Anabis 2

ANABIS

22 Maja 2003

„Są dziwy w niebie i na ziemi, o któ­rych ani się śniło wa­szym fi­lo­zofom”

Tak przetłu­ma­czył Mic­kie­wicz słynne słowa Hamleta do Ho­ra­cju­sza (akt I, scena V) i zamie­ścił je jako motto do II część „Dzia­dów”, przy­ta­cza­jąc przy tym wer­sją an­giel­ską:

There are more things in Heaven and Earth

Than are dreamt of in your phi­loso­phy.

Wygląda na to, że Mickie­wicz się po­mylił – po­winno być „w two­jej filo­zo­fii” (czyli w twoim pojęciu, wyobra­że­niu) – zwłasz­cza że w „Hamle­cie” żad­nych Ho­racju­szo­wych filo­zo­fów nie ma. Nie­mniej utarła się od­tąd tra­dy­cja (?!), aby przy­ta­czać to zgod­nie z Mic­kiewi­czow­ską po­myłką. Np w słowniku Kopa­liń­skiego jest:

Więcej jest rze­czy (dziw­nych) na nie­bie i ziemi, Ho­racy, niż śniło się wa­szym filo­zo­fom.

Prawda, że dziwne.

Za­uważmy, że (po­mi­ja­jąc tę po­myłkę) Mic­kie­wicz wy­ka­zał lep­sze wy­czucie ję­zy­kowe niż współ­cze­śni:

Przetłumaczył to ładniej i zgrabniej, a ponadto nie napi­sał „na nie­bie”, lecz „w nie­bie” – i słusznie, bo prze­cież nie cho­dzi tu o miej­sca w zna­cze­niu fi­zycz­nym, lecz o dzie­dziny bytu czło­wie­czego. Zresztą w „Oj­cze nasz” mó­wimy:  „któryś jest w nie­bie”  oraz „jako w nie­bie tak i na ziemi”

Nieco dziwne jest ponadto, że w przytoczonej przez Mickiewicza wersji an­gielskiej słowa Heaven, Earth za­czy­nają się od wielkiej li­tery. Niewy­kluczone że tak właśnie napisał Szekspir – z powodu jak wyżej. Jednak w obec­nych an­giel­skich wy­da­niach to zarzu­cono, i pisze się tak:

There are more things in heaven and earth, Hora­tio, than are dreamt of in your phi­loso­phy.

 

Po obejrzeniu fascimile wydania 1623 okazuje się że słowa „heaven” „earth” były jednak z małej litery.

Dziwnie jest natomiast z kolejnością tych słów. Wprawdzie  taka jest w „Ojcze nasz” po ła­cinie i po polsku, ale po po angielsku jest  od­wrotna: “on earth as it is in he­aven”, co ozna­cza że odruchowo Szekspir powinien był tak właśnie napisać  (NB po fran­cusku też jest od­wrotna: „sur la terre comme au ciel”).  Do­dajmy jesz­cze że u Szekspira było nie „philo­sophy”  lecz”philosophie”

Z kolei w przekładzie Józefa Paszkowskiego (1817–1861) jest też odwrotna: „ Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie”

Jednym słowem: Są dziwy w literaturze...

 

ANABIS

30 Maja 2005

Nałóg czy na­wyk ?

Zapewne to  dro­bia­zgi, ale że wielu mogą się przy­dać, więc godne za­miesz­czenia:

Palę papie­rosy od wielu wielu lat. Kil­ka­kroć pró­bo­wa­łem się od­zwy­czaić, ale w końcu da­łem so­bie spo­kój. Prze­ko­na­łem się bo­wiem, że je­stem uza­leż­niony nie od ni­ko­tyny! lecz od „py­kania” dy­mem. Wy­szło to stop­niowo na jaw, kiedy prze­ko­na­łem się, że z równą przy­jem­no­ścią palę pa­pie­rosy słabe, a po­twier­dziło się, kiedy w Pol­sce poja­wiły się kilka lat temu pa­pie­rosy R1 Mi­nima. Mają one 7–8 razy mniej (!) ni­ko­tyny i ubocz­nych sub­stan­cji szko­dli­wych niż wszel­kie inne. Wy­pa­lając paczkę dzien­nie szkodzę so­bie tyle samo co gdy­bym wy­palił 3 pa­pie­rowy „zwy­kłe”, więc bez wątpie­nia szko­dzę so­bie znacz­nie znacz­nie mniej niż więk­szość pa­la­czy. Za­chę­cam więc Czy­tel­nika palą­cego do spraw­dze­nia czy R1 Mi­nima będą go sa­tys­fak­cjo­no­wać.

Wyszło rów­nież na jaw że: choć piję re­gular­nie kawę, nie je­stem uzależ­niony od ko­fe­iny w ka­wie lecz od smaku kawy. Zda­rzyło się np że przez 2 ty­godnie pi­łem „inkę” my­śląc że jest to „ne­ska” (bo ktoś mi prze­sy­pał „inkę” do sło­ika po „ne­sce”). Na­miętny „ka­wiarz” może po­dob­nie się spraw­dzić, co po­zwoli mu zmniej­szyć (być może nad­mierną) dzienną dawkę ko­fe­iny bez zmniejsze­nia sa­tys­fak­cji. Ja piję tylko „ne­skę” (zdaje się jest słaba) i sy­pię zale­d­wie jedną ły­żeczkę. Smak jest za­spo­ko­jony.

Straszenie tłu­mem

Zapoznana cie­ka­wostka z pierw­szej wi­zyty Jana Pawła II w Pol­sce w 1979:

Przed wizytą me­dia roz­gła­szały, że na spo­tka­nie z Pa­pie­żem w War­sza­wie przy­je­dzie 6 milio­nów ! Aby uwia­ry­god­nić tę nie­sa­mo­witą ilość, pole­cono na­wet szko­łom w W–wie i oko­li­cach przy­go­to­wy­wać noc­legi dla piel­grzy­mów. Nic więc dziw­nego, że wielu się na­brało, a wśród nich i ja. By­łem już raz w kil­ku­set­ty­sięcz­nym tłu­mie (w 1956 pod­czas słyn­nego wiecu z Go­mułką), ale 6 mi­lio­nów... po prostu zlą­kłem się tłumu. Choć miesz­kam w cen­trum War­szawy, ogra­ni­czy­łem się do pa­trze­nia w te­lewi­zor. Po za­koń­cze­niu uro­czy­sto­ści, zdzi­wiony że nie wi­dać ani nie sły­chać tłu­mów, wy­sze­dłem na ulicę. Było ra­czej luźno (!) i wkrótce Pa­pież prze­je­chał kilka me­trów ode mnie w swoim pojeź­dzie (wów­czas jesz­cze od­kry­tym). Podano po­tem, że na spo­tka­niu było zale­d­wie ze 100 ty­sięcy (choć za­pewne ko­muna to ze 2–3 razy po­mniej­szyła). Per­fidna plotka nie chy­biła celu.

Oczy­wi­ście trans­mi­sja tele­wi­zyjna była wy­biór­cza. Nie po­ka­zy­wano kłę­czą­cych lu­dzi (np pod­czas pod­nie­sie­nia ka­mera za­sty­gała na wznie­sio­nym kieli­chu) i skwa­pli­wie ukazy­wano lu­dzi sta­r­ych, o twa­rzach możli­wie „śmiesz­nych”. No ale tego oczy­wi­ście się spo­dzie­wa­łem.

 

ANABIS

7 XI 2005

O ruchu Ziemi

Oto najprost­szy ar­gu­ment na rzecz sys­temu he­lio­cen­trycz­nego:

Astronom z astrono­mem obiad ra­zem je­dli

i przy stole bie­siad­nym spór za­wzięty wie­dli.

Jeden twier­dził, że Zie­mia wo­kół Słońca dąży,

drugi – że to nie Zie­mia, ale Słońce krąży.

Jeden zwał się Ko­per­nik, a drugi Ptolo­mej...

a spór, co jest ru­chome, co zaś nie­ru­chome,

rozsądził ku­charz – żar­tem. Spy­tał go go­spo­darz:

„Znasz bieg pla­net nie­bie­skich? Jaki do­wód po­dasz,

Kto z nas praw?”  Na to ku­charz: „Ko­per­nik, nie Gre­czyn.

Wprawdziem na Słońcu nie był, ale kto za­prze­czy

tej prawdzie oczywi­stej, mę­żo­wie uczeni,

że nikt pieca nie kręci do­koła pie­czeni”

Michał Ło­mo­no­sow

(przekład Ju­liana Tu­wima)

 

Dodajmy że sys­tem he­lio­cen­tryczny jest rów­no­ważny geo­cen­trycz­nemu

tylko z punktu wi­dze­nia ki­ne­ma­tyki !

 

Dynamicznie rzecz bio­rąc nie są równo­ważne

– wyja­śnie­nie można zna­leźć w pod­ręcz­ni­kach astro­no­mii.

Dzieci–żołnie­rze w Po­wsta­niu War­szaw­skim

to kompletne mi­sty­fika­cja. Nic ta­kiego nie miało miej­sca – nikt dzieci nie wy­sy­łał do walki. Oczy­wi­ście spo­ra­dycz­nie mo­gło się zda­rzyć, że ja­kiś trzy­na­stola­tek w za­mie­sza­niu „dor­wał się” na chwilę do broni, ale nic po­nadto.

Wystarczy do­wód z po­szlak (na ogół pew­niej­szy od świa­dectw (któ­rych zresztą i tak nie ma)):

– nikt przy zdro­wych zmy­słach nie po­sy­łałby dzieci do boju

– zwłaszcza że doro­słych żoł­nie­rzy – bez­czyn­nych wsku­tek roz­paczli­wego nie­do­boru broni – było aż nadto!

Legenda o wal­czą­cych dzie­ciach opiera się wy­łącznie na kilku dość zna­nych fo­to­gra­fiach. Na pierw­szy rzut oka wi­dać jed­nak, że są to czy­ste in­sceni­za­cje: ubrano kilku chłop­ców w mun­dury, dano im broń do ręki – i dzienni­karz–fo­to­graf uzy­skał wzru­sza­jące „świa­dec­two”.

Kilka lat temu obie­gła świat fo­to­gra­fia ro­dziny pale­styń­skiej z nie­mowlę­ciem ubra­nym w pas sa­mo­bój­czy. Cóż – przy­je­chał dzien­ni­karz z pa­sem, dał 20 dola­rów i pro­szę... pa­trz­cie jacy są ci Pale­styń­czycy!
Z równą re­zer­wą na­leży pod­cho­dzić do nie­ustan­nych do­nie­sień o wal­czą­cych dzie­ciach w Afryce.

Legenda prze­szła na­tych­miast do filmu „Zaka­zane pio­senki” (1947) w któ­rym poka­zano kilku chłop­ców tkwią­cych na po­ste­runku wśród ruin, w hełmach i z pistoletami maszynowymi. Przychodzi do nich dowódca i poleca zniszczyć czołg bu­tel­kami zapalającymi. No i poka­zane jest jak rzucają – tak jakby nie było pod do­stat­kiem do­ro­słych, któ­rzy rzucą prze­cież bu­telką znacz­nie le­piej. Tak więc film podtrzy­muje mit znacznie silniej.

A po latach po­sta­wiono w War­sza­wie Po­mnik Ma­łego Po­wstańca – w mun­du­rze i pod bro­nią.

Stwier­dzi­łem że w dwóch szko­łach pod­sta­wo­wych w W–wie pielę­gnuje się sta­ran­nie mit o dzie­ciach–

–żoł­nier­zach w Po­wsta­niu. Moja dema­ska­cja zo­stała skwi­to­wana po­błaż­li­wym uśmie­chem.    XI 2007

 

Dopisek 12 XI 2018

Powyższe to jednak drobiazg w porównaniu z usprawiedliwianiem i gloryfika­cją dowództwa Powstania. Już od po­czątku podno­szono że de­cy­zja o wszczęciu Powstania była zbrodnicza, co na wszelkie sposoby wy­tłu­miano podkre­ślaniem bo­ha­terstwa żoł­nie­rzy i... ludno­ści cy­wilnej.

Mnie uderzył jeszcze zbrodniczy upór Dowództwa w przedłużaniu Powstania – już na 2–3 dzień wiadomo było że klęska jest nie­unik­niona, że skończy się to krwawą hekatombą. W tej sytuacji należało zakończyć Po­wsta­nie – Do­wództwo albo zdaje się na ła­skę Niem­ców ( a nuż by ich oszczędzili) albo „rozpływa się” wśród lud­ności cy­wilnej. Ale nie – pod­trzy­mywali Po­wstanie jeszcze 6 ty­godni, do­póki nie uzyskali statusu jeńców wo­jennych – a koszto­wało to życie 100 ty­sięcy cywilów (ca 2 tysiące dziennie, w tym 600 dzieci). Oto dodat­kowa zbrod­nia!  

Myślałem że nikt poza mną tego nie podnosił, ale jak się okazało byłem w błędzie: http://www.kulturaswiecka.pl/node/865. No cóż – w zale­wie tromtadra­cji nibypatriotycznej realne spojrzenie nieła­two może dotrzeć do świadomości ogółu.

Zarzuca się Niemcom że niekiedy pędzili przed czołgami jako osłonę ludność cywilną, ale Dowództwo po­stą­piło prze­cież iden­tycz­nie – z tym że wzięli na zakładników kilkaset tysięcy cywilów. I nie zezwalali im na opuszczenie te­renu walki, cy­tuję:

„Coraz częściej mieszkańcy domagali się zgody na ewakuację. Oficjalne ze­zwolenie dowództwo AK wydało do­piero 8 wrze­śnia”

 

BTW Z Powstaniem jestem dość związany emocjonalnie, ponieważ jako kilkulatek widzia­łem ruiny, stałem w oknie obserwując jak ro­bot­nicy roz­walają kikuty spalo­nych domów, a potem znalazłem w gruzach hełm i trochę nabojów. W dzieciństwie niezbyt to mnie wzru­szało, ale póź­niej okropność tego wszystkiego do mnie do­tarła i dzisiaj rocznica Powsta­nia skłania mnie jedy­nie do żalu i roz­paczy.

NB w Muzeum Powstania Warszawskiego te wszystkie okropności są raczej niewidoczne – była natomiast książeczka dla dzieci do po­kolo­ro­wa­nia – no cóż to prze­cież była tylko taka zabawa.  

 

ANABIS

3 V 2008

O nume­rowa­niu

Rozmowa telefo­niczna:

– Czy to nu­mer 11 11 11 ?

– Nie, tu 111 111.

– Prze­pra­szam za po­myłkę; fa­ty­go­wa­łem pana niepo­trzeb­nie.

– Nie ma za co – i tak mu­sia­łem po­dejść, bo tele­fon dzwo­nił.

Tę starą aneg­dotę wyko­rzy­sta­łem kie­dyś po­da­jąc w kwe­stio­na­riu­szu 2 tele­fony – do pracy i do domu. Urzęd­nik na próżno usi­ło­wał prze­ko­nać mnie, że to ten sam nu­mer – nie da­łem się.

W oparciu o po­wyż­sze skon­stru­owałem aneg­dotę ho­te­lową:

Gość hote­lowy prosi w re­cep­cji o klucz do po­koju 178.

Recep­cjo­ni­sta sięga do prze­gródki z nu­me­rem 223.

– Nie, nie ten. Pro­si­łem o 178.

– Pro­szę Pana, w na­szym ho­telu klucz do po­koju 178 prze­cho­wuje się w prze­gródce 223.

Gość bie­rze klucz i stwier­dza, że jest na nim nu­mer 325.

– Ależ, to jest klucz od 325 !

– Pro­szę Pana, w na­szym ho­telu klucz do po­koju 178 opa­trzony jest nu­me­rem 325.

To byłby re­kord, ale mniej am­bitne próby się zda­rzają.

Kiedyś wy­da­wano plan War­szawy w for­mie książ­ko­wej, w któ­rym na każ­dej stro­nie były dwa nu­mery:

numer mapki oraz numer ko­lejny strony (oczywi­ście (!) róż­niły się o kilka). Próba od­szu­kania mapki z planu po­nu­me­ro­wa­nych ma­pek koń­czyła się na ogół zamie­sza­niem.

No cóż – biu­ro­kraci uwiel­biają nu­me­ro­wa­nie dla sa­mego nu­me­ro­wa­nia.

Kiedyś spró­bo­wałem zro­bić im przy­jem­ność. Pra­cu­jąc w pew­nej (sztyw­nej i po­waż­nej) in­sty­tucji pań­stwowej do­sta­łem za­da­nie spo­rzą­dze­nia ze­stawu zbiorczego. Po­nume­ro­wa­łem w ta­beli ko­lumny i wier­sze (tak zaw­sze ro­biono) i zsu­mo­wa­łem każdą ko­lumnę i wiersz (też tak zawsze ro­biono) – z tym że zsu­mo­wa­łem rów­nież nu­me­ry wier­szy i ko­lumn. Za­uwa­żono to jednak i o dziwo na­pięt­no­wano.

Głoski sil­nie miękkie (pala­tywne?) i diak­tryby za­miast dwu­li­te­ró­wek

Są to głoski: Ć Ń Ś Ź. Nie­stety, tak zapi­suje się je tylko w niektó­rych przy­pad­kach. Na ogół za­miast gór­nej kre­seczki zmięk­cze­nie  za­zna­cza się po­przez do­pi­sa­nie li­tery i, np: cia­sto, nie, siano, ziele.

Dlaczego? Ano tak się utarło i już. Napi­sa­nie: ća­sto, ńe, śano, źele – ucho­dzi za błąd orto­gra­ficzny.

Wielokrotnie ob­ser­wowa­łem jak dzieci uczące się pi­sma pi­szą: ća­sto, ńe, śano, źele – do­póki ktoś im tego nie wy­per­swa­duje („Tak się nie pi­sze, ko­cha­nie. To błąd”). Oczy­wi­ście dźeći mają rację – tak śę po­winno pi­sać ! Szkód żad­nych to nie spo­wo­duje, a wskaże pra­wi­dłową wy­mowę ta­kich wy­ra­zów jak np si­nus i sin­gle­ton, które lu­dzie pro­stego serca pró­bują wyma­wiać jako śi­nus i śin­gle­ton, a po usły­szeniu że coś–tu–nie–tak pró­bują pi­sać jako synus i syn­gle­ton (au­ten­tyczne). NB do dzi­siaj nie wiem czy sicz (zapo­ro­ska (patrz „Try­lo­gia”)) wy­ma­wia się śicz czy sicz.

Natknąłem się kiedyś na dwie pol­skie książki (sprzed 100 lat!) w któ­rych cał­ko­wi­cie za­rzu­cono zmięk­czanie przy po­mocy li­tery i. Nie­stety, próba ta się nie przy­jęła. A szkoda.

Nie pamiętam już czy w książ­kach tych wpro­wa­dzono także jed­noli­te­rowe diak­tryby dla obec­nych dwuli­te­ró­wek: ch cz dz dź dż rz sz.  To też byłoby b.wygodne i wcale nie ko­li­do­wa­łoby z or­to­gra­fią. Do­wie­dział­bym się w końcu czy słowo mu­rza (patrz „Trylo­gia”) wyma­wia się mur–za czy też mu–rza (w słow­ni­kach tego nie po­dają) i unik­nął­bym mi­mo­wol­nych lap­su­sów przy gło­śnym od­czyty­wa­niu ta­kich słów jak pod­zelo­wać (nie po–dzelo­wać lecz pod–ze­lo­wać), pod­że­gać itp.

A jed­nak są słow­niki po­da­jące wy­mowę słowa „mu­rza”, mia­no­wicie „mur–za” ( http://www.sjp.pl/)

Te głupie pszczoły

W głębokim PRLu królo­wał w skle­pach miód „wy­pro­du­ko­wany” przez Za­kład Stan­da­ry­za­cji Miodu w Olsz­ty­nie. Na­zwa ta zaw­sze mnie za­dzi­wiała: Nic to że pszczoły ro­bią miód od mi­lio­nów lat – w Olsz­ty­nie wie­dzą le­piej! Cie­kawe czy Unia Eu­ro­pej­ska wy­pra­co­wała już stan­dard dla miodu?

O psuciu żyw­no­ści

Proceder fał­szo­wa­nia i psu­cia żyw­ności postę­puje w Pol­sce pełną parą:

Pieczywo, wę­dliny, sery żółte – coś obrzy­dli­wego. Mleko jako tako się trzyma, ale da­leko mu do mleka praw­dzi­wego (tzn nie pod­da­nego ob­róbce w mle­czarni). Jabłka wy­glą­dają ład­nie, ale wsku­tek upo­rczy­wego opry­skiwa­nia sa­dów nie mają ani aro­matu ani wła­ści­wego smaku.

Najgorzej jest w su­per­mar­ke­tach. Można tam osta­tecz­nie ku­po­wać cu­kier, ale i to nie jest pewne, bo­wiem pro­duk­cja się roz­dwoiła – na półki w su­per­mar­ke­tach produ­kuje się wg osob­nej tech­nologii.

Przyczyną tego zja­wiska jest po pro­stu... nie­wy­bred­ność szero­kich rzesz kon­su­men­tów. Za­tra­cili za­pewne smak i nie czują tego co je­dzą. A może: „A niech bę­dzie i ... byle nieco mniej za­pła­cić” ?

Co za­miast wę­dlin:

Należy ku­pić kawał mięsa na targu (nie w su­per­mar­ke­cie) i ugo­to­wać bądź upiec. Je­śli weź­miemy pod uwagę skład, ja­kość i smak – wcale nie wy­cho­dzi to dro­żej od „wę­dlin”. A i fa­tyga jest nie­wielka.

Wspo­mnie­nie o „Ko­ziołku”:

W głę­bokim PRLu był na rynku ser zio­łowy „Ko­zio­łek” (małe twarde stożki o wy­so­kości ca 10 cm).

Tarło się go na tarce, nad ka­napką. Coś wspa­nia­łego – żadne par­me­zany nie umy­wają się do niego.

Niestety, na obecne czasy byłby za dobry (i za­pewne zo­stałby sfał­szo­wany).

 

ANABIS

12 IX 2008

Stopowa­nie na mi­li­par­seku

W jednym z opo­wia­dań Stanisława Lema o pi­lo­cie Pi­rxie lu­xu­sowy pa­sa­żer­ski sta­tek ko­smiczny otrzy­muje pole­ce­nie  prze­rwa­nia rejsu i wyru­sze­nia na ra­tu­nek. W na­wi­ga­torni pada py­ta­nie „Czy damy radę za­sto­po­wać na mi­li­par­seku?”. Od­po­wiedź jest twier­dząca, z czego wy­nika że miej­sce kata­strofy jest odle­głe o około je­den mili­par­sek. Sta­tek zmie­nia kurs i wy­ru­sza na ra­tu­nek.

Na oko wy­gląda to sen­sow­nie; na wszelki wy­pa­dek – po­liczmy:

Parsek to odle­głość, którą świa­tło prze­bywa w po­nad 3 lata (do­kład­niej: w 1191 dni).

Na miliparsek zu­żyje więc świa­tło 1000 razy mniej czasu – czyli po­nad 1 dzień.

Statek był oczy­wiście o wiele wol­niej­szy – miał pręd­kość po­dróżną = 10 ty­sięcy km na se­kundę, czyli był 30 razy wol­niej­szy od świa­tła, a za­tem do­tar­cie do miej­sca kata­strofy za­bra­łoby mu po­nad mie­siąc ! (z czego ostat­nie kilka dni mu­siał­by zu­żyć na ha­mo­wa­nie). Po­nad mie­siąc! A jak jest w opo­wia­da­niu? Sta­tek na­wią­zuje kon­takt wi­zu­al­ny z miej­scem ka­ta­strofy już po kilku(nastu) go­dzi­nach lotu ha­mo­wa­nego.

Lapsusów takich jest w fan­ta­styce za­trzę­sie­nie. Au­to­rzy w go­rączce twór­czej wsta­wiają liczby ta­kie ja­kie pod­suwa im roz­tar­gniona muza, nie ra­cząc wy­ko­nać ele­men­tar­nych szkol­nych osza­co­wań.

W ogóle do wszelkich po­da­wa­nych liczb – także w nie­fan­ta­styce! – na­leży pod­cho­dzić z nie­uf­no­ścią; nie za­wa­dzi spraw­dzić je sa­memu, aby przeko­nać się cho­ciażby czy jesz­cze po­tra­fimy ra­cho­wać.

Szcze­gólnie trzeba uwa­żać kiedy czy­tamy o „bi­lio­nach dola­rów”. Wielu dzien­ni­ka­rzy nie wie, że w USA bi­lion to 1000 mi­lio­nów i – ba­ga­telka – po­dają pol­skiemu czy­tel­ni­kowi kwoty ty­siąc razy więk­sze.

Główna za­sada go­spo­darki pań­stwo­wej

W owym czasie – dziś już może nie – główną za­sadą go­spo­darki pań­stwo­wej było „stehlen und steh­len las­sen”. Kraść i po­zwo­lić kraść. Piękna po­ko­jowa za­sada.

Ten dobry sys­tem miał jed­nak jed­nego wroga, a mia­no­wi­cie pewną fran­cu­ską za­sadę. Co tu dużo ga­dać, Fran­cuzi są we wszyst­kim wro­gami Niem­ców. „Ótes–toi que je m'y mette”. Co w swo­bod­nym tłu­ma­cze­niu zna­czy: „Od­suń się, niech i ja się na­kradnę”.     Mor Jokai "Złoty czło­wiek"  (ca 1890)

Skoro jest wzór na Pro­cent Skła­dany, czas by ktoś uło­żył wzór na Pro­cent Kra­dziony oraz Mar­no­tra­wiony. Oba te pro­centy wy­dają się być im­ma­nentną ce­chą wszel­kich ludz­kich przedsię­wzięć doko­ny­wa­nych przez or­gani­za­cje zhie­rar­chi­zowane (już przy bu­do­wie pira­mid z pew­no­ścią...), a nie­stety duże przed­się­wzię­cia mogą być zre­ali­zo­wane tylko przez ta­kie wła­śnie or­ga­ni­za­cje.

Jest nowelka Cze­chowa (za­po­mnia­łem ty­tułu; może ktoś przypo­mni) w któ­rej grupka akcjo­na­riu­szy ma­łego przed­się­bior­stwa bie­dzi się jak za­po­biec ko­lej­nej de­frau­dacji. Ka­sjer – trzeci z ko­lei – przy­znaje się ze skru­chą, że – już po raz drugi – skusiły go roz­ko­sze tego świata (ko­biety, wino, śpiew). Zroz­pa­czeni ak­cjona­riu­sze obie­cują mu końcu do­star­czać te roz­ko­sze gra­tis (wino, ad­re­siki itp), byle tylko po­wstrzy­mał się od nad­we­rę­ża­nia kasy.

Stąd też wy­wo­dzą się ol­brzy­mie pen­sje me­nadże­rów wiel­kich firm. Za­pewne znala­złby się zdol­niej­szy ochot­nik do pracy za pen­sję znacz­nie niż­szą, ale jest niemal pewne że z bie­giem czasu uległby po­ku­sie. Je­śli na­wet nie miałby moż­li­wo­ści de­frau­da­cji, to zo­stałby prze­ku­piony przez firmę kon­ku­ren­cyjną w celu do­kona­nia sabo­tażu w in­tere­sach pra­co­dawcy.

Polskie –ski po an­giel­sku ?

Skąd wzięło się pisa­nie po an­giel­sku Ko­wal­sky za­miast Ko­wal­ski, Sla­win­sky za­miast Sla­win­ski itp ?

(przecież an­giel­skie sky brzmi jak pol­skie skaj, a an­giel­skie ski [narty] wy­ma­wia się jak pol­skie ski).

Jest to zdaje się ma­niera dość świeża, bo wi­dzia­łem kie­dyś stare książki an­glo­ję­zyczne w których pol­skie ski pi­sano po pro­stu ski. No i do­tąd w USA obcho­dzi się Pu­la­ski Days (nie Pu­la­sky Days).

Jak na­uczał hi­storii mój na­uczy­ciel w li­ceum

Przez 4 lata dyk­tował swój wła­sny kurs hi­storii – głów­nie skon­den­so­wane fakty; niemal zero oceny i in­ter­pre­ta­cji. Wy­da­wa­nie lek­cji pole­gało na do­słow­nym od­two­rzeniu te­matu z pa­mięci – nie wy­ma­gał, ani na­wet nie tole­ro­wał, żad­nego „my­śle­nia hi­sto­rycz­nego”; nale­żało po pro­stu po­wtó­rzyć.

Aby na­dą­żyć z no­to­wa­niem wy­pra­co­wa­łem so­bie sys­tem „ste­no­gra­fii hi­sto­rycz­nej”, spro­wa­dza­ją­cy się do wiel­kiej ilo­ści skró­tów (np F=Fran­cja, P=Pol­ska) i róż­nych sym­boli gra­ficz­nych.

Tę metodę na­ucza­nia nie­któ­rzy ostro kry­ty­ko­wali („czy­sta pa­mię­ciówka; nie uczy myśle­nia”).

Po latach uzna­łem jed­nak, że była to me­toda bar­dzo do­bra, ba – na­wet je­dyna wła­ściwa !

Przecież naj­więksi filozo­fo­wie mają ol­brzy­mie kło­poty z in­ter­pre­tacją i oceną pro­ce­sów hi­sto­rycz­nych ! jak więc wy­ma­gać tego od nie­do­świad­czo­nego na­sto­latka. Na­leży więc wbić mu w głowę na­razie fakty. Je­śli jest głupi bądź bę­dzie umy­słowo ocię­żały, to przy­najm­niej one mu po­zo­staną. A je­śli bę­dzie miał skłon­ność do myśle­nia, to z czasem za­cznie mu coś świ­tać. Po­nadto w obu przy­pad­kach unie­za­leż­niony bę­dzie od in­ter­pre­ta­cji na­rzu­ca­nej przez bie­żącą wła­dzę poli­tyczną.

Hitler ura­to­wał Eu­ropę

Przed czym? Przed sowie­ty­zmem. Czy z do­brego serca? By­najm­niej. Aby ura­to­wać III Rze­szę.

Desperacki atak w 1941 był JE­DYNĄ szansą nazi­stow­skich Nie­miec. Bez niego wkrótce ru­szy­ła­by po­tężna ofen­sywa so­wiecka – zmiaż­dży­łaby Niemcy i za tym samym za­ma­chem usta­nowi­łaby w CA­ŁEJ Eu­ro­pie „wła­dzę rad”. Zwią­zek So­wiecki obej­mo­wałby dzi­siaj Por­tu­ga­lię, Wło­chy, Gre­cję,... i może na­wet Wy­spy Bry­tyj­skie. Atak Hi­tlera zniweczył przy­go­to­wy­waną ofen­sywę i w efek­cie Sta­lin zdo­był zale­d­wie ka­wa­łek Eu­ropy. Co po­zwo­liło ZSSR na prze­trwanie tylko do 1989.

Jest to oczy­wi­sty wnio­sek z ksią­żek Wik­tora Su­wo­rowa: „Lo­do­la­macz” „Dzień M” „Ostat­nia re­pu­blika”. Zdema­sko­wały one wy­ho­do­wane przez So­wiety fał­szer­stwo, ja­koby II Wojnę Świa­tową wy­wołał hi­tle­ryzm (sic!). Tym­cza­sem roz­cią­gnię­cie „wła­dzy rad” na ca­ły świat (czyli pod­bój świata) było od sa­mego po­czątku głów­nym i wcale nie­taj­nym ce­lem bol­sze­wi­ków. W tym celu roz­po­częli nie­sły­cha­nie in­ten­sywne zbro­je­nia i sta­ran­nie pod­sy­cali roz­wój hi­tle­rymu jako za­palnika wo­jen­nej po­żogi, z final­nym akor­dem w po­staci paktu Ri­ben­trop–Moło­tow.

 

ANABIS

27 XII 2008

Jak cię wi­dzą, tak pra­cujesz

Kiedyś za­cząłem pra­cować w pew­nej (sztyw­nej i po­ważnej) in­sty­tucji pań­stwo­wej, w dziale wy­ma­gającym nieco umie­jęt­no­ści kon­cep­cyj­nych. Pra­co­wałem w stylu: go­dzina kon­cep­cyjna, 15 minut prze­chadzki w są­siednim parku. Ale tylko ja jeden by­łem taki. Np pan który siedział przy są­sied­nim biurku nie­prze­rwanie coś pisał i pi­sał, a biurko miał za­wa­lone pa­pie­rami. Po ty­go­dniu, kiedy już się oswoiłem, za­gad­ną­łem go, co tak ciągle pisze i pi­sze. Dał mi to do po­czy­ta­nia, a kiedy przej­rza­łem, stwier­dziłem, że pro­dukuje bez­war­to­ściowe wo­dolej­stwo. Zdumia­łem się, ale zmil­cza­łem.

Kiedy powie­dzia­łem o tym pewnej oso­bie o po­kole­nie star­szej, ta ura­czyła mnie taką aneg­dotką:

Po wojnie stu­diowałam i jedno­cze­śnie praco­wa­łam jako bu­chal­terka w małej fir­mie. Pracy było (na szczę­ście) bar­dzo nie­wiele, to­też dzi­wiłam się, że druga bu­chal­terka nie­ustan­nie coś pisze i pi­sze. Kiedy za­gad­nę­łam ją o to, poło­żyła pa­lec na ustach i po­wie­działa tak: „Pani Mario, ja rzeczywi­ście mało mam do ro­boty, ale co so­bie szef po­myśli kiedy będę sie­działa bez­czyn­nie. Więc jak coś napi­szę, to po­wle­kam li­tery po raz drugi, trzeci, czwarty – aby było wi­dać, że pra­cuję”.

Wpadłam na po­mysł, aby przepi­sy­wała mi no­tatki z wy­kła­dów. Ucieszyła się..

Ostatni ton

Teraz już b.rzadko sły­szy się Hej­nał Kra­kowski (po­prze­dzony poda­niem do­kład­nego momentu 12:00:00 ).

Dawniej po­da­wano to tak: „Ko­niec piątego (?siód­mego) tonu wyzna­cza go­dzinę 12:00”, a kilka lat temu do­wie­dzia­łem się, że zmie­niono to na „Ko­niec ostat­niego tonu wy­zna­cza...”. In­for­ma­tor po­wie­dział, że na­pisano już o tym do Roz­gło­śni i ten „Po­lish joke” wkrótce znik­nie.

Gdzie tam! Nadal jest; nie­dawno mia­łem oka­zję usły­szeć to na wła­sne uszy.

U notariu­sza

Kiedyś pewna firma z USA przy­słała mi formu­larz umowy do za­ak­cepto­wania przeze mnie, w któ­rym było spe­cjalne okienko na mój pod­pis i po­świadcze­nie no­ta­riu­sza, że jest to na­prawdę mój pod­pis.

Sekretarz no­ta­riusza oświad­czył, że mam wiel­kie szczę­ście, iż pani nota­riusz zna an­gielski. Na moje zdzi­wie­nie: „A co to ma do rze­czy? Skoro no­tariusz po­twier­dza TYLKO mój pod­pis, to reszta mo­gła­by być i po chiń­sku! Wy­star­czy że no­ta­riusz na­pi­sze tylko w ja­kimś ję­zyku, że JEST TO MÓJ POD­PIS. Na­wet je­śli b.słabo zna angiel­ski czy francu­ski, to tak pro­ste zda­nie chyba na­pisać po­trafi.”

Usłyszałem to co zwykle: „No tak, ale wie Pan – tak nam każą” (ra­czej ewi­dentne kłam­stwo albo głupota).

Podpisałem się gdzie trzeba, a pani no­tariusz po­świad­czyła. Ale nie w prze­zna­czo­nym na to miej­scu, broń Boże. Na końcu ca­łego tek­stu przy­sta­wiła wielką pie­czątkę (na pół strony) a kilka pu­stych pół w pie­czątce wy­pełniła ręcz­nie. Wszystko po pol­sku! Wy­glą­dało to tak idio­tycz­nie, że w końcu nie wy­sła­łem tego do USA (po­ra­dzi­łem sobie ina­czej). Nie chciałem da­wać Amery­ka­nom okazji do uło­że­nia no­wego „Po­lish joke”.

W bankach

W centrum W–wy (gdzie miesz­kam) jest zatrzę­sienie ban­ków. Od czasu do czasu odwie­dzam kilka z nich w kwe­stii – przy­znaję to – z re­guły nie­ty­po­wej. A oto moje przy­gody w ostat­nich la­tach:

1) Przygoda z czekiem ban­kier­skim:

Pewna firma z USA przyj­mo­wała wpłaty tylko w po­staci cze­ków (dziwne ale praw­dziwe). Nie mia­łem niestety ksią­żeczki cze­ko­wej, ale to dro­biazg: udam się do banku i kupię czek banku na te 40$ (na­zywa się to cze­kiem ban­kier­skim). W pierw­szych trzech ban­kach o czymś takim nie sły­szano („My je­ste­śmy uczci­wym ban­kiem...”). W czwar­tym sły­szano, ale „Takie czeki wy­sta­wiamy tylko tym, któ­rzy mają u nas konto” (?chyba jed­nak nie­zbyt wie­dzieli o co cho­dzi). W pią­tym hurra – sły­szano i wy­sta­wią, za 50 zł. Dość słono, ale niech tam.

Urzędnik nie za­akceptował kar­teczki na której wypi­sa­łem wszyst­kie dane do czeku, lecz wrę­czył mi b. ob­szerny for­mu­larz do wy­peł­nie­nia (z miej­scem na moje dane perso­nalne), a po­nadto po­wiedział że mu­szę się wylegi­tymo­wać (!?). Nie pomo­gło moje stwier­dze­nie, że prze­cież to JA płacę, że kwota jest drobna, i że 50 zł całkowi­cie wy­star­cza na to aby SAMI so­bie wy­pełnili ten for­mularz. Wście­kłem się i wy­sze­dłem. Osta­tecz­nie mu­sia­łem za­wró­cić tym głowę znajo­memu w USA.

Przed­tem urzęd­nik ten za­pro­pono­wał, że­bym otwo­rzył so­bie u nich konto. Bę­dzie pro­ściej, do­stanę ksią­żeczkę cze­kową – a wszystko to po­trwa kilka mi­nut. Spodo­bało mi się to, ale kiedy zapro­wadził mnie do ko­le­żanki, spu­ścił z tonu – oka­zało się, że zało­że­nie u nich konta trwa TRZY mie­siące [ !!!! ].

2) Przygoda z kontem de­po­zy­to­wym:

Kiedyś cho­dził mi po gło­wie po­mysł na pe­wien biz­nes usłu­gowy, wyma­ga­jący (nie­stety) za­in­we­sto­wa­nia ze 100 ty­sięcy zło­tych. No i była oczywi­ście groźba, że chętnych będzie zbyt mało.

Co robić? Wy­koncypo­wa­łem coś ta­kiego:

– Najpierw szu­kam klien­tów i zbie­ram od nich przed­płaty na usługę.

– Płacą nie mnie, lecz na spe­cjalne konto w banku. Bank rę­czy (np w ne­cie), że po okre­ślo­nym ter­mi­nie prze­zna­czy pie­nią­dze na zreali­zo­wanie usługi (np zapłaci drukarni za wydrukowany album, informator, książkę,...) albo zwróci pie­nią­dze klientom.

Wydawało się, że wszystko jest OK. Wszyscy są za­bez­pie­czeni, a ja, je­śli nie wyj­dzie, stracę nie­wiele.

Już w pierw­szym banki usły­sza­łem, że musie­liby mieć do mnie wielkie za­ufanie, aby pójść na coś ta­kiego. W na­stęp­nych było niele­piej – w ogóle nikt nie zrozu­miał o co chodzi.

Potem do­wie­działem się, że jest to metoda znana i sto­so­wana na świecie pn „konto depo­zy­towe”.

3) Przygoda z we­kslem:

Znajomy z pro­wincji za­dzwonił do mnie, abym ku­pił mu we­ksel, do­kład­niej: blan­kiet we­kslowy.

Na moje zdziwie­nie („prze­cież wy­starczy na ka­wałku pa­pieru”) od­po­wiedział, że świet­nie o tym wie, ale je­śli wy­stawi we­ksel na ja­kimś „urzę­do­wym” blan­kiecie, wzbudzi to więk­sze za­ufa­nie.

Odwiedziłem więc kilka ban­ków i do­wie­dzia­łem się, że ta­kie blan­kiety kie­dyś mieli, ale te­raz nie mają. Nie by­łoby w tym nic tak b.dziwnego, gdyby nie to że jed­no­cze­śnie oświad­cza­no mi zdecy­do­wa­nie, że weksel musi być wy­pisany na blan­kie­cie spe­cjalnym, bo ina­czej jest prawnie nieważny.

 

 

ANABIS    12 IX 2010

Reforma palatalizacji (czyli o pisowni zmiękczeń)

Litera „i” jest używana we współczesnej polszczyźnie na 4 sposoby:

1) jako samogłoska:   bitwa  sinus  silos  kij  donica sicz

2) jako zmiękczenie spółgłoski poprzedniej:  ciasto  zieleń  siano

3) jako jednoczesne 1) i 2):   zima  siła   ciskać

4) jako spółgłoska „j”:   kielnia  wiosna  diabeł (djabeł dyabeł)

Co do przypadku 4) to fonetycy twierdzą, że nie ma tu spółgłoski „j”, lecz jest „słabe zmięk­cze­nie” („kielnia” = „k’elnia”,  „wio­sna” = „w’osna”).  Jest to jednak „naukowy wymysł”, jako że żaden (współ­czesny) Polak nie po­trafi od­różnić w wy­mo­wie „kjel­nia” od „k’elnia”, a ponadto słowo „diabeł” pisze się często również jako „djabeł”, a daw­niej pi­sano po­wszechnie „dyabeł”.

Szczerze pisząc, powyższe stwierdzenie jest nieco wątpliwe – wydaje się bowiem, że można również po­trak­tować takie „i” jako słab­sze zmięk­czenie (w przypadku „kropić” „kropielnica” nawet chyba trzeba). Z drugiej strony spójrzmy na dawniej­sze pisownie – hi­storja, hi­storji, historyj – oraz słowa „dyalog” „dya­ment” w baj­kach Krasic­kiego, a w „Dzia­dach” –  legijo­nista  wigilija  wigiliji  feldje­ger  patryjar­cha  kura­cyja. Ponadto w języku śląskim (?) pisze się „mjasto” „bjelizna”.               16 IX 2010

Wynikają z tego wszystkiego dwie możliwości zreformowania pisowni:

AAA:

Zamiast zmiękczania przez „i”, zmiękczać przez stosowanie „ć” „dź” „ń” „ś” „ź”

(czyli pisać „ćasto” „śano” „źima” „ćiskać”, natomiast „sinus” „bitwa” „do­nica”)

Korzyści:

1) uproszczenie – znikają przypadki 2) oraz 3), co już samo w sobie jest ko­rzystne

2) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: sinus, circa, sicz

NB zetknąłem się z wymową „śinus” (!)” „śingleton” (!) „ćirca” (!), no i do dzisiaj nie wiem czy wymawia się „śicz” czy też „s’icz”.

3) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: zima,  siano, cia­sno

Niby jest oczywiste jak je należy wymawiać, ale tylko wtedy kiedy się już wie.

Cudzoziemiec i uczące się czytać dziecko, mogliby wymawiać je bez zmięk­czenia („s–jano”) bądź przez do­dat­kową sa­mo­głoskę („śi–ano”) – i trudno byłoby im coś zarzucać (no bo skąd mieliby to wiedzieć bez wcze­śniej­szego usły­szenia).

Zaszłości:

1) Nie jest to bynajmniej propozycja nowa – widziałem dwie polskie książki wydane ze 100 lat temu (niestety nie za­no­to­wa­łem ja­kie) w któ­rych tak wła­śnie zmiękczano. Widziałem także próby takiego pisania w kilku później­szych tek­stach.

2) Dwukrotnie zaobserwowałem jak uczące się dziecko pisało „śano” „śę” „ćało”. Zupełnie słusznie i logicz­nie – do­póki do­rośli nie skło­nią je do porzu­cenia tego „błędu”.

BBB:

Zamiast stosować „i” spółgłoskowe (przypadek 4), stosować „j”

(czyli pisać  „kjelnia” „wjosna” „djabeł” „bjały”)

Korzyści:

1) ukonsekwentnienie – skoro jest spółgłoska piszmy spółgłoskę

2) dalsze uproszczenie – „i” będzie służyć wyłącznie jako samogłoska

3) znikają wątpliwości co do wymowy takich wyrazów jak: kielnia, wiosna

Niby jest oczywiste jak je należy wymawiać, ale tylko wtedy kiedy się już wie.

Cudzoziemiec jak również uczące się czytać dziecko, mogliby wymawiać je z dodatkową samogłoskę („ki–el­nia” „wi–osna”) – i trudno byłoby im coś za­rzucać (no bo skąd mieliby to wiedzieć bez wcze­ś­niej­szego usły­szenia).

UWAGA

Daleki jestem od myśli o dekretowaniu pisowni przez jakiś komitet językowy. Najlepiej aby zwyczaje zmie­niały się stop­niowo i samo­rzut­nie. W tym przy­padku zastosowanie tych propozycji nie spowo­duje żadnych niepo­rozu­mień w rozu­mie­niu tekstu ani w wymowie, za­tem – komu wola, niech spró­buje tak pisać.

 

Lewica a Prawica

ANABIS    22 XI 2018

Zobaczmy co powiedział w tej kwestii Stanisław Lem w „Altruizynie”:

Klapaucjusz: [ do Przedstawiciela NFR (Najwyższej Fazy Rozwoju) ]

„Obowiązkiem waszym jest zlikwidować natychmiast wszelkie cierpienia, troski, nieszczęścia, jakie trapią istoty wam po­dobne,...”

Przedstawiciel NFR:

„Przedmiotem tym [uszczęśliwianiem] zajmowaliśmy się gruntownie około piętnastuset wieków temu. Dzieli się on na feli­cy­tologię nagła, czyli niespodziewaną, i powolną, czyli ewolucyjną. Ewolucyjna polega na tym, aby i palcem nie ru­szać, w prze­świadczeniu iż każda cywilizacja tak czy inaczej powolutku sama sobie da radę; w spo­sób nagły zaś można uszczęśli­wić albo po dobremu, albo siłą. Uszczęśliwianie siłą sprowa­dza, jak wykazuje ra­chunek, sto do ośmiu­set razy więcej nie­szczęść niż powstrzymywanie się od wszelkiej ak­tywno­ści. Po dobremu zaś uszczęśliwiać też nie można, bo – aczkolwiek wydaje się to dziwne – skutki są ta­kie same,...

To chyba rozjaśnia różnicę między Lewicą a Prawicą.

 

A teraz w opowiadaniu „Kobyszczę”:

„Zwiększył [Klapaucjusz]  z kolei potencjał Dobra; zaraz ofiarną zrobiła się społeczność; każdy leciał tam pę­dem przed sie­bie, żywo rozgląda­jąc się za takimi, których dolę wypada polepszyć, a specjalny był popyt na wdowy i sie­roty, szcze­gólnie po ociemniałych. Takim atencjami je otaczano, takie im świadczono dusery, że poniektóre biedac­twa chroniły się za mo­sięż­nym zawiaskiem puzdra, i miał już przed sobą istną cy­wilizacyjną zawieruchę. Niedobór sierot i nędzarzy spo­wodo­wał bo­wiem kryzys,...”

To wyjaśnia czemu istnienie nieszczęśliwych jest Lewicy potrzebne, i jak wielkim ciosem było dla niej znik­nięcie z areny XIX–wiecznego fa­brycznego proletariatu.

 

Kobiety a Mężczyźni

ANABIS    22 XI 2018

Ja to widzę tak:

Odmienność umysłowa obu płci rzecz jasna istnieje i jest uwarunkowana genetycznie. Kiedy mężczyźni wychodzili na polowanie (mamuty itp), ktoś musiał zostać z maleństwami, ktoś musiał dać im piersi ! (nie było wtedy sztucznego mleka), ktoś musiał być cierpliwy i łagodny.

Bez kobiet–troskliwych opiekunek dzieci by nie przeżyły i rodzaj ludzki by wyginął.

Bez mężczyzn–myśliwych zabrakłoby mięsa i rodzaj ludzki też by wyginął.

Polowanie to walka i agresja; opieka nad dziećmi to łagodność, czułość  i cierpliwość.

Polowanie to wyjście na świat i konieczność wysiłku umysłowego jak podejść zwierza.

Opieka nad dzieckiem to cierpliwe siedzenie w jaskini i nieustanna czuła troska o dzieci.

Nic więc dziwnego, że kobiety są na ogól mniej wydolne umysłowo i mniej twórcze.

I bardzo dobrze! bo właśnie dzięki temu zdolne są do cierpliwego niańczenia dzieci.

A męczyźna oseskowi piersi nie poda, a i do nieco starszego dziecka też czasem nie ma cierpliwości.

I dlatego:

Kiedy widzę kobietę–policjanta z pałką u boku bądź karabinem przechodzą mnie ciarki.

dusze

Niefrasobliwość? nieumiejętność? czy troska o nasze dusze?

 

9 XII 2018

Pod http://czytaj.net/varia/Obrona%20astrologii.htm podano zabawny przykład jak publicyści liczą, a raczej nie raczą policzyć. Zapewne czynią to  z troski o nasze dusze – abyśmy porzucili zabobon astrologii. Takie „niefrasobliwości” rachunkowe zdarzają się dziennikarzom dość często. Przecież oni tylko „donoszą” –  więc po co mieliby zawracać sobie głowę wiarygodnością wyliczeń? Jeśli liczby odpowiednio czytelnika ukierunkowują, to już dobrze. Przecież dziennikarz jest „inżynierem dusz ludzkich”, więc powinien dbać aby dusze wyznawały poglądy właściwe. Jeśli zdamy sobie z tego sprawę, do wszelkich liczb ogłaszanych w mediach powinniśmy podchodzić z nieufnością –  najlepiej je sprawdzić, a przynajmniej nie dowierzać. Kto wie, ile bzdurnych liczb podawanych jest w związku z Globalnym Ociepleniem? Przecież to tak szlachetna troska, że nie zaszkodzi ludzi trochę postraszyć i podawać liczby np 100 razy większe!

Zbrojni w to ostrzeżenie, zapoznajmy się z najświeższym doniesieniem portalu Onet.pl:

W latach 1990–2016 dopłaciliśmy do górnictwa nawet 230 mld zł, czyli 8,5 mld zł rocznie. Każdy Polak dopłacał do wydobycia węgla co roku średnio 1910 zł. Według raportu NIK, w latach 2007–2015 górnicy odprowadzili w podatkach 64,5 mld zł. W tym samym okresie państwo dopłaciło spółkom górniczym m.in na emerytury 65,6 mld zł, czyli o 1,2 mld zł więcej.

Najpierw dzielimy 230 mld przez 27 lat – wychodzi 8,5 mld, czyli OK. Teraz dzielimy to przez ilość Polaków (38,4 mln) i wychodzą tylko 222 zł, a podają 1910. Tylko 8,6 raza więcej! Ale cóż znaczy dla dziennikarza taka bagatelka – gdyby było 50 razy więcej, to może by się zreflektował.

A teraz te dane z raportu NIK.

Czemu podają teraz okres 9 lat (2007–2015), skoro wcześniej napisali o okresie 27 lat (1990–2016)? Ale cóż to jest te pominięte 18 lat? – 2/3 całości to tyle co nic, przynajmniej dla dziennikarza. A może raport NIK dotyczył tylko tego krótszego, a za ten dłuższy sobie wyextrapolowali? No to pomnóżmy te dopłacone przez państwo 65,6 mld razy 3 – wychodzi 190,6 mld – czyli 39,4 mld mniej! Ot taka bagatelka.

Zaraz, zaraz... przecież zwykle chodzi o to jaki jest zysk z interesu per saldo, a tutaj okazuje się że państwo dołożyło do górnictwa tylko 1,2 mld (no dokładniej 1,1, ale o 100 mln to już naprawdę nie ma o co podnosić rabanu). Zatem gdyby wpływ z podatków wynosił 1000 mld, a dopłaty 1001,1 mld – wyszłoby dokładnie na to samo (!), a kwota dopłat byłaby o wiele bardziej przerażająca.

I szkoda że tak nie było – bo doniesienie byłoby o wiele bardziej sensacyjne, więc tytuł mógłby być znacznie większy.

A tak to wychodzi że każdy Polak dołożył do górnictwa zaledwie 3,20 zł rocznie! (1,1 mld : 38,4 mln : 9 lat)

Wprawdzie zapłacił górnikom znacznie więcej, ale olbrzymią większość tego przecież mu oddali.

Oczywiście Polak wolałby coś na górnictwie zarobić – chociażby 1 zł – bo węgiel pod ziemią polską jest zdaje się wspólną własnością wszystkich Polaków. Dawniej podobno zarabiał, a teraz... a może by kopalnie sprywatyzować?

gruba             

W Grubej Kaśce

ANABIS

13 XII 2018

Tak się nazywał jeden z wielkich barów samoobsługowych, w Warszawie. W końcowych czasach komuny zdarzyło mi się, że zajrzałem do niego aby zjeść coś obiadowego. Nie zwracając uwagi na wielki upał (grożący nieświeżością potraw mięsnych – czego byłem świadomy) niefrasobliwie wziąłem pierożki z mięsem. Kiedy spróbowałem, nieomal zemdlałem... nie to że mięso było odrobinkę nieświeże – było przeraźliwie zepsute! jak można było coś takiego w ogóle serwować??! co za sens?

Odniosłem pierożki gdzie trzeba; bez słowa zwrócono mi natychmiast pieniądze, dodając: "Jest pan pierwszy, który reklamuje"

Ale bezczelnie kłamią! ale że nie miałem siły na awanturkę, coś mnie tknęło i postanowiłem to sprawdzić...

Obserwuję jakąś babinę, co wzięła pierożki. Je spokojnie jak gdyby nigdy nic. No cóż – pomyślałem – jest bardzo stara, więc chyba straciła smak. Zobaczę jak inni.

Następnie młody facet o wyglądzie parobka. Spróbował, skrzywił się i zdecydowanie odstawił. Podchodzę do niego i wyjaśniam że może je zwrócić, że otrzyma zwrot pieniędzy przynajmniej. Popatrzył na mnie baranim wzrokiem i nic. No cóż – myślę – widocznie jest nieobyty i wstyda się.

Z kolei widzę małżeństwo w średnim wieku, wyglądające całkiem–całkiem. Pierożki je ona – spróbowała, zastopowała i powiedziała coś do męża. On spojrzał na nią z góry, jakby z wyższością – przysunął pierożki i zajada je... aż mu się uszy trzęsą. Nie wytrzymałem – podszedłem i coś mu przygadałem.

I tak na własne oczy przekonałem się, jak ludzie potrafią być niewybredni, jak obrzydliwe rzeczy potrafią jeść, i jak się nie szanują.

A teraz druga przygoda, potwierdzająca...

Koło domu odkryłem restaurację i zacząłem do niej przychodzić z 7–latkiem po szkole na obiady. Były bez zarzutu i bardzo smaczne – jak staranne domowe. Trwało to ze 2 tygodnie, po czym obiady zaczęły stawać się coraz gorsze, a jednocześnie na coraz większej ilości stołów zaczęły  pojawiać się butelki z wódką. W końcu nie dało się już dłużej wytrzymać; a tak było wspaniale!

Rozżalony poszedłem do właścicielki i pytam, co się dzieje? Powiedział mi tak: "Dotąd nie miałam zezwolenia na podawanie alkoholu, a teraz już mam. A obiady... niech pan na nich spojrzy [tu wskazała na tych pijących] – jak wypiją, to zjedzą byle co, więc po co mam się wysilać?"

I rychło potwierdziło to się u moich znajomych...

Po turnieju brydża, poszliśmy w trójkę do restauracji na drobną przekąskę z odrobiną alkoholu.

Wzięliśmy tatar, ale że był już polany jajkiem, wzbudziło to moją podejrzliwość – odsunąłem jajko, spróbowałem – no tak, nieświeży, a dla ukrycia zapaszku już polany jajkiem. Powiedziałem o tym kolegom, ale nic to – zjedli. A myślałem że są z kategorii tych lepszych.  

  

Anabis

Następna Anabis

              

Co nowego...

do Czy­taj!

do Spisu

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości

2 Grud­nia 2002