Anabis 2

ANABIS

22 Maja 2003

„Są dziwy w nie­bie i na ziemi, o któ­rych ani się śniło wa­szym fi­lo­zo­fom”

Tak przetłu­ma­czył Mic­kie­wicz słynne słowa Hamleta do Ho­ra­cju­sza (akt I, scena V) i za­mie­ścił je jako motto do II część „Dzia­dów”, przy­ta­cza­jąc przy tym wer­sją an­giel­ską:

There are more things in Heaven and Earth

Than are dreamt of in your phi­loso­phy.

Wy­gląda na to, że Mickie­wicz się po­mylił – po­winno być „w two­jej filo­zo­fii” (czyli w twoim poję­ciu, wy­obra­że­niu) – zwłasz­cza że w „Hamle­cie” żad­nych Ho­racju­szo­wych filo­zo­fów nie ma. Nie­mniej utarła się od­tąd tra­dy­cja (?!), aby przy­ta­czać to zgod­nie z Mic­kie­wi­czow­ską po­myłką. Np w słow­niku Ko­pa­liń­skiego jest:

Wię­cej jest rze­czy (dziw­nych) na nie­bie i ziemi, Ho­racy, niż śniło się wa­szym filo­zo­fom.

Prawda, że dziwne.

Za­uważmy, że (po­mi­ja­jąc tę po­myłkę) Mic­kie­wicz wy­ka­zał lep­sze wy­czu­cie ję­zy­kowe niż współ­cze­śni:

Prze­tłu­ma­czył to ładniej i zgrabniej, a po­nadto nie napi­sał „na nie­bie”, lecz „w nie­bie” – i słusz­nie, bo prze­cież nie cho­dzi tu o miej­sca w zna­cze­niu fi­zycz­nym, lecz o dzie­dziny bytu czło­wie­czego. Zresztą w „Oj­cze nasz” mó­wimy:  „któ­ryś jest w nie­bie”  oraz „jako w nie­bie tak i na ziemi”

Nieco dziwne jest po­nadto, że w przy­to­czonej przez Mickie­wicza wersji an­giel­skiej słowa He­aven, Earth za­czy­nają się od wiel­kiej li­tery. Niewy­klu­czone że tak właśnie na­pisał Szek­spir – z po­wodu jak wy­żej. Jednak w obec­nych an­giel­skich wy­da­niach to za­rzu­cono, i pi­sze się tak:

There are more things in heaven and earth, Hora­tio, than are dreamt of in your phi­loso­phy.

 

Po obej­rzeniu fa­scimile wydania 1623 oka­zuje się że słowa „he­aven” „earth” były jed­nak z ma­łej li­tery.

Dziwnie jest na­tomiast z kolejno­ścią tych słów. Wpraw­dzie  taka jest w „Ojcze nasz” po ła­cinie i po pol­sku, ale po po an­giel­sku jest  od­wrotna: “on earth as it is in he­aven”, co ozna­cza że od­ruchowo Szek­spir powi­nien był tak właśnie na­pi­sać  (NB po fran­cu­sku też jest od­wrotna: „sur la terre comme au ciel”).  Do­dajmy jesz­cze że u Szek­spira było nie „philo­sophy”  lecz”phi­losophie”

Z kolei w przekła­dzie Jó­zefa Paszkow­skiego (1817–1861) jest też od­wrotna: „ Więcej jest rze­czy na ziemi i w nie­bie”

Jednym słowem: Są dziwy w literatu­rze...

 

ANABIS

30 Maja 2005

Nałóg czy na­wyk ?

Za­pewne to  dro­bia­zgi, ale że wielu mogą się przy­dać, więc godne za­miesz­czenia:

Palę pa­pie­rosy od wielu wielu lat. Kil­ka­kroć pró­bo­wa­łem się od­zwy­czaić, ale w końcu da­łem so­bie spo­kój. Prze­ko­na­łem się bo­wiem, że je­stem uza­leż­niony nie od ni­ko­tyny! lecz od „py­ka­nia” dy­mem. Wy­szło to stop­niowo na jaw, kiedy prze­ko­na­łem się, że z równą przy­jem­no­ścią palę pa­pie­rosy słabe, a po­twier­dziło się, kiedy w Pol­sce poja­wiły się kilka lat temu pa­pie­rosy R1 Mi­nima. Mają one 7–8 razy mniej (!) ni­ko­tyny i ubocz­nych sub­stan­cji szko­dli­wych niż wszel­kie inne. Wy­pa­lając paczkę dzien­nie szko­dzę so­bie tyle samo co gdy­bym wy­palił 3 pa­pie­rowy „zwy­kłe”, więc bez wątpie­nia szko­dzę so­bie znacz­nie znacz­nie mniej niż więk­szość pa­la­czy. Za­chę­cam więc Czy­tel­nika palą­cego do spraw­dze­nia czy R1 Mi­nima będą go sa­tys­fak­cjo­no­wać.

Wyszło rów­nież na jaw że: choć piję re­gular­nie kawę, nie je­stem uzależ­niony od ko­fe­iny w ka­wie lecz od smaku kawy. Zda­rzyło się np że przez 2 ty­go­dnie pi­łem „inkę” my­śląc że jest to „ne­ska” (bo ktoś mi prze­sy­pał „inkę” do sło­ika po „ne­sce”). Na­miętny „ka­wiarz” może po­dob­nie się spraw­dzić, co po­zwoli mu zmniej­szyć (być może nad­mierną) dzienną dawkę ko­fe­iny bez zmniej­sze­nia sa­tys­fak­cji. Ja piję tylko „ne­skę” (zdaje się jest słaba) i sy­pię zale­d­wie jedną ły­żeczkę. Smak jest za­spo­ko­jony.

Stra­szenie tłu­mem

Zapo­znana cie­ka­wostka z pierw­szej wi­zyty Jana Pawła II w Pol­sce w 1979:

Przed wizytą me­dia roz­gła­szały, że na spo­tka­nie z Pa­pie­żem w War­sza­wie przy­je­dzie 6 milio­nów! Aby uwia­ry­god­nić tę nie­sa­mo­witą ilość, pole­cono na­wet szko­łom w W–wie i oko­li­cach przy­go­to­wy­wać noc­legi dla piel­grzy­mów. Nic więc dziw­nego, że wielu się na­brało, a wśród nich i ja. By­łem już raz w kil­ku­set­ty­sięcz­nym tłu­mie (w 1956 pod­czas słyn­nego wiecu z Go­mułką), ale 6 mi­lio­nów... po prostu zlą­kłem się tłumu. Choć miesz­kam w cen­trum War­szawy, ogra­ni­czy­łem się do pa­trze­nia w te­lewi­zor. Po za­koń­cze­niu uro­czy­sto­ści, zdzi­wiony że nie wi­dać ani nie sły­chać tłu­mów, wy­sze­dłem na ulicę. Było ra­czej luźno (!) i wkrótce Pa­pież prze­je­chał kilka me­trów ode mnie w swoim po­jeź­dzie (wów­czas jesz­cze od­kry­tym). Podano po­tem, że na spo­tka­niu było zale­d­wie ze 100 ty­sięcy (choć za­pewne ko­muna to ze 2–3 razy po­mniej­szyła). Per­fidna plotka nie chy­biła celu.

Oczy­wi­ście trans­mi­sja tele­wi­zyjna była wy­biór­cza. Nie po­ka­zy­wano lu­dzi klę­czą­cych (pod­czas pod­nie­sie­nia ka­mera za­sty­gała na wznie­sio­nym kieli­chu) i skwa­pli­wie ukazy­wano lu­dzi sta­r­ych, o twa­rzach możli­wie „śmiesz­nych”. No ale tego oczy­wi­ście się spo­dzie­wa­łem.

 

ANABIS

7 XI 2005

O ruchu Ziemi

Oto najprost­szy ar­gu­ment na rzecz sys­temu he­lio­cen­trycz­nego:

Astronom z astrono­mem obiad ra­zem je­dli

i przy stole bie­siad­nym spór za­wzięty wie­dli.

Jeden twier­dził, że Zie­mia wo­kół Słońca dąży,

drugi – że to nie Zie­mia, ale Słońce krąży.

Jeden zwał się Ko­per­nik, a drugi Ptolo­mej...

a spór, co jest ru­chome, co zaś nie­ru­chome,

rozsądził ku­charz – żar­tem. Spy­tał go go­spo­darz:

„Znasz bieg pla­net nie­bie­skich? Jaki do­wód po­dasz,

Kto z nas praw?”  Na to ku­charz: „Ko­per­nik, nie Gre­czyn.

Wprawdziem na Słońcu nie był, ale kto za­prze­czy

tej prawdzie oczywi­stej, mę­żo­wie uczeni,

że nikt pieca nie kręci do­koła pie­czeni”

Michał Ło­mo­no­sow

(przekład Ju­liana Tu­wima)

 

Dodajmy że sys­tem he­lio­cen­tryczny jest rów­no­ważny geo­cen­trycz­nemu

tylko z punktu wi­dze­nia ki­ne­ma­tyki !

 

Dynamicznie rzecz bio­rąc nie są rów­no­ważne

– wyja­śnie­nie można zna­leźć w pod­ręcz­ni­kach astro­no­mii.

Dzieci–żołnie­rze w Po­wsta­niu War­szaw­skim

to kompletne mi­sty­fika­cja. Nic ta­kiego nie miało miej­sca – nikt dzieci nie wy­sy­łał do walki. Oczy­wi­ście spo­ra­dycz­nie mo­gło się zda­rzyć, że ja­kiś trzy­na­stola­tek w za­mie­sza­niu „dor­wał się” na chwilę do broni, ale nic po­nadto.

Wystarczy do­wód z po­szlak (na ogół pew­niej­szy od świa­dectw (któ­rych zresztą i tak nie ma)):

– nikt przy zdro­wych zmy­słach nie po­sy­łałby dzieci do boju

– zwłaszcza że doro­słych żoł­nie­rzy – bez­czyn­nych wsku­tek roz­paczli­wego nie­do­boru broni – było aż nadto!

Legenda o wal­czą­cych dzie­ciach opiera się wy­łącznie na kilku dość zna­nych fo­to­gra­fiach. Na pierw­szy rzut oka wi­dać jed­nak, że są to czy­ste in­sceni­za­cje: ubrano kilku chłop­ców w mun­dury, dano im broń do ręki – i dzienni­karz–fo­to­graf uzy­skał wzru­sza­jące „świa­dec­two”.

Kilka lat temu obie­gła świat fo­to­gra­fia ro­dziny pale­styń­skiej z nie­mowlę­ciem ubra­nym w pas sa­mo­bój­czy. Cóż – przy­je­chał dzien­ni­karz z pa­sem, dał 20 dola­rów i pro­szę... pa­trz­cie jacy są ci Pale­styń­czycy!
Z równą re­zer­wą na­leży pod­cho­dzić do nie­ustan­nych do­nie­sień o wal­czą­cych dzie­ciach w Afryce.

Legenda prze­szła na­tych­miast do filmu „Zaka­zane pio­senki” (1947) w któ­rym po­ka­zano kilku chłop­ców tkwią­cych na po­ste­runku wśród ruin, w heł­mach i z pi­stoletami maszy­no­wymi. Przy­chodzi do nich do­wódca i po­leca znisz­czyć czołg bu­tel­kami za­palają­cymi. No i po­ka­zane jest jak rzu­cają – tak jakby nie było pod do­stat­kiem do­ro­słych, któ­rzy rzucą prze­cież bu­telką znacz­nie le­piej. Tak więc film podtrzy­muje mit znacznie silniej.

A po latach po­sta­wiono w War­sza­wie Po­mnik Ma­łego Po­wstańca – w mun­du­rze i pod bro­nią.

Stwier­dzi­łem że w dwóch szko­łach pod­sta­wo­wych w W–wie pielę­gnuje się sta­ran­nie mit o dzie­ciach–

–żoł­nier­zach w Po­wsta­niu. Moja dema­ska­cja zo­stała skwi­to­wana po­błaż­li­wym uśmie­chem.    XI 2007

 

Dopisek 12 XI 2018

Powyższe to jednak drobiazg w po­równaniu z uspra­wiedliwianiem i glo­ry­fika­cją do­wództwa Po­wsta­nia. Już od po­czątku podno­szono że de­cy­zja o wszczęciu Powsta­nia była zbrodni­cza, co na wszelkie spo­soby wy­tłu­miano pod­kre­ślaniem bo­ha­ter­stwa żoł­nie­rzy i... lud­no­ści cy­wil­nej.

Mnie uderzył jeszcze zbrodniczy upór Dowództwa w przedłużaniu Po­wstania – już na 2–3 dzień wia­domo było że klę­ska jest nie­unik­niona, że skończy się to krwawą heka­tombą. W tej sytuacji należało zakończyć Po­wsta­nie – Do­wódz­two albo zdaje się na ła­skę Niem­ców ( a nuż by ich oszczędzili) albo „rozpływa się” wśród lud­ności cy­wil­nej. Ale nie – pod­trzy­my­wali Po­wstanie jesz­cze 6 ty­go­dni, do­póki nie uzyskali sta­tusu jeń­ców wo­jennych – a koszto­wało to życie 100 ty­sięcy cy­wilów (ca 2 ty­siące dzien­nie, w tym 600 dzieci). Oto dodat­kowa zbrod­nia!  

Myślałem że nikt poza mną tego nie podnosił, ale jak się okazało byłem w błędzie: http://www.kulturaswiecka.pl/node/865. No cóż – w zale­wie tromta­dra­cji niby­patrio­tycz­nej re­alne spojrze­nie nieła­two może dotrzeć do świa­domości ogółu.

Zarzuca się Niemcom że niekiedy pę­dzili przed czoł­gami jako osłonę lud­ność cy­wilną, ale Do­wództwo po­stą­piło prze­cież iden­tycz­nie – z tym że wzięli na za­kładni­ków kilkaset tysięcy cywi­lów. I nie zezwalali im na opusz­czenie te­renu walki, cy­tuję:

„Coraz częściej mieszkańcy domagali się zgody na ewakuację. Oficjalne ze­zwo­lenie do­wództwo AK wy­dało do­piero 8 wrze­śnia”

 

BTW Z Powstaniem jestem dość związany emocjonalnie, po­nieważ jako kilkulatek wi­dzia­łem ruiny, stałem w oknie ob­ser­wu­jąc jak ro­bot­nicy roz­wa­lają ki­kuty spalo­nych domów, a po­tem znalazłem w gruzach hełm i trochę nabojów. W dzieciństwie niezbyt to mnie wzru­szało, ale póź­niej okropność tego wszyst­kiego do mnie do­tarła i dzisiaj rocznica Po­wsta­nia skłania mnie jedy­nie do żalu i roz­pa­czy.

NB w Muzeum Powstania Warszawskiego te wszystkie okrop­ności są raczej niewi­doczne – była na­to­miast ksią­żeczka dla dzieci do po­kolo­ro­wa­nia – no cóż to prze­cież była tylko taka za­bawa.  

 

ANABIS

3 V 2008

O nume­rowa­niu

Rozmowa telefo­niczna:

– Czy to nu­mer 11 11 11 ?

– Nie, tu 111 111.

– Prze­pra­szam za po­myłkę; fa­ty­go­wa­łem pana niepo­trzeb­nie.

– Nie ma za co – i tak mu­sia­łem po­dejść, bo tele­fon dzwo­nił.

Tę starą aneg­dotę wyko­rzy­sta­łem kie­dyś po­da­jąc w kwe­stio­na­riu­szu 2 tele­fony – do pracy i do domu. Urzęd­nik na próżno usi­ło­wał prze­ko­nać mnie, że to ten sam nu­mer – nie da­łem się.

W oparciu o po­wyż­sze skon­stru­owa­łem aneg­dotę ho­te­lową:

Gość hote­lowy prosi w re­cep­cji o klucz do po­koju 178.

Recep­cjo­ni­sta sięga do prze­gródki z nu­me­rem 223.

– Nie, nie ten. Pro­si­łem o 178.

– Pro­szę Pana, w na­szym ho­telu klucz do po­koju 178 prze­cho­wuje się w prze­gródce 223.

Gość bie­rze klucz i stwier­dza, że jest na nim nu­mer 325.

– Ależ, to jest klucz od 325 !

– Pro­szę Pana, w na­szym ho­telu klucz do po­koju 178 opa­trzony jest nu­me­rem 325.

To byłby re­kord, ale mniej am­bitne próby się zda­rzają.

Kiedyś wy­da­wano plan War­szawy w for­mie książ­ko­wej, w któ­rym na każ­dej stro­nie były dwa nu­mery:

numer mapki oraz numer ko­lejny strony (oczywi­ście (!) róż­niły się o kilka). Próba od­szu­ka­nia mapki z planu po­nu­me­ro­wa­nych ma­pek koń­czyła się na ogół zamie­sza­niem.

No cóż – biu­ro­kraci uwiel­biają nu­me­ro­wa­nie dla sa­mego nu­me­ro­wa­nia.

Kiedyś spró­bo­wałem zro­bić im przy­jem­ność. Pra­cu­jąc w pew­nej (sztyw­nej i po­waż­nej) in­sty­tucji pań­stwowej do­sta­łem za­da­nie spo­rzą­dze­nia ze­stawu zbiorczego. Po­nume­ro­wa­łem w ta­beli ko­lumny i wier­sze (tak zaw­sze ro­biono) i zsu­mo­wa­łem każdą ko­lumnę i wiersz (też tak zawsze ro­biono) – z tym że zsu­mo­wa­łem rów­nież nu­me­ry wier­szy i ko­lumn. Za­uwa­żono to jednak i o dziwo na­pięt­no­wano.

Głoski sil­nie miękkie (pala­tywne?) i diak­tryby za­miast dwu­li­te­ró­wek

Są to głoski: Ć Ń Ś Ź. Nie­stety, tak zapi­suje się je tylko w niektó­rych przy­pad­kach. Na ogół za­miast gór­nej kre­seczki zmięk­cze­nie  za­zna­cza się po­przez do­pi­sa­nie li­tery i, np: cia­sto, nie, siano, ziele.

Dlaczego? Ano tak się utarło i już. Napi­sa­nie: ća­sto, ńe, śano, źele – ucho­dzi za błąd or­to­gra­ficzny.

Wielokrotnie ob­ser­wowa­łem jak dzieci uczące się pi­sma pi­szą: ća­sto, ńe, śano, źele – do­póki ktoś im tego nie wy­per­swa­duje („Tak się nie pi­sze, ko­cha­nie. To błąd”). Oczy­wi­ście dźeći mają rację – tak śę po­winno pi­sać ! Szkód żad­nych to nie spo­wo­duje, a wskaże pra­wi­dłową wy­mowę ta­kich wy­ra­zów jak np si­nus i sin­gle­ton, które lu­dzie pro­stego serca pró­bują wyma­wiać jako śi­nus i śin­gle­ton, a po usły­szeniu że coś–tu–nie–tak pró­bują pi­sać jako sy­nus i syn­gle­ton (au­ten­tyczne). NB do dzi­siaj nie wiem czy sicz (zapo­ro­ska (patrz „Try­lo­gia”)) wy­ma­wia się śicz czy sicz.

Natknąłem się kiedyś na dwie pol­skie książki (sprzed 100 lat!) w któ­rych cał­ko­wi­cie za­rzu­cono zmięk­cza­nie przy po­mocy li­tery i. Nie­stety, próba ta się nie przy­jęła. A szkoda.

Nie pamiętam już czy w książ­kach tych wpro­wa­dzono także jed­noli­te­rowe diak­tryby dla obec­nych dwuli­te­ró­wek: ch cz dz dź dż rz sz.  To też byłoby b.wygodne i wcale nie ko­li­do­wa­łoby z or­to­gra­fią. Do­wie­dział­bym się w końcu czy słowo mu­rza (patrz „Trylo­gia”) wyma­wia się mur–za czy też mu–rza (w słow­ni­kach tego nie po­dają) i unik­nął­bym mi­mo­wol­nych lap­su­sów przy gło­śnym od­czyty­wa­niu ta­kich słów jak pod­zelo­wać (nie po–dzelo­wać lecz pod–ze­lo­wać), pod­że­gać itp.

A jed­nak są słow­niki po­da­jące wy­mowę słowa „mu­rza”, mia­no­wi­cie „mur–za” ( http://www.sjp.pl/)

Te głupie pszczoły

W głębokim PRLu królo­wał w skle­pach miód „wy­pro­du­ko­wany” przez Za­kład Stan­da­ry­za­cji Miodu w Olsz­ty­nie. Na­zwa ta zaw­sze mnie za­dzi­wiała: Nic to że pszczoły ro­bią miód od mi­lio­nów lat – w Olsz­ty­nie wie­dzą le­piej! Cie­kawe czy Unia Eu­ro­pej­ska wy­pra­co­wała już stan­dard dla miodu?

O psuciu żyw­no­ści

Proceder fał­szo­wa­nia i psu­cia żyw­no­ści postę­puje w Pol­sce pełną parą:

Pieczywo, wę­dliny, sery żółte – coś obrzy­dli­wego. Mleko jako tako się trzyma, ale da­leko mu do mleka praw­dzi­wego (tzn nie pod­da­nego ob­róbce w mle­czarni). Jabłka wy­glą­dają ład­nie, ale wsku­tek upo­rczy­wego opry­skiwa­nia sa­dów nie mają ani aro­matu ani wła­ści­wego smaku.

Najgorzej jest w su­per­mar­ke­tach. Można tam osta­tecz­nie ku­po­wać cu­kier, ale i to nie jest pewne, bo­wiem pro­duk­cja się roz­dwoiła – na półki w su­per­mar­ke­tach produ­kuje się wg osob­nej tech­nologii.

Przyczyną tego zja­wiska jest po pro­stu... nie­wy­bred­ność szero­kich rzesz kon­su­men­tów. Za­tra­cili za­pewne smak i nie czują tego co je­dzą. A może: „A niech bę­dzie i ... byle nieco mniej za­pła­cić” ?

Co za­miast wę­dlin:

Należy ku­pić kawał mięsa na targu (nie w su­per­mar­ke­cie) i ugo­to­wać bądź upiec. Je­śli weź­miemy pod uwagę skład, ja­kość i smak – wcale nie wy­cho­dzi to dro­żej od „wę­dlin”. A i fa­tyga jest nie­wielka.

Wspo­mnie­nie o „Ko­ziołku”:

W głę­bokim PRLu był na rynku ser zio­łowy „Ko­zio­łek” (małe twarde stożki o wy­so­ko­ści ca 10 cm).

Tarło się go na tarce, nad ka­napką. Coś wspa­nia­łego – żadne par­me­zany nie umy­wają się do niego.

Niestety, na obecne czasy byłby za dobry (i za­pewne zo­stałby sfał­szo­wany).

 

ANABIS

12 IX 2008

Stopowa­nie na mi­li­par­seku

W jednym z opo­wia­dań Stanisława Lema o pi­lo­cie Pi­rxie lu­xu­sowy pa­sa­żer­ski sta­tek ko­smiczny otrzy­muje pole­ce­nie  prze­rwa­nia rejsu i wyru­sze­nia na ra­tu­nek. W na­wi­ga­torni pada py­ta­nie „Czy damy radę za­sto­po­wać na mi­li­par­seku?”. Od­po­wiedź jest twier­dząca, z czego wy­nika że miej­sce kata­strofy jest odle­głe o około je­den mili­par­sek. Sta­tek zmie­nia kurs i wy­ru­sza na ra­tu­nek.

Na oko wy­gląda to sen­sow­nie; na wszelki wy­pa­dek – po­liczmy:

Parsek to odle­głość, którą świa­tło prze­bywa w po­nad 3 lata (do­kład­niej: w 1191 dni).

Na miliparsek zu­żyje więc świa­tło 1000 razy mniej czasu – czyli po­nad 1 dzień.

Statek był oczy­wiście o wiele wol­niej­szy – miał pręd­kość po­dróżną = 10 ty­sięcy km na se­kundę, czyli był 30 razy wol­niej­szy od świa­tła, a za­tem do­tar­cie do miej­sca kata­strofy za­bra­łoby mu po­nad mie­siąc ! (z czego ostat­nie kilka dni mu­siał­by zu­żyć na ha­mo­wa­nie). Po­nad mie­siąc! A jak jest w opo­wia­da­niu? Sta­tek na­wią­zuje kon­takt wi­zu­al­ny z miej­scem ka­ta­strofy już po kilku(nastu) go­dzi­nach lotu ha­mo­wa­nego.

Lapsusów takich jest w fan­ta­styce za­trzę­sie­nie. Au­to­rzy w go­rączce twór­czej wsta­wiają liczby ta­kie ja­kie pod­suwa im roz­tar­gniona muza, nie ra­cząc wy­ko­nać ele­men­tar­nych szkol­nych osza­co­wań.

W ogóle do wszelkich po­da­wa­nych liczb – także w nie­fan­ta­styce! – na­leży pod­cho­dzić z nie­uf­no­ścią; nie za­wa­dzi spraw­dzić je sa­memu, aby przeko­nać się cho­ciażby czy jesz­cze po­tra­fimy ra­cho­wać.

Szcze­gólnie trzeba uwa­żać kiedy czy­tamy o „bi­lio­nach dola­rów”. Wielu dzien­ni­ka­rzy nie wie, że w USA bi­lion to 1000 mi­lio­nów i – ba­ga­telka – po­dają pol­skiemu czy­tel­ni­kowi kwoty ty­siąc razy więk­sze.

Główna za­sada go­spo­darki pań­stwo­wej

W owym czasie – dziś już może nie – główną za­sadą go­spo­darki pań­stwo­wej było „stehlen und steh­len las­sen”. Kraść i po­zwo­lić kraść. Piękna po­ko­jowa za­sada.

Ten dobry sys­tem miał jed­nak jed­nego wroga, a mia­no­wi­cie pewną fran­cu­ską za­sadę. Co tu dużo ga­dać, Fran­cuzi są we wszyst­kim wro­gami Niem­ców. „Ótes–toi que je m'y mette”. Co w swo­bod­nym tłu­ma­cze­niu zna­czy: „Od­suń się, niech i ja się na­kradnę”.     Mor Jokai "Złoty czło­wiek"  (ca 1890)

Skoro jest wzór na Pro­cent Skła­dany, czas by ktoś uło­żył wzór na Pro­cent Kra­dziony oraz Mar­no­tra­wiony. Oba te pro­centy wy­dają się być im­ma­nentną ce­chą wszel­kich ludz­kich przedsię­wzięć doko­ny­wa­nych przez or­gani­za­cje zhie­rar­chi­zowane (już przy bu­do­wie pira­mid z pew­no­ścią...), a nie­stety duże przed­się­wzię­cia mogą być zre­ali­zo­wane tylko przez ta­kie wła­śnie or­ga­ni­za­cje.

Jest nowelka Cze­chowa (za­po­mnia­łem ty­tułu; może ktoś przypo­mni) w któ­rej grupka akcjo­na­riu­szy ma­łego przed­się­bior­stwa bie­dzi się jak za­po­biec ko­lej­nej de­frau­dacji. Ka­sjer – trzeci z ko­lei – przy­znaje się ze skru­chą, że – już po raz drugi – skusiły go roz­ko­sze tego świata (ko­biety, wino, śpiew). Zroz­pa­czeni ak­cjo­na­riu­sze obie­cują mu końcu do­star­czać te roz­ko­sze gra­tis (wino, ad­re­siki itp), byle tylko po­wstrzy­mał się od nad­we­rę­ża­nia kasy.

Stąd też wy­wo­dzą się ol­brzy­mie pen­sje me­nadże­rów wiel­kich firm. Za­pewne znala­złby się zdol­niej­szy ochot­nik do pracy za pen­sję znacz­nie niż­szą, ale jest niemal pewne że z bie­giem czasu uległby po­ku­sie. Je­śli na­wet nie miałby moż­li­wo­ści de­frau­da­cji, to zo­stałby prze­ku­piony przez firmę kon­ku­ren­cyjną w celu do­kona­nia sabo­tażu w in­tere­sach pra­co­dawcy.

Polskie –ski po an­giel­sku ?

Skąd wzięło się pisa­nie po an­giel­sku Ko­wal­sky za­miast Ko­wal­ski, Sla­win­sky za­miast Sla­win­ski itp ?

(przecież an­giel­skie sky brzmi jak pol­skie skaj, a an­giel­skie ski [narty] wy­ma­wia się jak pol­skie ski).

Jest to zdaje się ma­niera dość świeża, bo wi­dzia­łem kie­dyś stare książki an­glo­ję­zyczne w któ­rych pol­skie ski pi­sano po pro­stu ski. No i do­tąd w USA obcho­dzi się Pu­la­ski Days (nie Pu­la­sky Days).

Jak na­uczał hi­storii mój na­uczy­ciel w li­ceum

Przez 4 lata dyk­tował swój wła­sny kurs hi­storii – głów­nie skon­den­so­wane fakty; niemal zero oceny i in­ter­pre­ta­cji. Wy­da­wa­nie lek­cji pole­gało na do­słow­nym od­two­rzeniu te­matu z pa­mięci – nie wy­ma­gał, ani na­wet nie tole­ro­wał, żad­nego „my­śle­nia hi­sto­rycz­nego”; nale­żało po pro­stu po­wtó­rzyć.

Aby na­dą­żyć z no­to­wa­niem wy­pra­co­wa­łem so­bie sys­tem „ste­no­gra­fii hi­sto­rycz­nej”, spro­wa­dza­ją­cy się do wiel­kiej ilo­ści skró­tów (np F=Fran­cja, P=Pol­ska) i róż­nych sym­boli gra­ficz­nych.

Tę metodę na­ucza­nia nie­któ­rzy ostro kry­ty­ko­wali („czy­sta pa­mię­ciówka; nie uczy myśle­nia”).

Po latach uzna­łem jed­nak, że była to me­toda bar­dzo do­bra, ba – na­wet je­dyna wła­ściwa !

Przecież naj­więksi filozo­fo­wie mają ol­brzy­mie kło­poty z in­ter­pre­tacją i oceną pro­ce­sów hi­sto­rycz­nych ! jak więc wy­ma­gać tego od nie­do­świad­czo­nego na­sto­latka. Na­leży więc wbić mu w głowę na­razie fakty. Je­śli jest głupi bądź bę­dzie umy­słowo ocię­żały, to przy­najm­niej one mu po­zo­staną. A je­śli bę­dzie miał skłon­ność do my­śle­nia, to z cza­sem za­cznie mu coś świ­tać. Po­nadto w obu przy­pad­kach unie­za­leż­niony bę­dzie od in­ter­pre­ta­cji na­rzu­ca­nej przez bie­żącą wła­dzę poli­tyczną.

Hitler ura­to­wał Eu­ropę

Przed czym? Przed sowie­ty­zmem. Czy z do­brego serca? By­najm­niej. Aby ura­to­wać III Rze­szę.

Desperacki atak w 1941 był JE­DYNĄ szansą nazi­stow­skich Nie­miec. Bez niego wkrótce ru­szy­ła­by po­tężna ofen­sywa so­wiecka – zmiaż­dży­łaby Niemcy i za tym sa­mym za­ma­chem usta­nowi­łaby w CA­ŁEJ Eu­ro­pie „wła­dzę rad”. Zwią­zek So­wiecki obej­mo­wałby dzi­siaj Por­tu­ga­lię, Wło­chy, Gre­cję,... i może na­wet Wy­spy Bry­tyj­skie. Atak Hi­tlera zniweczył przy­go­to­wy­waną ofen­sywę i w efek­cie Sta­lin zdo­był zale­d­wie ka­wa­łek Eu­ropy. Co po­zwo­liło ZSSR na prze­trwanie tylko do 1989.

Jest to oczy­wi­sty wnio­sek z ksią­żek Wik­tora Su­wo­rowa: „Lo­do­la­macz” „Dzień M” „Ostat­nia re­pu­blika”. Zdema­sko­wały one wy­ho­do­wane przez So­wiety fał­szer­stwo, ja­koby II Wojnę Świa­tową wy­wołał hi­tle­ryzm (sic!). Tym­cza­sem roz­cią­gnię­cie „wła­dzy rad” na ca­ły świat (czyli pod­bój świata) było od sa­mego po­czątku głów­nym i wcale nie­taj­nym ce­lem bol­sze­wi­ków. W tym celu roz­po­częli nie­sły­cha­nie in­ten­sywne zbro­je­nia i sta­ran­nie pod­sy­cali roz­wój hi­tle­rymu jako za­pal­nika wo­jen­nej po­żogi, z fi­nal­nym akor­dem w po­staci paktu Ri­ben­trop–Moło­tow.

 

ANABIS

27 XII 2008

Jak cię wi­dzą, tak pra­cujesz

Kiedyś za­cząłem pra­cować w pew­nej (sztyw­nej i po­ważnej) in­sty­tucji pań­stwo­wej, w dziale wy­ma­ga­ją­cym nieco umie­jęt­no­ści kon­cep­cyj­nych. Pra­co­wałem w stylu: go­dzina kon­cep­cyjna, 15 minut prze­chadzki w są­siednim parku. Ale tylko ja jeden by­łem taki. Np pan który sie­dział przy są­sied­nim biurku nie­prze­rwanie coś pi­sał i pi­sał, a biurko miał za­wa­lone pa­pie­rami. Po ty­go­dniu, kiedy już się oswoiłem, za­gad­ną­łem go, co tak ciągle pisze i pi­sze. Dał mi to do po­czy­ta­nia, a kiedy przej­rza­łem, stwier­dziłem, że pro­du­kuje bez­war­to­ściowe wo­do­lej­stwo. Zdumia­łem się, ale zmil­cza­łem.

Kiedy powie­dzia­łem o tym pewnej oso­bie o po­kole­nie star­szej, ta ura­czyła mnie taką aneg­dotką:

Po wojnie stu­diowałam i jedno­cze­śnie praco­wa­łam jako bu­chal­terka w małej fir­mie. Pracy było (na szczę­ście) bar­dzo nie­wiele, to­też dzi­wi­łam się, że druga bu­chal­terka nie­ustan­nie coś pi­sze i pi­sze. Kiedy za­gad­nę­łam ją o to, poło­żyła pa­lec na ustach i po­wie­działa tak: „Pani Ma­rio, ja rze­czywi­ście mało mam do ro­boty, ale co so­bie szef po­myśli kiedy będę sie­działa bez­czyn­nie. Więc jak coś napi­szę, to po­wle­kam li­tery po raz drugi, trzeci, czwarty – aby było wi­dać, że pra­cuję”.

Wpadłam na po­mysł, aby przepi­sy­wała mi no­tatki z wy­kła­dów. Ucieszyła się..

Ostatni ton

Teraz już b.rzadko sły­szy się Hej­nał Kra­kowski (po­prze­dzony poda­niem do­kład­nego mo­mentu 12:00:00 ).

Dawniej po­da­wano to tak: „Ko­niec pią­tego (?siód­mego) tonu wyzna­cza go­dzinę 12:00”, a kilka lat temu do­wie­dzia­łem się, że zmie­niono to na „Ko­niec ostat­niego tonu wy­zna­cza...”. In­for­ma­tor po­wie­dział, że na­pi­sano już o tym do Roz­gło­śni i ten „Po­lish joke” wkrótce znik­nie.

Gdzie tam! Nadal jest; nie­dawno mia­łem oka­zję usły­szeć to na wła­sne uszy.

U notariu­sza

Kiedyś pewna firma z USA przy­słała mi formu­larz umowy do za­ak­cepto­wa­nia przeze mnie, w któ­rym było spe­cjalne okienko na mój pod­pis i po­świad­cze­nie no­ta­riu­sza, że jest to na­prawdę mój pod­pis.

Sekretarz no­ta­riusza oświad­czył, że mam wiel­kie szczę­ście, iż pani nota­riusz zna an­gielski. Na moje zdzi­wie­nie: „A co to ma do rze­czy? Skoro no­tariusz po­twier­dza TYLKO mój pod­pis, to reszta mo­gła­by być i po chiń­sku! Wy­star­czy że no­ta­riusz na­pi­sze tylko w ja­kimś ję­zyku, że JEST TO MÓJ POD­PIS. Na­wet je­śli b.słabo zna angiel­ski czy francu­ski, to tak pro­ste zda­nie chyba na­pi­sać po­trafi.”

Usłyszałem to co zwykle: „No tak, ale wie Pan – tak nam każą” (ra­czej ewi­dentne kłam­stwo albo głu­pota).

Podpisałem się gdzie trzeba, a pani no­tariusz po­świad­czyła. Ale nie w prze­zna­czo­nym na to miej­scu, broń Boże. Na końcu ca­łego tek­stu przy­sta­wiła wielką pie­czątkę (na pół strony) a kilka pu­stych pół w pie­czątce wy­pełniła ręcz­nie. Wszystko po pol­sku! Wy­glą­dało to tak idio­tycz­nie, że w końcu nie wy­sła­łem tego do USA (po­ra­dzi­łem sobie ina­czej). Nie chciałem da­wać Ame­ry­ka­nom okazji do uło­że­nia no­wego „Po­lish joke”.

W bankach

W centrum W–wy (gdzie miesz­kam) jest zatrzę­sienie ban­ków. Od czasu do czasu odwie­dzam kilka z nich w kwe­stii – przy­znaję to – z re­guły nie­ty­po­wej. A oto moje przy­gody w ostat­nich la­tach:

1) Przygoda z czekiem ban­kier­skim:

Pewna firma z USA przyj­mo­wała wpłaty tylko w po­staci cze­ków (dziwne ale praw­dziwe). Nie mia­łem nie­stety ksią­żeczki cze­ko­wej, ale to dro­biazg: udam się do banku i kupię czek banku na te 40$ (na­zywa się to cze­kiem ban­kier­skim). W pierw­szych trzech ban­kach o czymś ta­kim nie sły­szano („My je­ste­śmy uczci­wym ban­kiem...”). W czwar­tym sły­szano, ale „Takie czeki wy­sta­wiamy tylko tym, któ­rzy mają u nas konto” (?chyba jed­nak nie­zbyt wie­dzieli o co cho­dzi). W pią­tym hurra – sły­szano i wy­sta­wią, za 50 zł. Dość słono, ale niech tam.

Urzędnik nie za­akceptował kar­teczki na której wypi­sa­łem wszyst­kie dane do czeku, lecz wrę­czył mi b. ob­szerny for­mu­larz do wy­peł­nie­nia (z miej­scem na moje dane per­so­nalne), a po­nadto po­wiedział że mu­szę się wy­legi­ty­mo­wać (!?). Nie pomo­gło moje stwier­dze­nie, że prze­cież to JA płacę, że kwota jest drobna, i że 50 zł całkowi­cie wy­star­cza na to aby SAMI so­bie wy­pełnili ten for­mularz. Wście­kłem się i wy­sze­dłem. Osta­tecz­nie mu­sia­łem za­wró­cić tym głowę znajo­memu w USA.

Przed­tem urzęd­nik ten za­pro­pono­wał, że­bym otwo­rzył so­bie u nich konto. Bę­dzie pro­ściej, do­stanę ksią­żeczkę cze­kową – a wszystko to po­trwa kilka mi­nut. Spodo­bało mi się to, ale kiedy zapro­wadził mnie do ko­le­żanki, spu­ścił z tonu – oka­zało się, że zało­że­nie u nich konta trwa TRZY mie­siące [ !!!! ].

2) Przygoda z kontem de­po­zy­to­wym:

Kiedyś cho­dził mi po gło­wie po­mysł na pe­wien biz­nes usłu­gowy, wyma­ga­jący (nie­stety) za­in­we­sto­wa­nia ze 100 ty­sięcy zło­tych. No i była oczywi­ście groźba, że chęt­nych będzie zbyt mało.

Co robić? Wy­koncypo­wa­łem coś ta­kiego:

– Najpierw szu­kam klien­tów i zbie­ram od nich przed­płaty na usługę.

– Płacą nie mnie, lecz na spe­cjalne konto w banku. Bank rę­czy (np w ne­cie), że po okre­ślo­nym ter­mi­nie prze­zna­czy pie­nią­dze na zre­ali­zo­wa­nie usługi (np za­płaci dru­karni za wydru­kowany al­bum, infor­mator, książkę,...) albo zwróci pie­nią­dze klien­tom.

Wydawało się, że wszystko jest OK. Wszyscy są za­bez­pie­czeni, a ja, je­śli nie wyj­dzie, stracę nie­wiele.

Już w pierw­szym banki usły­sza­łem, że musie­liby mieć do mnie wielkie za­ufa­nie, aby pójść na coś ta­kiego. W na­stęp­nych było niele­piej – w ogóle nikt nie zrozu­miał o co chodzi.

Potem do­wie­działem się, że jest to me­toda znana i sto­so­wana na świe­cie pn „konto de­po­zy­towe”.

3) Przygoda z we­kslem:

Znajomy z pro­wincji za­dzwonił do mnie, abym ku­pił mu we­ksel, do­kład­niej: blan­kiet we­kslowy.

Na moje zdziwie­nie („prze­cież wy­star­czy na ka­wałku pa­pieru”) od­po­wie­dział, że świet­nie o tym wie, ale je­śli wy­stawi we­ksel na ja­kimś „urzę­do­wym” blan­kiecie, wzbudzi to więk­sze za­ufa­nie.

Odwiedziłem więc kilka ban­ków i do­wie­dzia­łem się, że ta­kie blan­kiety kie­dyś mieli, ale te­raz nie mają. Nie by­łoby w tym nic tak b.dziwnego, gdyby nie to że jed­no­cze­śnie oświad­cza­no mi zdecy­do­wa­nie, że weksel musi być wy­pi­sany na blan­kie­cie spe­cjal­nym, bo ina­czej jest praw­nie nie­ważny.

 

 

ANABIS    12 IX 2010

Reforma palatalizacji (czyli o pi­sowni zmięk­czeń)

Litera „i” jest używana we współcze­snej polszczyźnie na 4 sposoby:

1) jako samogłoska:   bitwa  sinus  si­los  kij  donica sicz

2) jako zmiękczenie spółgłoski po­przedniej:  ciasto  zieleń  siano

3) jako jednoczesne 1) i 2):   zima  siła   ciskać

4) jako spółgłoska „j”:   kielnia  wiosna  diabeł (djabeł dyabeł)

Co do przypadku 4) to fonetycy twier­dzą, że nie ma tu spółgłoski „j”, lecz jest „słabe zmięk­cze­nie” („kiel­nia” = „k’elnia”,  „wio­sna” = „w’osna”).  Jest to jednak „na­ukowy wymysł”, jako że ża­den (współ­cze­sny) Polak nie po­trafi od­różnić w wy­mo­wie „kjel­nia” od „k’elnia”, a po­nadto słowo „dia­beł” pi­sze się często rów­nież jako „dja­beł”, a daw­niej pi­sano po­wszech­nie „dyabeł”.

Szczerze pisząc, powyższe stwierdzenie jest nieco wątpliwe – wydaje się bo­wiem, że można również po­trak­to­wać ta­kie „i” jako słab­sze zmięk­czenie (w przypadku „kropić” „kropielnica” nawet chyba trzeba). Z drugiej strony spójrzmy na dawniej­sze pisow­nie – hi­storja, hi­storji, hi­storyj – oraz słowa „dy­alog” „dy­a­ment” w baj­kach Krasic­kiego, a w „Dzia­dach” –  legijo­nista  wigilija  wigiliji  feldje­ger  patryjar­cha  kura­cyja. Po­nadto w ję­zyku ślą­skim (?) pi­sze się „mjasto” „bjelizna”.               16 IX 2010

Wynikają z tego wszystkiego dwie możliwości zrefor­mowania pisowni:

AAA:

Zamiast zmiękczania przez „i”, zmięk­czać przez sto­sowanie „ć” „dź” „ń” „ś” „ź”

(czyli pisać „ćasto” „śano” „źima” „ći­skać”, natomiast „sinus” „bitwa” „do­nica”)

Korzyści:

1) uproszczenie – znikają przypadki 2) oraz 3), co już samo w sobie jest ko­rzystne

2) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: sinus, circa, sicz

NB zetknąłem się z wymową „śinus” (!)” „śingleton” (!) „ćirca” (!), no i do dzisiaj nie wiem czy wyma­wia się „śicz” czy też „s’icz”.

3) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: zima,  siano, cia­sno

Niby jest oczywiste jak je należy wy­mawiać, ale tylko wtedy kiedy się już wie.

Cudzoziemiec i uczące się czytać dziecko, mogliby wymawiać je bez zmięk­czenia („s–jano”) bądź przez do­dat­kową sa­mo­gło­skę („śi–ano”) – i trudno byłoby im coś zarzucać (no bo skąd mieliby to wiedzieć bez wcze­śniej­szego usły­sze­nia).

Zaszłości:

1) Nie jest to bynajmniej propozycja nowa – widziałem dwie polskie książki wy­dane ze 100 lat temu (nie­stety nie za­no­to­wa­łem ja­kie) w któ­rych tak wła­śnie zmięk­czano. Wi­działem także próby takiego pi­sania w kilku póź­niej­szych tek­stach.

2) Dwukrotnie zaobserwowałem jak uczące się dziecko pisało „śano” „śę” „ćało”. Zu­pełnie słusznie i lo­gicz­nie – do­póki do­rośli nie skło­nią je do porzu­cenia tego „błędu”.

BBB:

Zamiast stosować „i” spółgłoskowe (przypadek 4), stosować „j”

(czyli pisać  „kjelnia” „wjosna” „dja­beł” „bjały”)

Korzyści:

1) ukonsekwentnienie – skoro jest spółgłoska piszmy spółgłoskę

2) dalsze uproszczenie – „i” będzie służyć wyłącznie jako samogłoska

3) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: kielnia, wio­sna

Niby jest oczywiste jak je należy wy­mawiać, ale tylko wtedy kiedy się już wie.

Cudzoziemiec jak również uczące się czytać dziecko, mogliby wymawiać je z do­dat­kową samo­głoskę („ki–el­nia” „wi–osna”) – i trudno by­łoby im coś za­rzucać (no bo skąd mieliby to wie­dzieć bez wcze­ś­niej­szego usły­szenia).

UWAGA

Daleki jestem od myśli o dekretowaniu pisowni przez jakiś komitet języ­kowy. Najle­piej aby zwy­czaje zmie­niały się stop­niowo i sa­mo­rzut­nie. W tym przy­padku zastoso­wanie tych pro­pozycji nie spowo­duje żadnych niepo­ro­zu­mień w rozu­mie­niu tekstu ani w wy­mo­wie, za­tem – komu wola, niech spró­buje tak pisać.

 

Lewica a Prawica

ANABIS    22 XI 2018

Zobaczmy co powiedział w tej kwestii Stanisław Lem w „Altruizynie”:

Klapaucjusz: [ do Przedstawiciela NFR (Najwyższej Fazy Rozwoju) ]

„Obowiązkiem waszym jest zlikwido­wać natychmiast wszelkie cierpie­nia, troski, nie­szczę­ścia, jakie trapią istoty wam po­dobne,...”

Przedstawiciel NFR:

„Przedmiotem tym [uszczęśliwianiem] zajmowaliśmy się gruntownie około piętna­stuset wieków temu. Dzieli się on na feli­cy­tolo­gię na­gła, czyli niespo­dzie­waną, i po­wolną, czyli ewolucyjną. Ewolucyjna po­lega na tym, aby i pal­cem nie ru­szać, w prze­świad­czeniu iż każda cywili­za­cja tak czy inaczej po­wo­lutku sama sobie da radę; w spo­sób nagły zaś można uszczęśli­wić albo po do­bremu, albo siłą. Uszczę­śli­wianie siłą sprowa­dza, jak wyka­zuje ra­chu­nek, sto do ośmiu­set razy więcej nie­szczęść niż po­wstrzy­mywanie się od wszel­kiej ak­tyw­no­ści. Po do­bremu zaś uszczęśli­wiać też nie można, bo – acz­kolwiek wydaje się to dziwne – skutki są ta­kie same,...

To chyba rozjaśnia różnicę między Le­wicą a Prawicą.

 

A teraz w opowiadaniu „Kobyszczę”:

„Zwiększył [Klapaucjusz]  z kolei po­tencjał Dobra; za­raz ofiarną zrobiła się spo­łecz­ność; każdy leciał tam pę­dem przed sie­bie, żywo roz­glą­da­jąc się za takimi, których dolę wypada polep­szyć, a specjalny był popyt na wdowy i sie­roty, szcze­gólnie po ociem­nia­łych. Ta­kim aten­cjami je ota­czano, takie im świadczono du­sery, że po­nie­które bie­dac­twa chroniły się za mo­sięż­nym za­wia­skiem puzdra, i miał już przed sobą istną cy­wili­za­cyjną za­wieruchę. Niedo­bór sie­rot i nędzarzy spo­wodo­wał bo­wiem kry­zys,...”

To wyjaśnia czemu istnienie nieszczę­śliwych jest Le­wicy potrzebne, i jak wielkim cio­sem było dla niej znik­nię­cie z areny XIX–wiecz­nego fa­brycz­nego proleta­riatu.

 

Kobiety a Mężczyźni

ANABIS    22 XI 2018

Ja to widzę tak:

Odmienność umysłowa obu płci rzecz jasna istnieje i jest uwarunko­wana ge­ne­tycz­nie. Kiedy męż­czyźni wy­cho­dzili na po­lo­wa­nie (ma­muty itp), ktoś mu­siał zo­stać z maleń­stwami, ktoś musiał dać im piersi ! (nie było wtedy sztucz­nego mleka), ktoś musiał być cierpliwy i łagodny.

Bez kobiet–troskliwych opiekunek dzieci by nie prze­żyły i rodzaj ludzki by wygi­nął.

Bez mężczyzn–myśliwych zabrakłoby mięsa i rodzaj ludzki też by wygi­nął.

Polowanie to walka i agresja; opieka nad dziećmi to łagodność, czułość  i cierpli­wość.

Polowanie to wyjście na świat i ko­nieczność wysiłku umysłowego jak po­dejść zwie­rza.

Opieka nad dzieckiem to cierpliwe sie­dzenie w jaskini i nieustanna czuła tro­ska o dzieci.

Nic więc dziwnego, że kobiety są na ogól mniej wy­dolne umysłowo i mniej twór­cze.

I bardzo dobrze! bo właśnie dzięki temu zdolne są do cierpliwego niań­czenia dzieci.

A męczyźna oseskowi piersi nie poda, a i do nieco starszego dziecka też cza­sem nie ma cierpli­wości.

I dlatego:

Kiedy widzę kobietę–policjanta z pałką u boku bądź karabinem przecho­dzą mnie ciarki.

dusze

Niefrasobliwość? nie­umiejęt­ność? czy tro­ska o na­sze du­sze?

 

9 XII 2018

Pod http://czytaj.net/varia/Obrona%20astrologii.htm podano zabawny przy­kład jak pu­blicy­ści li­czą, a ra­czej nie ra­czą poli­czyć. Za­pewne czy­nią to  z troski o na­sze du­sze – abyśmy porzucili zabobon astrologii. Takie „niefra­sobli­wości” ra­chun­kowe zda­rzają się dziennika­rzom dość czę­sto. Przecież oni tylko „dono­szą” –  więc po co mieliby zawra­cać so­bie głowę wia­rygod­no­ścią wyli­czeń? Je­śli liczby od­powied­nio czy­tel­nika ukierun­kowują, to już dobrze. Przecież dzien­nikarz jest „in­żynie­rem dusz ludz­kich”, więc po­wi­nien dbać aby dusze wyzna­wały po­glądy właściwe. Jeśli zdamy sobie z tego sprawę, do wszel­kich liczb ogła­szanych w me­diach po­win­ni­śmy pod­chodzić z nieufno­ścią –  najle­piej je spraw­dzić, a przy­najmniej nie dowierzać. Kto wie, ile bzdur­nych liczb poda­wa­nych jest w związku z Glo­balnym Ocie­ple­niem? Prze­cież to tak szla­chetna troska, że nie za­szkodzi lu­dzi tro­chę po­stra­szyć i poda­wać liczby np 100 razy więk­sze!

Zbrojni w to ostrzeżenie, zapoznajmy się z najśwież­szym doniesieniem por­talu Onet.pl:

W latach 1990–2016 dopłacili­śmy do górnictwa nawet 230 mld zł, czyli 8,5 mld zł rocz­nie. Każdy Po­lak do­pła­cał do wydo­by­cia wę­gla co roku średnio 1910 zł. We­dług ra­portu NIK, w latach 2007–2015 górnicy od­prowa­dzili w podat­kach 64,5 mld zł. W tym sa­mym okre­sie pań­stwo do­płaciło spółkom górni­czym m.in na emery­tury 65,6 mld zł, czyli o 1,2 mld zł wię­cej.

Najpierw dzielimy 230 mld przez 27 lat – wychodzi 8,5 mld, czyli OK. Te­raz dzie­limy to przez ilość Pola­ków (38,4 mln) i wy­cho­dzą tylko 222 zł, a po­dają 1910. Tylko 8,6 raza więcej! Ale cóż znaczy dla dzien­nikarza taka ba­ga­telka – gdyby było 50 razy wię­cej, to może by się zre­flek­tował.

A teraz te dane z raportu NIK.

Czemu podają teraz okres 9 lat (2007–2015), skoro wcześniej napisali o okresie 27 lat (1990–2016)? Ale cóż to jest te pomi­nięte 18 lat? – 2/3 ca­łości to tyle co nic, przynajm­niej dla dzien­ni­karza. A może raport NIK do­tyczył tylko tego krót­szego, a za ten dłuż­szy so­bie wy­extra­polo­wali? No to po­mnóżmy te dopłacone przez państwo 65,6 mld razy 3 – wycho­dzi 190,6 mld – czyli 39,4 mld mniej! Ot taka baga­telka.

Zaraz, zaraz... przecież zwykle chodzi o to jaki jest zysk z interesu per saldo, a tu­taj oka­zuje się że pań­stwo do­ło­żyło do gór­nic­twa tylko 1,2 mld (no do­kład­niej 1,1, ale o 100 mln to już naprawdę nie ma o co pod­nosić ra­banu). Za­tem gdyby wpływ z podat­ków wy­no­sił 1000 mld, a do­płaty 1001,1 mld – wy­szłoby dokładnie na to samo (!), a kwota do­płat byłaby o wiele bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

I szkoda że tak nie było – bo doniesie­nie byłoby o wiele bardziej sensa­cyjne, więc ty­tuł mógłby być znacz­nie więk­szy.

A tak to wychodzi że każdy Polak doło­żył do górnictwa zaledwie 3,20 zł rocz­nie! (1,1 mld : 38,4 mln : 9 lat)

Wprawdzie zapłacił górnikom znacznie więcej, ale ol­brzymią większość tego przecież mu oddali.

Oczywiście Polak wolałby coś na gór­nictwie zarobić – chociażby 1 zł – bo węgiel pod ziemią pol­ską jest zdaje się wspólną wła­sno­ścią wszyst­kich Po­la­ków. Daw­niej podobno zarabiał, a te­raz... a może by kopal­nie sprywa­ty­zo­wać?

gruba             

W Grubej Kaśce

ANABIS

13 XII 2018

Tak się nazywał jeden z wielkich barów samoobsłu­gowych w Warszawie w cza­sach ko­muny PRL. Zda­rzyło mi się kie­dyś że zaj­rza­łem do niego aby zjeść coś obiado­wego. Nie zwracając uwagi na wielki upał (gro­żący nie­świe­żo­ścią po­traw mię­snych – czego by­łem świa­domy) nie­fra­so­bli­wie wziąłem pie­rożki z mięsem. Kiedy spró­bo­wałem, nie­omal ze­mdla­łem... nie to że mięso było odro­binkę nie­świeże – było prze­raźli­wie ze­psute! jak można było coś ta­kiego w ogóle serwo­wać??! co za sens?

Odniosłem pierożki gdzie trzeba; bez słowa zwrócono mi natychmiast pie­niądze, do­da­jąc: "Jest pan pierw­szy, który re­kla­muje"

Ale bezczelnie kłamią!... ale że nie miałem siły na awanturkę, coś mnie tknęło i po­sta­nowi­łem to spraw­dzić...

Obserwuję jakąś babinę, co wzięła pie­rożki. Je spo­kojnie jak gdyby nigdy nic. No cóż – po­my­ślałem – jest bar­dzo stara, więc chyba stra­ciła smak. Zo­ba­czę jak inni.

Następnie młody facet o wyglądzie pa­robka. Spróbo­wał, skrzywił się i zde­cydo­wanie odsta­wił. Pod­chodzę do niego i wyja­śniam że może je zwrócić, że otrzyma zwrot pie­nię­dzy przy­najm­niej. Popatrzył na mnie ba­ra­nim wzro­kiem i nic. No cóż – my­ślę – wi­docz­nie jest nie­obyty i wstyda się.

Z kolei widzę małżeństwo w średnim wieku, wygląda­jące całkiem–cał­kiem. Pie­rożki je ona – spróbo­wała, zasto­po­wała i po­wie­działa coś do męża. On spojrzał na nią z góry, jakby z wyż­szo­ścią – przysu­nął pierożki i zajada je... aż mu się uszy trzęsą. Nie wy­trzy­ma­łem – pod­sze­dłem i coś mu przygada­łem.

I tak na własne oczy przekonałem się, jak ludzie potra­fią być niewy­bredni, jak obrzy­dliwe rzeczy potra­fią jeść, i jak się nie sza­nują.

A teraz druga przygoda, potwierdza­jąca...

Koło domu odkryłem restaurację i za­cząłem do niej przychodzić z 7–lat­kiem po szkole na obiady. Były bez za­rzutu i bar­dzo smaczne – jak sta­ranne do­mowe. Trwało to ze 2 tygodnie, po czym obiady za­częły sta­wać się co­raz gorsze, a jedno­cześnie na co­raz więk­szej ilo­ści sto­łów za­częły  pojawiać się butelki z wódką. W końcu nie dało się już dłu­żej wy­trzymać; a tak było wspa­niale!

Rozżalony poszedłem do właścicielki i pytam, co się dzieje? Powiedziała mi tak: "Do­tąd nie mia­łam ze­zwo­lenia na po­dawa­nie al­ko­holu, a te­raz już mam. A obiady... niech pan na nich spojrzy [tu wskazała na tych piją­cych] – jak wypiją, to zjedzą byle co, więc po co mam się wy­si­lać?"

I rychło potwierdziło to się u moich znajomych...

Po turnieju brydża, poszliśmy w trójkę do restauracji na drobną przeką­skę z odro­biną alko­holu.

Wzięliśmy tatar, ale że był już polany jajkiem, wzbu­dziło to moją podejrz­li­wość – od­su­nąłem jajko, spró­bo­wa­łem – no tak, nie­świeży, a dla ukry­cia nie­smaku już polany jaj­kiem. Powie­dzia­łem o tym ko­le­gom, ale nic to – zjedli. A myśla­łem że są z ka­tegorii tych lep­szych.  

wnecie

Źle się dzieje z projek­tantami w in­ter­ne­cie

ANABIS

16 XII 2018

Pierwsza doskwieralność z jaką się człowiek styka to tzw su­presja spacji. Po­lega to na tym że kiedy edy­tor na­po­tyka 2+ spa­cje pod rząd to zamie­nia je na jedną. Jeśli pi­sze się coś ciur­kiem, to nie ma pro­blemu. Ale je­śli tekst wy­maga od­po­wied­niego roz­par­celo­wa­nia słów, usta­wienia ich w kolum­nach czy wreszcie styli­stycz­nego uwy­pu­klenia – trage­dia. Dziesiątki razy wi­dzia­łem jak lu­dzie się z tym mę­czą – na ogół sto­sują wypeł­nia­cze w postaci ciągu kro­pek  bądź myśl­ników, ale wy­gląda to nie­zbyt ład­nie. Ja to udo­sko­nali­łem poprzez póź­niej­sze  wy­bie­lanie do­pełnia­czy, tak aby były niewi­doczne. Niemniej to dość mę­czące.

Maniera ta jest prawdopodobnie relik­tem niemowlęc­twa internetu, kiedy to każdy bajt się li­czył – więc jeśli ktoś wsta­wił 2 spa­cje, za­kła­dano że to po­myłka i go wy­pro­stowy­wano. Zwróce­nie uwagi że to obecnie nie ma sensu, nie­kiedy wy­wołuje obu­rze­nie i od­po­wiedź za­ku­to­gło­wową: „To jest stan­dard!”

Druga doskwieralność jest wręcz nie­samowita. Otóż jest spore forum, z wieloma ty­sią­cami wąt­ków i wpi­sów, a nie ma w nim... sko­ro­wi­dza te­ma­tów z klasyfi­kacją ani czego­kolwiek co by go jakotako za­stąpiło – jest tylko zgrubny po­dział na 3 działy. Jeśli wą­tek za­mrze, to nie­spo­sób go odszukać. Po­nadto choćby człowiek czymś bardzo się in­tere­sował, to ni­jak się nie do­wie że coś ta­kiego było już dys­kuto­wane. Wy­gląda na to że projek­tant w ży­ciu nie udzielał się na żad­nym forum, i w ogóle nic go nie inte­re­suje. Ani na­wet nie wy­obraża so­bie że ktoś może być inny.

A dzisiaj właśnie wstawiałem post na dość pokaźnym forum, niby dla lu­dzi myślą­cych i wy­edu­kowa­nych.

Najpierw okazało się że edytor jest bardzo ubogi, ale nic to – da się wy­trzy­mać. Po­tem wy­szły na jaw kło­poty z za­czę­ciem od no­wej li­nii. Oka­za­ło się że enter to robi, ale wsta­wia do­dat­kowo linię pustą. Powiecie że trzeba było kliknąć <shift en­ter> – no to klik­ną­łem, ale nie dość że nie za­czął od nowej li­nii, to na doda­tek skasował spację po­przedza­jącą, zle­pia­jąc 2 wy­razy. W ten spo­sób wy­szło na jaw że pro­jek­tant jest analfa­be­tą i naj­praw­do­podob­niej nie zdołał w pod­stawówce na­pi­sać żadnego wypra­cowa­nia na pol­skim.

Ale w końcu ten post zredagowałem i kliknąłem „Obejrz przed opubliko­wa­niem”. Wi­dzę że jest po­myłka, więc roz­glą­dam się za kli­kiem do wzno­wie­nia edycji, no i... ni­czego ta­kiego nie ma – wręcz nie­sa­mowite! No to za­cznę od nowa, a z tym niech so­bie ro­bią co chcą. Tym ra­zem wszy­stko poszło do­brze, więc klik­nąłem „Publi­kuj” – i po chwili do­strze­głem że po­zo­stała jesz­cza jedna po­myłka. Zazwy­czaj jest moż­ność do­ko­nania po­pra­wek – przy­najm­niej jeśli nie upły­nęlo zbyt dużo czasu. Ale tutaj nic z tego – bo nie wi­dzę kliknięcia „Edy­tuj”. Podda­łem się – błąd jest drobny, więc niech tak zo­sta­nie.

Dopiero po kwadransie – podczas przeglądania dla rozrywki, zajrzałem do swo­jego pro­filu i oka­zało się że w nim jest „Klik­nij i edytuje” do mo­jego świe­żo wsta­wionego postu (i tak do­brze, bo prze­cież mogło być w ostatnich do­nie­sie­niach z Bra­zy­lii). I tak w końcu tę ostatnią po­prawkę wy­ko­na­łem (ale niepo­trzebne puste linijki po­zo­stały).

BTW

A na pewnym forum matematycznym przy rejestracji zażądano ode mnie podania daty uro­dze­nia. I to do­kład­nej. Za­pewne dla­tego aby ad­mini­stra­cja wiedziała czy ma do czy­nienia z Panną czy z Baranem.

 

W blokowisku

ANABIS

18 XII 2018

W 1965 musiałem zamieszkać w blo­kowisku. Był to dość spory budynek (10 pię­ter) w cen­trum War­szawy – kiep­skiej ja­ko­ści tzw oszczęd­no­ścio­wy: małe miesz­kania, ciemne kuchnie plus zsypy na śmieci (co zdaje się uwa­żano za wy­godę).

Podobno Gomułka powiedział (o lud­ności napływowej do miast): „To im wy­star­czy – po­winni się cieszyć. I tak mają lepiej, bo do­tąd  cho­dzili za sto­dołę”. Wie­rzę w to, bo gdzieś wyczy­tałem że już 100 lat temu twierdzono że bieda­kom nie warto robić ła­zienek z wanną, bo i tak będą trzy­mać w niej węgiel.

Przyzwyczaić się było bardzo ciężko, ale bynajmniej nie z uwagi na niską ja­kość miesz­kania. Trzepa­nie dy­wa­nów o 11–12 wie­czo­rem, gło­śne słu­chanie telewizji przy otwar­tych oknach, sporo psów wy­jących pół dnia na balkonie (no bo jak tak? bez burka w obej­ściu?), wy­rzu­canie śmie­ci przez okno,... Wal­czy­łem z tym, wtykając w drzwi kartki z wyja­śnie­niami że tu jest mia­sto, że wszy­scy są bli­sko sie­bie, że cha­łupy jedna przy dru­giej,... może to coś po­mo­gło: nie wiem.

Do tego jeszcze dozorczyni – „pani Marysia” – głośno przeklinająca, ale pra­co­wita i bardzo służ­bista. Niech no ktoś nie ścią­gnął z bal­konu obo­wiązko­wej flagi 1–ma­jo­wej przed 3 Maja – ale się wściekała i krzyczała. Nato­miast kiedy składała dziel­ni­co­wemu ra­port {kto? gdzie? z kim?} czy­niła to już dys­kret­nie, głosem nale­życie przyci­szo­nym.

Potem zastąpił ją młody dozorca z żoną i małym dziec­kiem – i zdarzyło się którejś nocy (miesz­kałem blisko niego), że obu­dziła mnie jego utar­cz­ka z grupką ludzi stoją­cych pod mieszka­niem i głośno roz­mawiają­cych. Wy­szli z domu po li­bacji, ale jesz­cze chcieli się na­ga­dać. Na próżno pro­sił ich o ci­szę – w końcu po­słał im ostrą tzw wią­zankę po któ­rej się ro­zeszli.

Na­stępnego dnia przyszedł do niego właściciel miesz­kania od libacji, prze­prosił, wrę­czył 100 zł i podziękował – po­wiedział że tak wła­śnie powi­nien do nich mó­wić, bo dopiero wtedy zro­zumieli i ani tro­chę ich to nie do­tknęło.

A w ogóle to ludzie co tam mieszkali byli bardzo lojalni wobec władzy (jak przysta­wało oby­wa­telom PRL). Kiedy nad­szedł Stan Wo­jenny w 1982 pró­bowa­łem na par­te­rze (tam gdzie wszy­scy przechodzą) wyklejać wy­cinki i ulotki z prasy podziem­nej, z naj­cel­niej­szymi ha­słami anty. Ani jedno się nie ostało dłużej niż kwa­drans.

 

„Ale i nie za­szkodzi”

ANABIS

 XII 2018

Pojawił się kiedyś w polskim tygodniku krótki ko­miks...

Teatr, trwa przedstawienie, w pewnym momencie ak­tor chwyta się za serce i pada na pod­łogę, kur­tyna.

Wychodzi dyrektor i oznajmia – Z wiel­kim smutkiem oznajmiam, że mistrz X.Y. nie żyje. Koń­czymy spek­takl. Kasa zwróci za bi­lety.

Głos z loży – Bulionu mu dajcie!

Dyrektor – Pan mnie źle usłyszał. X.Y. nie jest chory – on nie żyje.

Głos z loży – Bulionu, bulionu mu daj­cie!!

Dyrektor – Ależ proszę pana: Y. umarł, bulion mu nic nie pomoże.

Głos z loży – Ale i nie zaszkodzi!

 

ajananiej

 

 

„A ja na niej...”

 

 6  I  2019

To bardzo stara historia. Otóż odbył się kiedyś w War­szawie wieczór au­tor­ski młodych poetów, Opo­wie­dziano mi że młoda afek­towana poetka wyrecy­towała wiersz ilustrujący subtelne przeży­cia kobiety pod­czas stosunku mi­ło­snego w przeciwień­stwie do wul­gar­nego prozaizmu męż­czy­zny. Tak to so­bie zapewne wyobrażała.

Zapamiętałem tylko to co monotonnie odczuwał męż­czyzna. Jako seksi­stow­ski biały samiec nie jestem oczywi­ście w sta­nie wy­obrazić sobie subtelnych uczuć kobiety, więc sięgnąłem do li­stów miłosnych w necie. Oto rezul­tat:

Ona:  Pragnę co chwilę słuchać Twoich wyznań miłości

On:    A ja na niej leżę i ją pier­dolę

Ona:  Przy Tobie czuję, że świat pięknieje, a ja razem z nim

On:    A ja na niej leżę i ją pier­dolę

Ona:  Jesteś ciągle obecny w moich myślach, marzeniach, snach…

On:    A ja na niej leżę i ją pier­dolę

Ona:  To Ty jesteś kimś, dla kogo chcę żyć!

On:    A ja na niej leżę i ją pier­dolę

Ona:  Gdy jesteś gdzieś daleko, umieram z tęsknoty za Tobą

On:    A ja na niej leżę i ją pier­dolę

Ona:  Kocham Cię i będę to po­wtarzała wiecznie

On:    Skończyłem. Trzeba się przespać.

W nadziei że przyda się to feminist­kom, pozostaję... etc.

     

Anabis

Następna Ana­bis

              

Co no­wego...

do Czy­taj!

do Spisu

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości

2 Grud­nia 2002