Anabis 2

ANABIS

22 Maja 2003

„Są rzeczy w niebie i na ziemi, o któ­rych ani się śniło wa­szym fi­lo­zofom”

Tak przetłu­ma­czył Mic­kie­wicz słynne słowa Hamleta do Ho­ra­cju­sza (akt I, scena V) i zamie­ścił je jako motto do II część :Dziadów”, przy­ta­cza­jąc przy tym wer­sją an­giel­ską:

There are more things in Heaven and Earth

Than are dreamt of in your Phi­loso­phy.

Wygląda na to, że Mickie­wicz się po­mylił – po­winno być „two­jej filo­zo­fii” (lub coś w tym ro­dzaju) – zwłasz­cza że w „Hamle­cie” żad­nych Ho­racju­szo­wych filo­zo­fów nie ma. Nie­mniej utarła się od­tąd tra­dy­cja (?), by tłu­ma­czyć to zgod­nie z Mic­kiewi­czow­ską po­myłką. Np tak (u Kopa­liń­skiego):

Więcej jest rze­czy (dziw­nych) na nie­bie i ziemi, Ho­racy, niż śniło się wa­szym filo­zo­fom.

Prawda, że dziwne.

Za­uważmy, że (po­mi­ja­jąc tę po­myłkę) Mic­kie­wicz wy­ka­zał lep­sze wy­czucie ję­zy­kowe niż współ­cze­śni:

1)      Słowa He­aven, Earth, Philo­sophy pi­sze z du­żej li­tery – i słusz­nie, bo prze­cież nie cho­dzi tu o miej­sca w zna­cze­niu fi­zycz­nym, lecz o dzie­dziny bytu czło­wie­czego. Nie jest jed­nak wy­klu­czone, że to wła­śnie Szek­spir użył tu du­żych li­ter, a do­piero z cza­sem an­giel­scy „po­pra­wia­cze” or­to­gra­fii zmie­nili je na małe !  Obec­nie w wy­daniach an­giel­skich pisze się:
There are more things in heaven and earth, Hora­tio, than are dreamt of in your phi­loso­phy.

2)      Mic­kie­wicz napi­sał „w nie­bie i na ziemi”, a nie „na nie­bie i ziemi” – i znowu słusz­nie (z po­wodu jw).
Zresztą w „Oj­cze nasz” jest: „Bądź wola Twoja jako w nie­bie tak i na ziemi”.

 

ANABIS

30 Maja 2005

Nałóg czy na­wyk ?

Zapewne to  dro­bia­zgi, ale że wielu może się przy­dać, godne za­miesz­czenia:

Palę papie­rosy od wielu wielu lat. Kil­ka­kroć pró­bo­wa­łem się od­zwy­czaić, ale w końcu da­łem so­bie spo­kój. Prze­kona­łem się bo­wiem, że je­stem uza­leż­niony nie od ni­ko­tyny ! lecz od „py­kania” dy­mem. Wy­szło to stop­niowo na jaw, kiedy prze­ko­na­łem się, że z równą przy­jem­no­ścią palę pa­pie­rosy słabe, a po­twier­dziło się, kiedy w Pol­sce poja­wiły się kilka lat temu pa­pie­rosy R1 Mi­nima. Mają one 7–8 razy mniej (!) ni­ko­tyny i ubocz­nych sub­stan­cji szko­dli­wych niż wszel­kie inne. Wy­pa­lając paczkę dzien­nie szkodzę so­bie tyle samo co gdy­bym wy­palił 3 pa­pie­rowy „zwy­kłe”, więc bez wątpie­nia szko­dzę so­bie znacz­nie znacz­nie mniej niż więk­szość pa­la­czy. Za­chę­cam więc Czy­tel­nika palą­cego do spraw­dze­nia czy R1 Mi­nima będą go sa­tys­fak­cjo­no­wać.

Wyszło rów­nież na jaw że: choć piję re­gular­nie kawę, nie je­stem uzależ­niony od ko­fe­iny w ka­wie lecz od smaku kawy. Zda­rzyło się np że przez 2 ty­godnie pi­łem „inkę” my­śląc że jest to „ne­ska” (bo ktoś mi prze­sypał „inkę” do sło­ika po „ne­sce”). Na­miętny „ka­wiarz” może po­dob­nie się spraw­dzić, co po­zwoli mu zmniej­szyć (być może nad­mierną) dzienną dawkę ko­fe­iny bez zmniejsze­nia sa­tys­fak­cji. Ja piję tylko „ne­skę” (zdaje się jest słaba) i sy­pię zale­d­wie jedną ły­żeczkę. Smak jest za­spo­ko­jony.

Straszenie tłu­mem

Zapoznana cie­ka­wostka z pierw­szej wi­zyty Jana Pawła II w Pol­sce:

Przed wizytą me­dia roz­gła­szały, że na spo­tka­nie z Pa­pie­żem w War­sza­wie przy­je­dzie 6 milio­nów ! Aby uwia­ry­god­nić tę nie­sa­mo­witą ilość, pole­cono na­wet szko­łom w W–wie i oko­li­cach przy­go­to­wy­wać noc­legi dla piel­grzy­mów. Nic więc dziw­nego, że wielu się na­brało, a wśród nich i ja. By­łem już raz w kil­ku­set­ty­sięcz­nym tłumie (w 1956 pod­czas słyn­nego wiecu z Go­mułką), ale 6 mi­lio­nów... po prostu zlą­kłem się tłumu. Choć miesz­kam w cen­trum, ogra­ni­czy­łem się do pa­trze­nia w te­lewi­zor. Po za­koń­cze­niu uro­czy­sto­ści, zdzi­wiony że nie wi­dać ani nie sły­chać tłu­mów, wy­sze­dłem na ulicę. Było ra­czej luźno (!) i wkrótce Pa­pież prze­je­chał kilka me­trów ode mnie w swoim pojeź­dzie (wów­czas jesz­cze od­kry­tym). Podano po­tem, że na spo­tka­niu było zale­d­wie ze 100 ty­sięcy (choć za­pewne ko­muna to ze 2–3 razy po­mniej­szyła). Per­fidna plotka nie chy­biła celu.

Oczy­wi­ście trans­mi­sja tele­wi­zyjna była wy­biór­cza. Nie po­ka­zy­wano kłę­czą­cych lu­dzi (np pod­czas pod­niesie­nia ka­mera za­sty­gała na wznie­sio­nym kieli­chu) i skwa­pli­wie ukazy­wano lu­dzi sta­r­ych, o twa­rzach możli­wie „śmiesz­nych”. No ale tego oczy­wi­ście się spo­dzie­wa­łem.

 

ANABIS

7 XI 2005

O ruchu Ziemi

Oto najprost­szy ar­gu­ment na rzecz sys­temu he­lio­cen­trycz­nego:

Astronom z astrono­mem obiad ra­zem je­dli

I przy stole bie­siad­nym spór za­wzięty wie­dli.

Jeden twier­dził, że Zie­mia wo­kół Słońca dąży,

Drugi – że to nie Zie­mia, ale Słońce krąży.

Jeden zwał się Ko­per­nik, a drugi Ptolo­mej...

A spór, co jest ru­chome, co zaś nie­ru­chome,

Rozsądził ku­charz – żar­tem. Spy­tał go go­spo­darz:

„Znasz bieg pla­net nie­bie­skich? Jaki do­wód po­dasz,

Kto z nas praw?”  Na to ku­charz: „Ko­per­nik, nie Gre­czyn.

Wprawdziem na Słońcu nie był, ale kto za­prze­czy

Tej prawdzie oczywi­stej, mę­żo­wie uczeni,

Że nikt pieca nie kręci do­koła pie­czeni”

Michał Ło­mo­no­sow

(przekład Ju­liana Tu­wima)

 

Dodajmy że sys­tem he­lio­cen­tryczny jest rów­no­ważny geo­cen­trycz­nemu tylko z punktu wi­dze­nia ki­ne­ma­tyki !

 

Dynamicznie rzecz bio­rąc nie są
równoważne – wyja­śnie­nie można zna­leźć w pod­ręcz­ni­kach astro­no­mii.

Dzieci–żołnie­rze w Po­wsta­niu War­szaw­skim

to kompletne mi­sty­fika­cja. Nic ta­kiego nie miało miej­sca – nikt dzieci nie wy­sy­łał do walki. Oczy­wi­ście spo­ra­dycz­nie mo­gło się zda­rzyć, że ja­kiś trzy­na­stola­tek w za­mie­sza­niu „dor­wał się” na chwilę do broni, ale nic po­nadto.

Wystarczy do­wód z po­szlak (na ogół pew­niej­szy od świa­dectw (któ­rych zresztą i tak nie ma)):

1)     Nikt przy zdro­wych zmy­słach nie po­sy­łałby dzieci do boju

2)     zwłaszcza że doro­słych żoł­nie­rzy – bez­czyn­nych wsku­tek roz­paczli­wego nie­do­boru broni – było aż nadto !

Legenda o wal­czą­cych dzie­ciach opiera się wy­łącznie na kilku dość zna­nych fo­to­gra­fiach. Na pierw­szy rzut oka wi­dać jed­nak, że są to czy­ste in­sceni­za­cje: ubrano kilku chłop­ców w mun­dury, dano im broń do ręki – i dzienni­karz–fo­to­graf uzy­skał wzru­sza­jące „świa­dec­two”.

Kilka lat temu obie­gła świat fo­to­gra­fia ro­dziny pale­styń­skiej z nie­mowlę­ciem ubra­nym w pas sa­mo­bój­czy. Cóż – przy­je­chał dzien­ni­karz z pa­sem, dał 20 dola­rów i pro­szę... pa­trz­cie jacy są ci Pale­styń­czycy!
Z równą re­zer­wą na­leży pod­cho­dzić do nie­ustan­nych do­nie­sień o wal­czą­cych dzie­ciach w Afryce.

Legenda prze­szła na­tych­miast do filmu „Zaka­zane pio­senki” w któ­rym poka­zano kilku chłop­ców rzu­ca­ją­cych w kie­runku czoł­gów bu­telki za­pala­jące. Tak jakby nie było pod do­stat­kiem do­ro­słych, któ­rzy rzucą prze­cież bu­telką znacz­nie le­piej.

5 VII 2009 obejrzałem po raz kolejny „Zakazane piosenki” i przekonałem się, że scenę tę zapa­mię­tałem bardzo zdawkowo. W rzeczywistości chłopcy ci tkwią najpierw na posterunku bojo­wym, w hełmach i z pistoletami automatycznym, skąd dowołuje ich dowódca z poleceniem zni­szcze­nia czołgów butelkami. Tak więc film (z 1947) podtrzymuje mit znacznie silniej.

A po latach po­sta­wiono w War­sza­wie Po­mnik Ma­łego Po­wstańca – w mun­du­rze i pod bro­nią.

Stwier­dzi­łem że w dwóch szko­łach pod­sta­wo­wych w W-wie pielę­gnuje się sta­ran­nie mit o dzie­ciach–

–żoł­nier­zach w Po­wsta­niu. Moja dema­ska­cja zo­stała skwi­to­wana po­błaż­li­wym uśmie­chem.    XI 2007

 

ANABIS

3 V 2008

O nume­rowa­niu

Rozmowa telefo­niczna:

– Czy to nu­mer 11 11 11 ?

– Nie, tu 111 111.

– Prze­pra­szam za po­myłkę; fa­ty­go­wa­łem pana niepo­trzeb­nie.

– Nie ma za co – i tak mu­sia­łem po­dejść, bo tele­fon dzwo­nił.

Tę starą aneg­dotę wyko­rzy­sta­łem kie­dyś po­da­jąc w kwe­stio­na­riu­szu 2 tele­fony - do pracy i do domu. Urzęd­nik na próżno usi­ło­wał prze­ko­nać mnie, że to ten sam nu­mer – nie da­łem się.

W oparciu o po­wyż­sze skon­stru­owałem aneg­dotę ho­te­lową:

Gość hote­lowy prosi w re­cep­cji o klucz do po­koju 178.

Recep­cjo­ni­sta sięga do prze­gródki z nu­me­rem 223.

– Nie, nie ten. Pro­si­łem o 178.

– Pro­szę Pana, w na­szym ho­telu klucz do po­koju 178 prze­cho­wuje się w prze­gródce 223.

Gość bie­rze klucz i stwier­dza, że jest na nim nu­mer 325.

– Ależ, to jest klucz od 325 !

– Pro­szę Pana, w na­szym ho­telu klucz do po­koju 178 opa­trzony jest nu­me­rem 325.

To byłby re­kord, ale mniej am­bitne próby się zda­rzają.

Kiedyś wy­da­wano plan War­szawy w for­mie książ­ko­wej, w któ­rym na każ­dej stro­nie były dwa nu­mery:

numer mapki oraz numer ko­lejny strony (oczywi­ście (!) róż­niły się o kilka). Próba od­szu­kania mapki z planu po­nu­me­ro­wa­nych mapek koń­czyła się na ogół zamie­sza­niem.

No cóż – biu­ro­kraci uwiel­biają nu­me­ro­wa­nie dla sa­mego nu­me­ro­wa­nia.

Kiedyś spró­bo­wałem zro­bić im przy­jem­ność. Pra­cu­jąc w pew­nej (sztyw­nej i po­waż­nej) in­sty­tucji pań­stwowej do­sta­łem za­da­nie spo­rzą­dze­nia ze­stawu zbiorczego. Po­nume­ro­wa­łem w ta­beli ko­lumny i wier­sze (tak zaw­sze ro­biono) i zsu­mowa­łem każdą ko­lumnę i wiersz (też tak zawsze ro­biono) – z tym że zsu­mo­wa­łem rów­nież nu­me­ry wier­szy i ko­lumn. Za­uwa­żono to jednak i o dziwo na­pięt­no­wano.

Głoski sil­nie miękkie (pala­tywne?) i diak­tryby za­miast dwu­li­te­ró­wek

Są to głoski: Ć Ń Ś Ź. Nie­stety, tak zapi­suje się je tylko w niektó­rych przy­pad­kach. Na ogół za­miast gór­nej kre­seczki zmięk­cze­nie  zazna­cza się po­przez do­pi­sa­nie li­tery i, np: cia­sto, nie, siano, ziele.

Dlaczego? Ano tak się utarło i już. Napi­sa­nie: ća­sto, ńe, śano, źele – ucho­dzi za błąd orto­gra­ficzny.

Wielokrotnie ob­ser­wowa­łem jak dzieci uczące się pi­sma pi­szą: ća­sto, ńe, śano, źele – do­póki ktoś im tego nie wy­per­swa­duje („Tak się nie pi­sze, ko­cha­nie. To błąd”). Oczy­wi­ście dźeći mają rację – tak śę po­winno pisać ! Szkód żad­nych to nie spo­wo­duje, a wskaże pra­wi­dłową wy­mowę ta­kich wy­ra­zów jak np si­nus i sin­gle­ton, które lu­dzie pro­stego serca pró­bują wyma­wiać jako śi­nus i śin­gle­ton, a po usły­szeniu że coś–tu–nie–tak pró­bują pi­sać jako synus i syn­gle­ton (au­ten­tyczne). NB do dzi­siaj nie wiem czy sicz (zapo­ro­ska (patrz „Try­lo­gia”)) wyma­wia się śicz czy sicz.

Natknąłem się kiedyś na dwie pol­skie książki (sprzed 100 lat!) w któ­rych całko­wi­cie za­rzu­cono zmięk­czanie przy po­mocy litery i. Nie­stety, próba ta się nie przy­jęła. A szkoda.

Nie pamiętam już czy w książ­kach tych wpro­wa­dzono także jed­noli­te­rowe diak­tryby dla obec­nych dwuli­te­ró­wek: ch cz dz dź dż rz sz.  To też byłoby b.wygodne i wcale nie ko­li­do­wa­łoby z or­to­gra­fią. Do­wie­dział­bym się w końcu czy słowo mu­rza (patrz „Trylo­gia”) wyma­wia się mur-za czy też mu-rza (w słow­ni­kach tego nie po­dają) i unik­nął­bym mi­mo­wol­nych lap­su­sów przy gło­śnym od­czyty­wa­niu ta­kich słów jak pod­zelo­wać (nie po-dzelo­wać lecz pod-ze­lo­wać), pod­że­gać itp.

A jed­nak są słow­niki po­da­jące wy­mowę słowa „mu­rza”, mia­no­wicie „mur-za” ( http://www.sjp.pl/)

Te głupie pszczoły

W głębokim PRLu królo­wał a skle­pach miód „wy­pro­du­ko­wany” przez Za­kład Stan­da­ry­za­cji Miodu w Olsz­ty­nie. Na­zwa ta zaw­sze mnie za­dzi­wiała: Nic to że pszczoły ro­bią miód od mi­lio­nów lat – w Olsz­ty­nie wie­dzą le­piej! Cie­kawe czy Unia Eu­ro­pej­ska wy­pra­co­wała już stan­dard dla miodu?

O psuciu żyw­no­ści

Proceder fał­szo­wa­nia i psu­cia żyw­ności postę­puje w Pol­sce pełną parą:

Pieczywo, wę­dliny, sery żółte – coś obrzy­dli­wego. Mleko jako tako się trzyma, ale da­leko mu do mleka praw­dzi­wego (tzn nie pod­da­nego ob­róbce w mle­czarni). Jabłka wy­glą­dają ład­nie, ale wsku­tek upo­rczy­wego opry­skiwa­nia sa­dów nie mają ani aro­matu ani wła­ści­wego smaku.

Najgorzej jest w su­per­mar­ke­tach. Można tam osta­tecz­nie ku­po­wać cu­kier, ale i to nie jest pewne, bo­wiem pro­duk­cja się roz­dwoiła – na półki w su­per­mar­ke­tach produ­kuje się wg osob­nej tech­nologii.

Przyczyną tego zja­wiska jest po pro­stu... nie­wy­bred­ność szero­kich rzesz kon­su­men­tów. Za­tra­cili za­pewne smak i nie czują tego co je­dzą. A może: „A niech bę­dzie i ... byle nieco mniej za­pła­cić” ?

Co za­miast wę­dlin:

Należy ku­pić kawał mięsa na targu (nie w su­per­mar­ke­cie) i ugo­to­wać bądź upiec. Je­śli weź­miemy pod uwagę skład, ja­kość i smak – wcale nie wy­cho­dzi to dro­żej od „wę­dlin”. A i fa­tyga jest nie­wielka.

Wspo­mnie­nie o „Ko­ziołku”:

W głę­bokim PRLu był na rynku ser zio­łowy „Ko­zio­łek” (małe twarde stożki o wy­so­kości ca 10 cm).

Tarło się go na tarce, nad ka­napką. Coś wspa­nia­łego – żadne par­me­zany nie umy­wają się do niego.

Niestety, na obecne czasy byłby za dobry (i za­pewne zo­stałby sfał­szo­wany).

 

ANABIS

12 IX 2008

Stopowa­nie na mi­li­par­seku

W jednym z opo­wia­dań o pi­lo­cie Pi­rxie lu­xu­sowy pa­sa­żer­ski sta­tek ko­smiczny otrzy­muje pole­cenie  prze­rwa­nia rejsu i wyru­sze­nia na ra­tu­nek. W na­wi­ga­torni pada py­ta­nie „Czy damy radę za­sto­po­wać na mi­li­par­seku?”. Od­po­wiedź jest twier­dząca, z czego wy­nika że miej­sce kata­strofy jest odle­głe o około je­den mili­par­sek. Sta­tek zmie­nia kurs i wy­ru­sza na ra­tu­nek.

Na oko wy­gląda to sen­sow­nie; na wszelki wy­pa­dek – po­liczmy:

Parsek to odle­głość, którą świa­tło prze­bywa w po­nad 3 lata (do­kład­niej: w 1191 dni).

Na miliparsek zu­żyje więc świa­tło 1000 razy mniej czasu – czyli po­nad 1 dzień.

Statek był oczy­wiście o wiele wol­niej­szy – miał pręd­kość po­dróżną = 10 ty­sięcy km na se­kundę, a za­tem do­tar­cie do miej­sca kata­strofy za­bra­łoby mu po­nad mie­siąc ! (z czego ostat­nie kilka dni mu­siał­by zu­żyć na ha­mo­wa­nie). Po­nad mie­siąc! A jak jest w opo­wia­da­niu? Sta­tek na­wią­zuje kon­takt wi­zu­al­ny z miej­scem ka­ta­strofy już po kilku(nastu) go­dzi­nach lotu ha­mo­wa­nego.

Lapsusów takich jest w fan­ta­styce za­trzę­sie­nie. Au­to­rzy w go­rączce twór­czej wsta­wiają liczby ta­kie ja­kie pod­suwa im roztar­gniona muza, nie ra­cząc wy­ko­nać ele­men­tar­nych szkol­nych osza­co­wań.

Wogóle do wszelkich po­da­wa­nych liczb – także w nie­fan­ta­styce! – na­leży pod­cho­dzić z nie­uf­no­ścią; nie za­wa­dzi spraw­dzić je sa­memu, aby przeko­nać się cho­ciażby czy jesz­cze po­tra­fimy ra­cho­wać.

Szcze­gólnie trzeba uwa­żać kiedy czy­tamy o „bi­lio­nach dola­rów”. Wielu dzien­ni­ka­rzy nie wie, że w USA bi­lion to 1000 mi­lio­nów i – ba­ga­telka – po­dają pol­skiemu czy­tel­ni­kowi kwoty ty­siąc razy więk­sze.

Główna za­sada go­spo­darki pań­stwo­wej

W owym czasie – dziś już może nie – główną za­sadą go­spo­darki pań­stwo­wej było „stehlen und steh­len las­sen”. Kraść i po­zwo­lić kraść. Piękna po­ko­jowa za­sada.

Ten dobry sys­tem miał jed­nak jed­nego wroga, a mia­no­wi­cie pewną fran­cu­ską za­sadę. Co tu dużo ga­dać, Fran­cuzi są we wszystkim wro­gami Niem­ców. „Ótes-toi que je m'y mette”. Co w swo­bod­nym tłu­ma­cze­niu zna­czy: „Od­suń się, niech i ja się na­kradnę”.     Mor Jokai "Złoty czło­wiek"  (ca 1890)

Skoro jest wzór na Pro­cent Skła­dany, czas by ktoś uło­żył wzór na Pro­cent Kra­dziony oraz Mar­no­tra­wiony. Oba te pro­centy wy­dają się być im­ma­nentną ce­chą wszel­kich ludz­kich przedsię­wzięć doko­ny­wa­nych przez or­gani­za­cje zhie­rar­chi­zowane (już przy bu­do­wie pira­mid z pew­no­ścią...), a nie­stety duże przed­się­wzię­cia mogą być zre­ali­zo­wane tylko przez ta­kie wła­śnie or­ga­ni­za­cje.

Jest nowelka Cze­chowa (za­po­mnia­łem ty­tułu; może ktoś przypo­mni) w któ­rej grupka akcjo­na­riu­szy ma­łego przed­się­bior­stwa bie­dzi się jak za­po­biec ko­lej­nej de­frau­dacji. Ka­sjer – trzeci z ko­lei – przy­znaje się ze skru­chą, że – już po raz drugi – skusiły go roz­ko­sze tego świata (ko­biety, wino, śpiew). Zroz­pa­czeni ak­cjona­riu­sze obie­cują mu końcu do­star­czać te roz­ko­sze gra­tis (wino, ad­re­siki itp), byle tylko po­wstrzy­mał się od nad­we­rę­ża­nia kasy.

Stąd też wy­wo­dzą się ol­brzy­mie pen­sje me­nadże­rów wiel­kich firm. Za­pewne znala­złby się zdol­niej­szy ochot­nik do pracy za pen­sję znacz­nie niż­szą, ale jest niemal pewne że z bie­giem czasu uległby po­ku­sie. Je­śli na­wet nie miałby moż­li­wo­ści de­frau­da­cji, to zo­stałby prze­ku­piony przez firmę kon­ku­ren­cyjną w celu do­kona­nia sabo­tażu w in­tere­sach pra­co­dawcy.

Polskie –ski po an­giel­sku ?

Skąd wzięło się pisa­nie po an­giel­sku Ko­wal­sky za­miast Ko­wal­ski, Sla­win­sky za­miast Sla­win­ski itp ?

(przecież an­giel­skie sky brzmi jak pol­skie skaj, a an­giel­skie ski [narty] wy­ma­wia się jak pol­skie ski).

Jest to zdaje się ma­niera dość świeża, bo wi­dzia­łem kie­dyś stare książki an­glo­ję­zyczne w których pol­skie ski pi­sano po pro­stu ski. No i do­tąd w USA obcho­dzi się Pu­la­ski Days (nie Pu­la­sky Days).

Jak na­uczał hi­storii mój na­uczy­ciel w li­ceum

Przez 4 lata dyk­tował swój wła­sny kurs hi­storii – głów­nie skon­den­so­wane fakty; niemal zero oceny i in­ter­pre­tacji. Wy­da­wa­nie lek­cji pole­gało na do­słow­nym od­two­rzeniu te­matu z pa­mięci – nie wy­ma­gał, ani na­wet nie tole­ro­wał, żad­nego „my­śle­nia hi­sto­rycz­nego”; nale­żało po pro­stu po­wtó­rzyć.

Aby na­dą­żyć z no­to­wa­niem wy­pra­co­wa­łem so­bie sys­tem „ste­no­gra­fii hi­sto­rycz­nej”, spro­wa­dza­ją­cy się do wiel­kiej ilo­ści skró­tów (np F=Fran­cja, P=Pol­ska) i róż­nych sym­boli gra­ficz­nych.

Tę metodę na­ucza­nia nie­któ­rzy ostro kry­ty­ko­wali („czy­sta pa­mię­ciówka; nie uczy myśle­nia”).

Po latach uzna­łem jed­nak, że była to me­toda bar­dzo do­bra, ba – na­wet je­dyna wła­ściwa !

Przecież naj­więksi filozo­fo­wie mają ol­brzy­mie kło­poty z in­ter­pre­tacją i oceną pro­ce­sów hi­sto­rycz­nych ! jak więc wy­ma­gać tego od nie­do­świad­czo­nego na­sto­latka. Na­leży więc wbić mu w głowę na­razie fakty. Je­śli jest głupi bądź bę­dzie umy­słowo ocię­żały, to przy­najm­niej one mu po­zo­staną. A je­śli bę­dzie miał skłon­ność do myśle­nia, to z czasem za­cznie mu coś świ­tać. Po­nadto w obu przy­pad­kach unie­za­leż­niony bę­dzie od in­ter­pre­ta­cji na­rzu­ca­nej przez bie­żącą wła­dzę poli­tyczną.

Hitler ura­to­wał Eu­ropę

Przed czym? Przed sowie­ty­zmem. Czy z do­brego serca? By­najm­niej. Aby ura­to­wać III Rze­szę.

Desperacki atak w 1941 był JE­DYNĄ szansą nazi­stow­skich Nie­miec. Bez niego za kilka ty­go­dni ru­szy­ła­by po­tężna ofen­sywa so­wiecka – zmiaż­dży­łaby Niemcy i za tym samym za­ma­chem usta­nowi­łaby w CA­ŁEJ Eu­ro­pie „wła­dzę rad”. Zwią­zek So­wiecki obej­mo­wałby dzi­siaj Por­tu­ga­lię, Wło­chy, Gre­cję,... i być może na­wet Wy­spy Bry­tyj­skie. Atak Hi­tlera zmiażdżył przy­go­to­wy­waną ofen­sywę i w efek­cie Sta­lin zdo­był zale­d­wie ka­wa­łek Eu­ropy. Co po­zwo­liło ZSSR na prze­trwanie tylko do 1989.

Anoni­mowy au­tor po­wyż­szej no­tatki (2008) wy­su­nął oczy­wi­sty wnio­sek z ksią­żek Wik­tora Su­wo­rowa: „Lo­do­la­macz” „Dzień M” „Oczysz­cze­nie” „Ostat­nia re­pu­blika”. Zdema­sko­wały one wy­ho­do­wane przez So­wiety fał­szer­stwo, ja­koby II Wojnę Świa­tową wy­wołał hi­tle­ryzm (sic!). Tymcza­sem roz­cią­gnię­cie „wła­dzy rad” na ca­ły świat (czyli podbój świata) było od sa­mego po­czątku głów­nym i wcale nie­taj­nym ce­lem bol­sze­wi­ków. W tym celu roz­po­częli nie­sły­chanie in­ten­sywne zbro­je­nia i sta­ran­nie podsy­cali roz­wój hi­tle­rymu jako za­palnika wo­jennej po­żogi, z final­nym akordem w po­staci paktu Ri­ben­trop–Moło­tow.

 

ANABIS

27 XII 2008

Jak cię wi­dzą, tak pra­cujesz

Kiedyś za­cząłem pra­cować w pew­nej (sztyw­nej i po­ważnej) in­sty­tucji pań­stwo­wej, w dziale wy­ma­gającym nieco umie­jęt­no­ści kon­cep­cyj­nych. Pra­co­wałem w stylu: go­dzina kon­cep­cyjna, 15 minut prze­chadzki w są­siednim parku. Ale tylko ja jeden by­łem taki. Np pan który siedział przy są­sied­nim biurku nie­prze­rwanie coś pisał i pi­sał, a biurko miał za­wa­lone pa­pie­rami. Po ty­go­dniu, kiedy już się oswoiłem, zagad­ną­łem go, co tak ciągle pisze i pi­sze. Dał mi to do po­czy­ta­nia, a kiedy przej­rza­łem, stwier­dziłem, że pro­dukuje bez­war­to­ściowe wo­dolej­stwo. Zdumiałem się, ale zmil­cza­łem.

Kiedy powie­dzia­łem o tym pewnej oso­bie o po­kole­nie star­szej, ta ura­czyła mnie taką aneg­dotką:

Po wojnie stu­diowałam i jedno­cze­śnie praco­wa­łam jako bu­chal­terka w małej fir­mie. Pracy było (na szczę­ście) bardzo nie­wiele, to­też dzi­wiłam się, że druga bu­chal­terka nie­ustan­nie coś pisze i pi­sze. Kiedy za­gad­nę­łam ją o to, poło­żyła pa­lec na ustach i po­wie­działa tak: „Pani Mario, ja rzeczywi­ście mało mam do ro­boty, ale co so­bie szef po­myśli kiedy będę sie­działa bez­czyn­nie. Więc jak coś napi­szę, to po­wle­kam li­tery po raz drugi, trzeci, czwarty – aby było wi­dać, że pra­cuję”.

Wpadłam na po­mysł, aby przepi­sy­wała mi no­tatki z wy­kła­dów. Ucieszyła się..

Ostatni ton

Teraz już b.rzadko sły­szy się Hej­nał Kra­kowski (po­prze­dzony poda­niem do­kład­nej 12:00 ).

Dawniej po­da­wano czas tak: „Ko­niec piątego (?siód­mego) tonu wyzna­cza go­dzinę 12:00”, a kilka lat temu do­wie­dzia­łem się, że zmie­niono to na „Ko­niec ostat­niego tonu wy­zna­cza...”. In­for­ma­tor po­wie­dział, że na­pisano już o tym do Roz­gło­śni i ten „Po­lish joke” wkrótce znik­nie.

Gdzie tam! Nadal jest; nie­dawno mia­łem oka­zję usły­szeć to na wła­sne uszy.

U notariu­sza

Kiedyś pewna firma z USA przy­słała mi formu­larz umowy do za­ak­cepto­wania przeze mnie, w któ­rym było spe­cjalne okienko na mój podpis i po­świadcze­nie no­ta­riu­sza, że jest to na­prawdę mój pod­pis.

Sekretarz no­ta­riusza oświad­czył, że mam wiel­kie szczę­ście, iż pani nota­riusz zna an­gielski. Na moje zdzi­wie­nie: „A co to ma do rze­czy? Skoro no­tariusz po­twier­dza TYLKO mój pod­pis, to reszta mo­gła­by być i po chiń­sku! Wy­star­czy że no­ta­riusz na­pi­sze tylko w ja­kimś ję­zyku, że JEST TO MÓJ POD­PIS. Na­wet je­śli b.słabo zna angiel­ski czy francu­ski, to tak proste zda­nie chyba jed­nak po­trafi.”

Usłyszałem to co zwykle: „No tak, ale wie Pan – tak nam każą” (ra­czej ewi­dentne kłam­stwo).

Podpisałem się gdzie trzeba, a pani no­tariusz po­świad­czyła. Ale nie w prze­zna­czo­nym na to miej­scu, broń Boże. Na końcu ca­łego tek­stu przy­sta­wiła wielką pie­czątkę (na pół strony) a kilka pu­stych pół w pie­czątce wy­pełniła ręcz­nie. Wszystko po pol­sku! Wy­glą­dało to tak idiotycz­nie, że w końcu nie wy­sła­łem tego do USA (po­ra­dzi­łem sobie ina­czej). Nie chciałem da­wać Amery­ka­nom okazji do uło­że­nia no­wego „Po­lish joke”.

W bankach

W centrum W–wy (gdzie miesz­kam) jest zatrzę­sienie ban­ków. Od czasu do czasu odwie­dzam kilka z nich w kwe­stii – przy­znaję to – z re­guły nie­ty­po­wej. A oto moje przy­gody w ostat­nich kilku la­tach:

1) Przygoda z czekiem ban­kier­skim:

Pewna firma z USA przyj­mo­wała wpłaty tylko w po­staci cze­ków (dziwne ale praw­dziwe). Nie mia­łem niestety ksią­żeczki cze­ko­wej, ale to dro­biazg: udam się do banku i kupię czek banku na te 40 USD (na­zywa się to czekiem ban­kier­skim). W pierw­szych trzech ban­kach o czymś takim nie sły­szano („My je­ste­śmy uczci­wym ban­kiem...”). W czwartym sły­szano, ale „Takie czeki wy­sta­wiamy tylko tym, któ­rzy mają u nas konto” (?chyba jed­nak nie­zbyt wie­dzieli o co chodzi). W pią­tym hurra – sły­szano i wy­sta­wią, za 50 zł. Dość słono, ale niech tam.

Urzędnik nie za­akceptował kar­teczki na której wypi­sa­łem wszyst­kie dane do czeku, lecz wrę­czył mi b. ob­szerny for­mu­larz do wy­peł­nienia (z miej­scem na moje dane perso­nalne), a po­nadto po­wiedział że mu­szę się wylegi­tymo­wać (!?). Nie pomogło moje stwier­dzenie, że prze­cież to JA płacę, że kwota jest drobna, i że 50 zł całkowi­cie wy­star­cza na to aby SAMI so­bie wypełnili ten for­mularz. Wście­kłem się i wy­sze­dłem. Osta­tecz­nie mu­sia­łem za­wró­cić tym głowę znajo­memu w USA.

Przed­tem urzęd­nik ten za­pro­pono­wał, że­bym otwo­rzył so­bie u nich konto. Bę­dzie pro­ściej, do­stanę ksią­żeczkę cze­kową – a wszystko to po­trwa kilka mi­nut. Spodo­bało mi się to, ale kiedy zapro­wadził mnie do ko­le­żanki, spu­ścił z tonu – oka­zało się, że zało­że­nie u nich konta trwa TRZY mie­siące [ !!!! ].

2) Przygoda z kontem de­po­zy­to­wym:

Kiedyś cho­dził mi po gło­wie po­mysł na pe­wien biz­nes usłu­gowy, wyma­ga­jący (nie­stety) za­in­we­sto­wa­nia z 50 ty­sięcy zło­tych. No i była oczywi­ście groźba, że chętnych będzie zbyt mało.

Co robić? Wy­koncypo­wa­łem coś ta­kiego:

·        Najpierw szu­kam klien­tów i zbie­ram od nich przed­płaty na usługę.

·        Płacą nie mnie, lecz na spe­cjalne konto w banku. Bank rę­czy (np w ne­cie), że po okre­ślo­nym ter­mi­nie przeznaczy pie­niądze na zrealizowanie usługi (np zapłaci drukarni za wydrukowany album, informator, książkę,...) albo zwróci pieniądze klientom.

Wydawało się, że wszystko jest OK. Wszyscy są za­bez­pie­czeni, a ja, je­śli nie wyj­dzie, stracę nie­wiele.

Już w pierw­szym banki usły­sza­łem, że musie­liby mieć do mnie wielkie za­ufanie, aby pójść na coś ta­kiego. W na­stęp­nych było niele­piej – w ogóle nikt nie zrozu­miał o co chodzi.

Potem do­wie­działem się, że jest to metoda znana i sto­so­wana na świecie pn „konto depo­zy­towe”.

3) Przygoda z we­kslem:

Znajomy z pro­wincji za­dzwonił do mnie, abym ku­pił mu we­ksel, do­kład­niej blan­kiet we­kslowy.

Na moje zdziwie­nie („prze­cież wy­starczy na ka­wałku pa­pieru”) od­po­wiedział, że świet­nie o tym wie, ale je­śli wy­stawi we­ksel na ja­kimś „urzę­do­wym” blankiecie, wzbudzi to więk­sze za­ufa­nie.

Odwiedziłem więc kilka ban­ków i do­wie­dzia­łem się, że ta­kie blan­kiety kie­dyś mieli, ale te­raz nie mają. Nie by­łoby w tym nic tak b.dziwnego, gdyby nie to że jed­no­cze­śnie oświad­cza­no mi zdecy­do­wa­nie, że weksel musi być wy­pisany na blan­kie­cie spe­cjalnym, bo ina­czej jest prawnie nieważny.

 

 

ANABIS    12 IX 2010

Reforma palatalizacji (czyli o pisowni zmiękczeń)

Litera „i” jest używana we współczesnej polszczyźnie na 4 sposoby:

1) jako samogłoska:   bitwa  sinus  silos  kij  donica sicz

2) jako zmiękczenie spółgłoski poprzedniej:  ciasto  zieleń  siano

3) jako jednoczesne 1) i 2):   zima  siła   ciskać

4) jako spółgłoska „j”:   kielnia  wiosna  diabeł (djabeł dyabeł)

Co do przypadku 4) to fonetycy twierdzą, że nie ma tu spółgłoski „j”, lecz jest „słabe zmięk­cze­nie” („kielnia” = „k’elnia”,  „wiosna” = „w’osna”).  Jest to jednak „naukowy wymysł”, jako że żaden (współ­czesny) Polak nie potrafi odróżnić w wymowie „kjelnia” od „k’elnia”, a ponadto słowo „diabeł” pisze się często również jako „djabeł”, a dawniej pisano powszechnie „dyabeł”.

Szczerze pisząc, powyższe stwierdzenie jest nieco wątpliwe – wydaje się bowiem, że można również po­trak­tować takie „i” jako słabsze zmiękczenie (w przypadku „kropić” „kropielnica” nawet chyba trzeba). Z drugiej strony spójrzmy na dawniejsze pisownie – historja, historji, historyj – oraz słowa „dyalog” „dya­ment” w bajkach Krasickiego, a w „Dziadach” –  legijonista  wigilija  wigiliji  feldjeger  patryjarcha  kuracyja. Ponadto w języku śląskim (?) pisze się „mjasto” „bjelizna”.               16 IX 2010

Wynikają z tego wszystkiego dwie możliwości zreformowania pisowni:

AAA:

Zamiast zmiękczania przez „i”, zmiękczać przez stosowanie „ć” „dź” „ń” „ś” „ź”

(czyli pisać „ćasto” „śano” „źima” „ćiskać”, natomiast „sinus” „bitwa” „donica”)

Korzyści:

1) uproszczenie – znikają przypadki 2) oraz 3), co już samo w sobie jest korzystne

2) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: sinus, circa, sicz

NB zetknąłem się z wymową „śinus” (!)” „śingleton” (!) „ćirca” (!), no i do dzisiaj nie wiem czy wymawia się „śicz” czy też „s’icz”.

3) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: zima,  siano, ciasno

Niby jest oczywiste jak je należy wymawiać, ale tylko wtedy kiedy się już wie.

Cudzoziemiec i uczące się czytać dziecko, mogliby wymawiać je bez zmiękczenia („s–jano”) bądź przez dodatkową samogłoskę („śi–ano”) – i trudno byłoby im coś zarzucać (no bo skąd mieliby to wiedzieć bez wcześniejszego usłyszenia).

Zaszłości:

1) Nie jest to bynajmniej propozycja nowa – widziałem dwie polskie książki wydane ze 100 lat temu (niestety nie zanotowałem jakie) w których tak właśnie zmiękczano. Widziałem także próby takiego pisania w kilku późniejszych tekstach.

2) Dwukrotnie zaobserwowałem jak uczące się dziecko pisało „śano” „śę” „ćało”. Zupełnie słusznie i logicznie – dopóki dorośli nie skłonią je do porzucenia tego „błędu”.

BBB:

Zamiast stosować „i” spółgłoskowe (przypadek 4), stosować „j”

(czyli pisać  „kjelnia” „wjosna” „djabeł” „bjały”)

Korzyści:

1) ukonsekwentnienie – skoro jest spółgłoska piszmy spółgłoskę

2) dalsze uproszczenie – „i” będzie służyć wyłącznie jako samogłoska

3) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: kielnia, wiosna

Niby jest oczywiste jak je należy wymawiać, ale tylko wtedy kiedy się już wie.

Cudzoziemiec jak również uczące się czytać dziecko, mogliby wymawiać je z dodatkową samogłoskę („ki–elnia” „wi–osna”) – i trudno byłoby im coś zarzucać (no bo skąd mieliby to wiedzieć bez wcze­ś­niej­szego usłyszenia).

UWAGA

Daleki jestem od myśłi o dekretowaniu pisowni przez jakiś komitet językowy. Najlepiej aby zwyczaje zmieniały się stopniowo i samorzutnie. W tym przypadku zastosowanie tych propozycji nie spowo­duje żadnych nieporozumień w rozumieniu tekstu ani w wymowie, zatem – komu wola, niech spró­buje tak pisać.

 

Anabis

Następna Anabis

              

do Brydża

do Czy­taj!

 

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości

2 Grud­nia 2002

redaktor@czytaj.net

© Czytaj !