesjonat nie tylko musi giąć kark i przy­nieść kwiatki – ale i w rękę wsunąć bar­dziej konkretny dowód pa­mięci…

Panowie ci nie zdają sobie jednak sprawy, że w skali całego świata system kurateli państwa nad obywa­telem poniósł strasz­liwą, du­chową i gospodarczą klęskę... Najbardziej nią dotknięta Pol­ska będzie musiała odejść od niego jak najszyb­ciej – i moż­liwie da­leko. Nie na powrotu do sytu­acji sprzed Grudnia, Sierpnia i Września (1939). Musimy wybudować nowy po­zbawiony biu­ro­kracji mo­del. Moim zda­niem sytuacja kraju usprawiedliwia użycie siły dla złamania zdetermino­wanego oporu biurokracji.

..................

Gdy pisałem te słowa w styczniu 1982 – byłem pesymistą: nie wierzyłem, że generał Jaruzelski pozba­wiony po­parcia spo­łe­czeń­stwa, zdoła ten opór przełamać (i czy w ogóle będzie  c h c i a ł  go przełamy­wać). Dziś wiem, że miałem rację. Krę­go­słup re­formy został zła­many – a biuro­kra­cja zdołała przekonać wojskowych, że jest być może nieudolna – ale wierna i nie­zbędna. To nie był ten zamach stanu, który cztery lata temu wręcz zalecaliśmy, jako najoszczędniejszą drogę oba­lenia gier­kowszczyzny…

Być może obecna sytuacja zmusi inteligencję do przewartościowań – i przemyślenia własnej sy­tuacji na nowo. Inteligencję stać bo­wiem, mimo wszystko, na działania bezinteresowne. Nato­miast jeśli się nie opamięta i nie zrezygnuje z kastowych przy­wile­jów; jeśli nie pozwoli społe­czeństwu rządzić się samemu – to obecne anty–in­teligenckie nastroje doprowadzą do wybuchu. Przykład Iranu jest do­sta­tecznie wy­mowny – ale Iran dysponu­jący szybem w Karlinie będzie krajem bardziej jesz­cze pożałowa­nia godnym.

* Po wykryciu ropy w Karlinie część obywateli PRL uznala, że od tej pory nie trzeba będzie pra­cowa; ropa nas utrzyma...

************************************************************************************************************************************** 

 

BBWR        OZON

––––––  =  –––––

PZPR          PRON

Ta proporcja miała ilustrować podobieństwo II RP i PRL. BBWR – "Bezpartyjny Blok Współpracy z Rzą­dem" wybor­czy blok sa­na­cyjny (https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezpartyjny_Blok_Wsp%C3%B3%C5%82pracy_z_Rz%C4%85dem) ; OZON – Obóz Zjedno­czenia Narodo­wego założony w 1937 roku przez konserwatyw­nych i nacjonalizują­cych sa­natorów

(https://pl.wikipedia.org/wiki/Ob%C3%B3z_Zjednoczenia_Narodowego ); PRON – Patriotyczny Ruch Odro­dzenia Narodo­wego po­wstała w 1982 roku organi­zacja mająca gromadzić prawicowych i naro­dowych dzialaczy chcących po­pierac juntę, czyli WRONę. Na­tych­miast obro­sła nadgorliw­cami i przydupasami wladzy, w wyniku czego już po miesiącu stracila sens i w 1983 przeksztalcila się w FJN–bis. Li­czyła na­prawdę więcej "członków" niż liczba obywateli PRL (https://pl.wikipedia.org/wiki/Patriotyczny_Ruch_Odrodzenia_Narodowego )!!