Ana­bis 3                                  

 ANABIS

   16 Wrze­śnia 2010

„Polacy nie gęsi”  

Mikołaj Rey napi­sał on­giś:

„A nie­chaj na­ro­do­wie wżdy po­stronni znają, iż Po­lacy nie gęsi, iż swój język mają”

co wielu wielce po­tem za­dzi­wiło:

„Co też ten Rey po­wypi­sy­wał? Prze­cież wia­domo, że gęsi to nie ryby i ję­zyk mają!”

Mędrko­wano, mę­dr­ko­wano aż wreszcie wy­my­ślono i obec­nie w Wi­ki­pedii znaj­duje się taka kwint­e­sen­cja tych wymy­słów:

„W po­słaniu tym au­tor, zgod­nie z ide­ałami Re­for­ma­cji, daje do zro­zu­mie­nia, że Po­lacy mają nie ję­zyk gęsi (ła­cinę, na­zy­waną tak od brzmie­nia jej wy­mowy, od gę­sich piór uży­wa­nych ów­cze­ś­nie do pi­sa­nia, a w kon­tek­ście le­gendy o gę­siach, które obro­niły Rzym) lecz swój wła­sny, pol­ski i tym sa­mym de­kla­ruje kultu­rową i poli­tyczną nie­za­leż­ność Rze­czy­po­spoli­tej od pa­pie­skie­go Rzymu

Wprawdzie Rey przy­stąpił do Re­forma­cji, jednak przy­pi­sy­wa­nie mu aż tak po­li­tycz­nego wy­dźwię­­ku tych słów jest nie­zmier­nie wy­du­maną prze­sadą, a 3 do­dat­kowe ar­gu­menty są wydu­mane wręcz śmiesz­nie:

1) brzmienie łaciny w ni­czym nie przy­po­mina gę­ga­nia (już prę­dzej można by to napi­sać o fran­cuz­czyź­nie) i nie można zna­leźć by ktoś w epoce Re­ne­sansu tak ła­cinę okre­ślał

2) gęsie pióra? - a co to ma wspól­nego z ich „języ­kiem”, poza tym że doty­czy gęsi

3) gęsi które oca­liły Rzym? – jesz­cze go­rzej.

Niektórzy brną w kom­pletny idio­tyzm:

„Mó­wiąc „gęsi ję­zyk” Rej miał na my­śli ję­zyk tych wszyst­kich, któ­rzy ule­gali wpły­wom cu­dzo­ziem­skim, któ­rzy mó­wili i pi­sali żar­go­nem, któ­rzy gę­gali, czyli beł­ko­tali. Nie­wy­klu­czone, że wprost na­zy­wał „gę­sim ję­zy­kiem” ła­cinę (sfery wy­kształ­cone po­sługi­wały się nią wtedy po­wszech­nie w do­ku­men­tach pi­sa­nych)”

Jak można przypu­ścić, że Rey uwa­żał ła­cinę za „żar­gon” i „beł­kot” !!!???

A przecież jest wyja­śnie­nie cał­kiem pro­ste:

Że gęsi mają język ana­to­miczny jest oczywi­ste, więc Rey mógł mieć na my­śli tylko ję­zyk praw­dziwy (mo­wę) – taki ja­kim po­słu­gują się lu­dzie. Po­lacy nie są gę­śmi, bo TAKI język mają - tyle tylko że jesz­cze (w cza­sach Reya) bar­dzo rzadko posłu­gują nim się w pi­śmie.

A że prze­ciw­stawił Pola­ków gę­siom?... rów­nie do­brze mógłby napi­sać „Polacy nie kaczki”, ale  być mo­że aku­rat gę­ga­nie za oknem prze­szka­dzało mu w pi­sa­niu (nb gę­ga­nie jest bar­dziej iry­tu­jące niż kwa­ka­nie).

Że nie na­pi­sał przy­miotni­kowo (np „Po­lacy mają nie gęsi ję­zyk, lecz swój wła­sny”)?... Tak jak napi­sał też jest do­brze! no i wcho­dził w grę zwy­kły kło­pot po­ety, aby li­nijka miała tyle sy­lab ile trzeba, w tym przy­padku 13.

Cała ta hi­sto­ria przy­po­mina słynne Mic­kie­wi­czow­skie 44, o któ­rym też spło­dzono wiele do­cie­kań i do­my­słów, mimo iż po­dobno sam Mic­kie­wicz wy­ja­śnił Se­we­ry­nowi Gosz­czyń­skie­mu, że wsta­wił 44 ot tak so­bie. A niby co miał wsta­wić?... rym jest, brzmi to do­brze i ta­jem­ni­czo, do at­mos­fery „Dzia­dów” pa­suje – chyba wy­star­czy.

 

ANABIS

18 Wrze­śnia 2010

Ciągi dal­sze

Mark Twain dorobił kie­dyś ciągi dalsze do dwóch umo­ral­niają­cych anegdot, ale – za­pewne przez prze­ocze­nie bądź znu­dze­nie – nie dorobił cią­gów dal­szych do tak zna­nych przypo­wie­ści jak dwie po­niższe:

Przypowieść o ro­botni­kach w win­nicy

Gospodarz wy­szedł rano na ry­nek, by wy­na­jąć robot­nikó­w za 100 zł dniówki. A że pracy w win­nicy by­ło dużo, wy­cho­dził jesz­cze czte­rokrot­nie – nawet go­dzinę przed zmierzchem – i najmo­wał tych co sta­li na rynku bez­czyn­nie: „Idź­cie praco­wać w mojej win­nicy, a co będzie słuszne, wie­czo­rem wam za­płacę” A kiedy nad­szedł wie­czór dał po 100 zł każ­demu. Ci co pra­co­wali od rana obu­rzyli się, na co rzekł im: „Nie czy­nię wam krzywdy. Przecież umówili­ście się ze mną na 100 zł. Weź­cie co wa­sze i idź­cie. Czy mi nie wolno uczy­nić ze swoim, co chcę? Po­zwólcie mi być do­brym”

Ciąg dalszy:

Drugiego dnia rano go­spo­darz zastał na rynku tylko  trzech chęt­nych do pracy. Wy­chodził jesz­cze trzy razy, ale za­stawał nie­wielu wię­cej. Dopiero pod wie­czór zna­lazł do­sta­teczną ilość. Kiedy wy­pła­cił każ­demu po 100 zł, nie było tym ra­zem żad­nego szem­ra­nia, po­nie­waż ro­bot­nicy wy­najęci wcze­śniej zo­stali już dys­kret­nie po­uczeni przez wczo­raj­szych (i za­pro­szeni przez nich na nocną po­pi­jawę). Nie­mniej w win­nicy nie zo­stało wy­ko­nane to co nale­żało tego dnia wy­ko­nać.

Trzeciego dnia gospo­darz do­piero pod wie­czór zna­lazł chęt­nych do pracy – tym ra­zem bar­dzo wielu. Przez go­dzinę nie zdołali wy­ko­nać ani piątej czę­ści ko­niecz­nej na ten dzień pracy, zwłasz­cza że w na­tłoku prze­szka­dzali sobie wza­jem­nie. Każdy do­stał 100 zł – i wszyscy ra­zem zdrowo pili do nocy za zdro­wie go­spo­da­rza. Czwar­tego dnia...

Przypowieść o synu mar­no­traw­nym
Gospodarz miał trzech synów. Naj­młod­szemu znu­dziła się praca u ojca – zażądał swojej czę­ści ma­jąt­ku, po­szedł w świat i roz­trwonił wszystko na hu­lanki i la­dacz­nice. A nie mogąc nig­dzie zna­leźć pra­cy, wrócił skru­szony do domu. Ojciec nie czy­nił mu żad­nych wy­rzu­tów – przyjął go do domu, ob­da­ro­wał so­wi­cie i wy­dał ucztę z oka­zji jego po­wrotu. Starsi sy­no­wie się wzbu­rzyłi: „Nigdy nas tak nie ob­da­ro­wa­łeś ani nie wy­pra­wi­łeś nam uczty". Lecz on im od­po­wie­dział: „Wię­cej ra­duję się serce moje ze skru­chy syna marno­traw­nego niż z dwóch synów któ­rzy żyli spra­wie­dli­wie”

Ciąg dalszy:

Następnego dnia średni syn za­żądał swojej czę­ści ma­jątku. Otrzymaw­szy ją, znik­nął na rok i prze­pu­ścił wszystko na hu­lanki i la­dacz­nice (zasię­gnąw­szy przed­tem po­rady najmłod­szego, gdzie i jak czy­nić to naj­przy­jem­niej). Kiedy wrócił z (udaną) skru­chą do domu, oj­ciec nie drę­czył go wy­mów­kami, lecz ob­da­ro­wał i wy­pra­wił ucztę – skromniej wpraw­dzie, bo ma­ją­tek był uszczu­plony, a naj­młodszy przy­zwy­czaił się do le­ni­stwa. Kiedy naj­starszy syn pro­te­stował, oj­ciec rzekł: „Skoro ze skru­chy naj­młod­szego się ra­do­wa­łem, to czyż mam nie ra­do­wać się ze skru­chy śred­niego”

Następnego dnia naj­star­szy syn za­żą­dał swojej czę­ści ma­jątku, a otrzy­maw­szy ją zro­bił to co bra­cia młodsi. Kiedy po roku wró­cił, urado­wany ojciec dał mu stare buty i wyto­czył z piw­nicy be­czułkę skwa­śnia­łego wina na ucztę. Po czym wziąw­szy resztę go­towi­zny, umknął chył­kiem z domu by użyć sobie na stare lata. Kiedy wró­cił...

 

 

23 Paździer­nika 2010

Skasować „o kreskowane”

Dla tych co narzekają na męczarnie ortograficzne projekt radykalny:

SKASOWAĆ „o” kreskowane – wszędzie gdzie dotąd było „o kreskowane” pisać  i WYMAWIAĆ „o”

narod = naród (narodowy)

gwoźdź  = gwóźdź (gwoździe)

osemka = ósemka  (osiem)

moj = mój (moje)

kłotnia = kłótnia

kłopotow = kłopotów  (nieco dziwnie, ale ujdzie)

woda = woda albo... wóda 

(to ostatnie to chyba jedyny kłopot, no ale z wódy można zrezygnować albo pisać ją „wuda”)

Skoro nasi pra-pra-pra-...-dziadowie zaczęli wymawiać „a nosowe” jako „o nosowe”

(czemu? tego już chyba nikt nie dojdzie), to i my damy sobie radę. Odwagi!

 

 

   

20 Marca 2017

Inteligencja mężczyzn a inteligencja kobiet

Wykres czerwony – roz­kład in­te­li­gencji kobiet

Wykres nie­bieski – roz­kład in­te­li­gencji męż­czyzn

 

Średnie war­tości ozna­czone są kre­skami pio­no­wymi.

Jak wi­dać średnia in­teli­gen­cja męż­czyzn (IQ = 100) bar­dzo nie­znacznie prze­wyż­sza śred­nią in­teli­gen­cję ko­biet (IQ=97).

Tak nie­znaczna prze­waga (3%) wy­daje się być bez zna­cze­nia, jed­nak tak na­prawdę prze­waga męż­czyzn jako grupy jest miaż­dżąca!

 

 

Otóż im wyższe IQ tym więcej dana osoba wnosi do in­telek­tualnego dorobku ludz­kości – zatem ci z więk­szym IQ są waż­niejsi. A ci z podprzeciętnym niemal na pewno nic nie wno­szą.

Tak by było również wtedy gdyby gdyby inteligencja kobiet była równa inteligencji męż­czyzn, a na­wet ciut wyż­sza – decy­dujące jest bowiem rozproszenie wobec średniej, które u mężczyzn jest jak widać znacznie większe.

         

P.S.

1) Ta kwestia w ogóle nie jest podnoszona w rozwa­żaniach – może przez polit-po­praw­ność, a może jest nie­do­strze­gana.

2) Wynika stąd że rozrzut jakiejś cechy wartościowal­nej jest dla populacji ko­rzystny! (czyli – jed­nak róż­no­rod­ność)

 

 

VI  2017

Troska rządów o obywateli

W walce z nałogiem papierosowym zakazano ostatnio (zapewne Unia Europejska) umiesz­czania in­for­ma­cji o za­warto­ści ni­ko­tyny, substancji smolistych itp. Idea jest jasna – jeśli palacz wybierze pa­pierosy mniej szko­dliwe, to tym bar­dziej sobie za­szko­dzi, jako że wszystkie są jednakowo obrzy­dliwe, nawet gdyby miały zero cze­goś tam.

Jest w tym przesłanie do producentów – a pchajcie do nich co wam się żywnie po­doba, niech pala­cze się boją.

Ponadto na każdej paczce musi być obrazek obrzy­dzający palenie, z podaniem ja­kiejś cho­roby przez nie wy­wo­ływa­nej.

Wynotowałem:

zęby, dziąsła, miażdzyca, płodność, płuca, wzrok, zawał, impotencja, jama ustna,

udar, gardło, niepełnosprawność, poronienie.

 Ale to mało. Proponuję: „Palenie jest przyczyną ho­mofobii”  „Palenie powoduje poglądy prawi­cowe”

I jeszcze coś z tych idiotyzmów:

W Australii Zachodniej dodatkowo zakazane jest dostarczanie e-pa­pierosów bez nikotyny, które przypomi­nają pro­dukty zawie­ra­jące ty­toń.

 

Chodzi o e-papierosy, które podgrzewają tytoń, ale nie wypuszczają żadnego dymu. Są traktowane jako mądra alter­natywa dla zwy­kłych pa­pie­ro­sów, ludzie jednak ciągle wdychają rakotwórcze i szkodliwe sub­stancje. Tego typu urzą­dzenia będą podlegać ogranicze­niom wie­ko­wym, jak  zwy­kłe papierosy, oraz zosta­nie zakazane ich re­klamowa­nie. [Minister Zdrowia Holandii - Paweł Blokhuis]

 

Wiele badań pokazuje, że palący e-papierosy są później bardziej skłonni palić papie­rosy, więc e-papierosy to poważne zagroże­nie zdro­wotne. [radny Shawn Klein]

 

Ekonometria

luźny wyciąg z dyskusji na pewnym forum

10  III  2018

Pikier

Od czasu do czasu ktoś sobie życzy konsultacji (ko­repetycji) z ekonometrii. Ze 3 razy udało mi się temu spro­stać - nic nie rozu­miałem, ale skutecznie pomo­głem zmałpować we­dług studenc­kich nota­tek.
Ostatnia moja próba zrozumienia czegoś z ekonome­trii to uniwersytecki wykład za­czyna­jący się od:
Model konsumpcji
Przez Y(t) oznaczamy całkowity popyt konsumpcyjny w miesiącu t, a przez X(t) do­chody gospo­darstw do­mo­wych w tym okre­sie. Przyjmujemy, że Y(t) = a0 + a1X(t) + e(t) , gdzie a0 wydatki stałe, a1 część do­cho­dów prze­znaczona na konsumpcję, a e(t) składnik lo­sowy. W modelu zakła­damy, że a0 i a1 są stałe, a w rze­czy­wi­stości są one tylko wolno-zmienne.

No i znowu niczego nie zrozumiałem...
Jaki popyt? skoro gdzie indziej czytam że "popyt = funkcyjna zależność między ceną pro­duktu a jego ilo­ścią, którą skłonni są zakupić nabywcy". Gdzie tu cena, ilość, skłonność?
Dlaczego X(t) to łączne dochody gospodarstw? czyli tak jakby było jedno gospo­darstwo.
Czemu wydatki (stałe) dodawane są do dochodów?
Co to takiego "wolno-zmienne"? (pierwsze słyszę)
I wreszcie najważniejsze - jakim cudem można coś z tego wywnioskować? coś tu zbadać?

Potem było jeszcze kilka tego rodzaju modeli - nadal nie zrozumiałem co się mode­luje, a zwłasz­cza po co?

Spodziewałem się że teraz będą proste przykłady wprowadzające, ale nic z tego: od razu nastą­piła wy­soce za­awanso­wana alge­bra liniowa, tak na oko nie mająca związku z tymi modelami.
Uznałem że ekonometria to szarlataneria. A cóż in­nego mogłem pomyśleć?
Niewykluczone że to jednak nauka, ale by to stwier­dzić musiałbym gdzieś znaleźć wykład eko­no­me­trii n o r m a l n y. Kto wie - może istnieje? ale gdzie?

 

MarcinPr

Drogi Pikierze. Jeśli masz zamiar ocenić dziedzinę zwaną "ekonometrią", to pole­cam po­szukać ja­kiejś książki, a nie skryptu na­pisanego przez kogośtam na jakiejś­tam uczelni. Wi­działem często różne skrypty i najczęściej sku­piają się one na wytłu­maczeniu jak się coś­tam liczy nie starając się nawet przybliżyć co się li­czy (zresztą na ta­kiej uczelni eko­no­micznej może być trudno zro­zu­mieć modele ma­tematyczne, jak się nie wie zbyt dobrze co to jest zmienna losowa, a tym bar­dziej pro­ces stocha­styczny lub stocha­styczne równa­nie różniczkowe).
Przeraża mnie, że inteligentne osoby są w stanie wy­rażać takie opinie o nauce ba­zując na szcząt­ko­wych in­for­macjach.

Pikier

To wykład sygnowany przez Wydział Matema­tyki Uniwersytetu Warszaw­skiego i współfi­nan­so­wany przez Unię Eu­ropej­ską. I co z tego, skoro nie przybliża bardziej ekonometrii niż no­tatki z uczelni eko­no­micznych (chyba nawet mniej, a imo w ogóle) - tyle tylko że potem bar­dziej przytła­cza za­awan­so­waną algebrą li­niową, nb wyglą­dającą na sztuczną doczepkę dla po­pisu.
Jeśli ktoś nie potrafi wyłożyć prosto i jasno istoty sprawy, to znaczy jest niewiele warta.

 

Pikier

Czy jak popyt jest bardziej elastyczny to dobrze czy źle?

Elastyczność popytu to wynaleziony w ekonometrii wskaźnik będący ilorazem następujących wartości bez­względ­nych:

[względna zmiana popytu w procentach] przez [względna zmiana ceny w procentach]

czajmar

A to zależy, i to w wielu aspektach, jaką elastyczność popytu mamy na myśli, ce­nową czy docho­dową (albo i mie­szaną) i jaka jest skala tej elastyczności oraz z czyjego punktu wi­dzenia pa­trzymy.
Przykładowo popyt o bardzo dużej elastyczności ce­nowej może być albo korzystny dla produ­centa da­nego do­bra albo nie­ko­rzystny przy dużej wrażliwości cenowej, bo jak ceny wzrosną (na­wet z przy­czyn nie­zależ­nych od produ­centa np. podatki, kurs walutowy czy cena półproduktu) a ela­styczność popytu na dane do­bro jest wy­soka to może okazać się że spadek po­pytu na nie bę­dzie tak duży że może zała­mać biz­nes tego pro­du­centa/dostawcy.
Tak więc nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to py­tanie, bo wszystko jest względne.

 

Pikier

Czyli pożytek ze zmierzenia elastycznośći popytu jest pod sporym znakiem zapyta­nia.
A może wobec tego skorzystać z "punktowej ela­styczności popytu"...
Oto jak się go mierzy (wg wikipedii, w oparciu o jakiś podręcznik):
Aby
wyznaczyć elastyczność punktową należy postą­pić w następujący sposób:

1.                               Do wybranego punktu na krzywej wyznaczyć linię styczną (punkt P).

2.                               Zmierzyć odległość między punktem P a osią odciętych i punktem, a osią rzędnych.

3.                               Elastyczność w tym punkcie jest stosunkiem długości między punktem a osią odciętych i punk­tem, a osią rzęd­nych.

Oczywiście wszystko zrozumiałem, tyle tylko że... ROTFL

 

czajmar

Wprost przeciwnie, znajomość elastyczności popyto­wej i dochodowej pozwala fir­mom a państwu pro­wa­dzić świado­mie ak­tywną politykę cenową. Przykład zasto­sowania wiedzy o niskiej ela­styczno­ści ce­nowej usług pocz­towych w USA - do­chody poczty spadały z uwagi na konkurencję prywatną, rozwój usług elek­tronicz­nych, za­grożenia paczek wąglikowych po 9/11 itp. więc w po­ło­wie 2002 r. US Postal Se­rvice zmu­szona była podnieść ceny znacz­ków np. I klasy z 34 do 37 centów ( a średnio o 7,9%), co w ciągu 3 mie­sięcy spowodo­wało wprawdzie spadek ilości wy­sy­ła­nych li­stów o 2,7% ale za to wzrost przychodów o 4,3%. Oni zbadali że przy wzro­ście ceny znaczka do 3 centów popyt będzie względnie sztywny.

Pikier

Przyjrzałem się znowu tej "elastyczności popytu" (patrz wikipedia) i stwierdzam że jest to sztuczny dzi­waczny wskaź­nik - do ni­czego nie potrzebny. Wystar­czy nanosić co jakiś czas dane, aby uzyskać do­tych­czasową orien­tacyjną za­leżność sprze­daży (po­pytu) od ceny, a jak dalej bę­dzie ta funkcja przebie­gać, to może być roz­maicie (wszystko się zmienia - wiele zmian można prze­widzieć zwykłym zdrowym rozsąd­kiem).
Dla matematyka wskaźnik ten jest idiotycznym dzi­wolągiem, a (zacytowany przez mnie wcze­śniej) spo­sób wy­li­czania "punktowej elastyczności popytu" wywołuje paroksyzm śmiechu. Oczywiście każdy wskaźnik coś tam wskazuje, ale po co co coś tak wy­duma­nego wprowadzać, skoro wystar­czy sporzą­dzić najzwy­klej­szy wy­kres funkcji.
Całość przypomina wysiłki Głupiego Jasia, który usil­nie stara się wymyśleć coś nowator­skiego w ma­te­ma­tyce.
Jednak - "w tej głupocie jest metoda" (a co moim zda­niem chodzi, napiszę później).

A teraz o rzekomym wykorzystaniu wskaźnika "ela­styczności popytu" przez pocztę w USA:
Co
robi Prosty Jasio będący prezesem Poczty, kiedy dochody spadają?
Oczywiście myśli o podwyżce cen, bo to najłatwiejsze. Oczywiście niewielkiej, bo...
Znaczki są i tak tanie, więc jasne że w małym stopniu zmniejszy to wysyłanie listów, więc wpływy po­winny nieco wzro­snąć.
Ot cała filozofia, do której niepotrzebna jest żadna "elastyczność popytu". Może się jednak zda­rzyć że po­trzebna jest pod­kładka "naukowa", a ponieważ ma­tematyka zawsze budzi szacunek, nie za­szkodzi wy­dać kilka tysięcy dolarów dla uczo­nego ekonome­try, który uzasadni to w sposób wielce "naukowy" - bo to co po­trafi Prosty Jasio jest zbyt proste, aby wzbu­dziło szacunek.
Podobnie jest z zapałkami. Kupuję je regularnie w niewielkich ilościach, i jeśli cena wzro­śnie na­wet o 50%, za­pewne tego nie za­uważę. Ale jeśli wzrośnie za bardzo, przerzucę się na zapalniczki (może nie tyle z po­wodu oszczędności, lecz aby uka­rać pro­du­centa za zbyt­nią pazerność).

 

czajmar

..... mógłbym podać parę ciekawych pomocniczych zastosowań elastyczności w fi­nansach i in­westo­wa­niu, ale to tro­chę wyższa szkoła jazdy i raczej dla ograniczo­nego kregu zainte­resowa­nych.

 

Pikier

Po co aż tak głęoko sięgać? Jeśli na początku czegoś nie rozumiem, to dalej tym bardziej.
W opisach unikane są przykłady, a ja mam już pro­blem z wyliczeniem Cenowej Ela­stycz­ności Po­pytu. Niby pro­ste i ła­twe, ale pewna "dziwność" wyników nasuwa mi podejrzenie że w ekonome­trii inaczej się rozu­mie najzwy­klejsze ter­miny mate­ma­tyczne.
Zapewne nie będzie Ci trudno machnąć kilka przykła­dzików wyliczania:
pomiar 1 - cena i popyt
pomiar 2 - cena i popyt
cenowa elastyczność popytu (za ten okres chyba?) = ?
Mam tu już problem chociażby z tym że nic nie mówią o czasowej kolejności pomia­rów (który jest wcze­śniej­szy). Za­pewne pierwszy jest wcześniej, ale niczego w dzi­siejszych czasach nie można być pewnym. A może to nie­ważne?

 

Pikier

Tę definicję "punktowej elastyczności popytu" (co mnie tak rozśmieszyła) znala­złem do­kładnie po­wtó­rzoną w innym pliku, ale zilustrowaną rysunkiem. Okazało się że w ekonome­trii odległość punktu od pro­stej wcale nie mierzy się wzdłuż prosto­padłej - w tym przy­padku mierzy się ją wzdłuż tej stycz­nej !! (co wyja­śniło do czego była wogóle po­trzebna). Teraz wi­dzę że mogłem się tego do­myśleć, ale zgubił mnie na­wyk dosłow­nego od­czy­tywa­nia tego co jest napisane.
W definicji "elastyczności popytu" zadziwia mnie to że wyrażenia dzielone są ujęte w mo­duły. Ozna­cza to że dla ela­styczno­ści jest obojętne czy popyt rośnie czy ma­leje - chodzi tylko o jego zmien­ność wte lub we­wte. W fizyce odpo­wiadałoby to nie­rozróż­nianiu przy­śpie­szenia od spowol­nienia. Tu jed­nak nie fi­zyka - tu cho­dzi o pie­niądze!!! - więc coś ta­kiego jest jesz­cze bar­dziej zdu­miewające.

 

czajmar

No wreszcie trochę zajarzyłeś (lol), ale faktycznie nie wszędzie opisy elastyczności czy podaży są do­kład­nie opi­sane.........

 

Pikier

Ja "zajarzyłem"?? - a niech piszą normalnie, a nie jak niedbali niedouczeńcy!
Chyba od stworzenia świata odległość punktu od pro­stej mierzy się najkrótszą drogą.
Jeśli moduł jest zbędny, to po co go wstawiać - wła­śnie ze "względów wygodno­ściowych" należy go po­mi­nąć.

A zresztą nie wydaje się zbędny, bo wzrost ceny może jednak spowodować wzrost po­pytu. Np kiedy cena jest zbyt ni­ska, może to skut­kować małym zainteresowa­niem nabyw­ców - "To tak tanie, że nie może być wiele warte; nie ku­pię" (czego do­świadczyłem, kiedy wyzna­czyłem zbyt ni­ską cenę za swoje usługi).

No i w ogóle (o czym wcześniej już wspomniałem) ten cały koncept "elastyczności" jest zbytecz­nym dzi­wo­lą­giem, tylko za­ciem­niającym istotę sprawy - wystar­czyłaby zwykła funkcja popytu w zależno­ści od ceny.

Wyobraźmy sobie że Newton wyraził Prawo Powszech­nego Ciążenia przy pomocy ela­styczno­ści. Brzmia­łoby to tak:

Elastyczność atrakcji to stosunek %-wego zmniejszenia siły przyciągania do %-wego zwiększenia odle­gło­ści ciał.
Oczywiste że byłoby to LOL, a nawet ROTFL (a fizycy popukaliby się w czoło).
A teraz wyobraźmy sobie że jakiś nawiedzony fizyk za­czyna popisywać się nowatorskim ujęciem przera­biając w ten spo­sób wszelkie prawa fi­zyczne - i aby nadać temu pozory sensu nazywa tę swoją fizykę... fi­zykome­trią.

 

A teraz wyjaśnię swoje wcześniejsze "w tej głupocie jest metoda"...
Napisałem już o książce "Modne bzdury" demaskują­cej nonsensy płodzone przez intelek­tuali­stów-hu­ma­ni­stów (filo­zofów, so­cjologów itp), którzy usilnie a bez­sen­sownie używają terminolo­gii, meta­for a nawet twier­dzeń z nauk ści­słych do podbu­dowa­nia, nadania głębi, a nawet uzasad­nień itp wy­wo­dom ze swojej dzie­dziny.

Dlaczego? bo matematyka budzi szacunek.

"FASHIONABLE NONSENSE: Postmodern Intellectual's Abuse of Science" Alan Sokal + Jean Bricmont, 1998
Alan Sokal po 3-miesięcznym wysiłku ułożył nonsen­sowny artykuł oparty na autentycz­nych bzdurnych wy­po­wie­dziach in­telektuali­stów, który to artykuł w dobrej wierze opubli­kowało presti­żowe amerykańskie pismo "Social Text". Tytuł ar­ty­kułu to "Transgresja gra­nic: ku transformatyw­nej hermeneutyce kwanto­wej" - a ogól­nie rzecz bio­rąc ilu­struje próby sto­sowa­nia wyników, a ra­czej sa­mego języka, ma­tematyki i fi­zyki do nauk hu­ma­ni­stycznych - obficie upstrzony auten­tycz­nymi cy­ta­tami. Parodia ta wywołała sporą wrzawę.

Humanistów dość łatwo w tym przypadku zdemasko­wać, ale ekonometrów znacz­nie trud­niej, bo ich dzie­dzina to wła­ściwie od­gałęzienie matematyki. Sądzę że po to właśnie po­wstała ekonome­tria - aby bo­gatą szatą ma­te­ma­tyczną i dzi­wacznymi niejasnymi kon­struk­cjami zdobyć pozór rze­telnej i przy­dat­nej wiedzy - i umoż­li­wić ekono­metrom karierę na­ukową. Wska­zują na to już pierw­sze próby jej zgłębie­nia i sądzę że po dłuższym przy­sie­dzeniu fałdów potrafiłbym napi­sać książkę pt "Modne bzdury w eko­nome­trii".
A że o tym cicho i chyba tylko ja tak twierdzę... no cóż, zacytuję powiedzenie krą­żące w środowi­skach na­ukow­ców:
"Nigdy nie można przesadzić w pochlebianiu kole­gom" albo trywialniej "ręka rękę myje" - dziś ja ci po­chle­bię, a ty mnie ju­tro (NB zjawisko to już dawno temu zostało odzwiercie­dlone w literatu­rze)

 

Gerwazy?

IV  2018

W XII Księdze "Pana Tadeusza" Gerwazy mówi tak:

Prawda, że się wywodzim wszyscy od Adama,
Alem słyszał, że chłopi pochodzą od Chama,
Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema,
A więc panujem jako starsi nad obiema.

 

Otóż z dawien dawna (już w XIII wieku, w Kronice Win­centego Kadłubka) panowało wśród pol­skiej szlachty baja­nie że stan chłopski wywodzi się od Chama, szla­checki od Jafeta, a Żydzi są potom­kami Sema. Było to po­wszechnie znane i często powta­rzane. Jakim więc cudem Gerwazy mógł to tak prze­krę­cić?

Jest przecież w „Panu Tadeuszu” postacią najzupeł­niej poważną, zatem musiało się coś pokręcić Mic­kie­wi­czowi. Ale żeby po­pełnić aż taką pomyłkę, musiał być pod­czas pisania kompletnie za­mro­czony nad­mia­rem wypitego wina. Bar­dzo dziwne jest to że nie zo­stało to później poprawione, a jesz­cze dziw­niejsze że zdaje się nikt do­tąd nie zwrócił na to uwagi (!?).

Drobną zabawną po­myłkę w „Panu Tade­uszu” wyłowił Ju­lian Tu­wim w „Ci­cer cum caule”–

otóż gdzieś tam w środku „Pana Tadeusza”  jest li­nijka po­zbawiona bliżnia­czej zry­mo­wa­nej.

 

Głupota gremiów

VI  2018

Gremium to ogół członków jakiejś grupy (zespołu, komisji, parlamentu) mającej za­danie do wspól­nego wy­ko­na­nia. Trzeba przy­znać że nader nader często wyniki działania gremiów uzna­jemy za nie­zadowa­la­jące – za nie­przemyślane, nieuzasad­nione, a na­wet za ewidentnie głupie. Czemu tak się dzieje? – prze­cież rze­komo „Co dwie głowy to nie jedna”, a cóż do­piero kiedy głów jest 10...

W 1895 Gustaw Le Bon opublikował słynną książkę pt „Psychologia tłumu”:

Tłumy pod względem psychologicznym są tworem anormalnym, ponieważ rządzą nimi po­pędy i ce­chują je za­chowa­nia irracjo­nalne, ze skłonnością do ulega­nia su­gesti. Intelekt grupy nie jest sumą in­telektów two­rzą­cych ją osób. Wręcz przeciw­nie: czło­wiek w grupie traci zdolnność po­strzegania, sły­szenia, ro­zu­mie­nia, sa­mo­dziel­nego myślenia.

Jest to poniekąd zrozumiałe – kiedy znajdziemy się w podnieconym tłumie 100 osób, nieła­two nam za­cho­wać trzeź­wość umysłu, niełatwo nie podążać za sforą.

Le Bon podał wiele przykładów irracjonalnych działań tłumu, stwierdził jednak przy tym coś znacz­nie moc­niej­szego:

„Nie ma potrzeby, żeby tłum był liczny. (...) Jak tylko kilka osób zbierze się razem, już two­rzy tłum, nawet w przy­padku kiedy są wybitnymi uczonymi. (...) Zdol­ność obserwacji i kry­tyki, którą po­siada każdy z tych uczo­nych z osobna, na­tychmiast ginie w tłumie”

Dlatego właśnie wstawiłem w tytule „gremia”, bo Le Bonowi nie chodziło tylko o tłum w ro­zumie­niu po­tocz­nym – twierdził że „tłumizm” zdarza się nawet w gronie kilku osób – i to nawet kiedy mają in­tencje jak naj­uczciwsze.

Jeśli miał rację, to sprawa jest beznadziejna – na nic najlepszy zarząd, komisja, kon­feren­cja, walny zjazd de­le­ga­tów – nic to nie pomoże, nadal będzie głupio.

Postawmy więc pytanie: Czy aby na pewno Le  Bon miał rację?

Mechanizm tego zjawiska (jeśli istnieje) jest dość za­gadkowy. Le Bon wniósł w jego wyja­śnienie nie­wiele – tłu­maczył je podat­nością na sugestie (zarazą umy­słową) i przesadną uczuciowością. Do­brze byłoby więc po­sta­wić drugie pytanie:

Jak to działa? jakie szczególowe mechanizmy to wy­wołują? 

 

Jak się odgryzać

VII  2018

Poznanej przy barze kobiecie powiedział że jest wdowcem i zaprosił ją do siebie. W środku nocy przy­znał się do kłamstwa - żona wyjechała. Usłyszał:
- Ja też skłamałam. Należy się 300 złotych.

Książę D. bardzo długo ubiegał się o względy margra­biny M. aż w końcu dopuściła go do siebie na noc. Rano, aby upokorzyć ją za tak długą zwłokę, położył na stoliku 30 liwrów. Margrabina przeli­czyła i zwró­ciła mu 20 ze słowami:
- Oto reszta. Nie widzę powodu, by brać od pana wię­cej niż od innych.

 

Anegdoty ze sfer szkolnych

VII  2018

Znam człowieka mądrego, ale kto to jest ujawnić nie mogę. Dlaczego? Bo publiczne chwalenie ko­goś za mą­drość jest obrazą – podobnie jak chwalenie za uczciwość.

Przytoczę tylko 3 anegdotki z okresu kiedy był na­uczycielem matematyki w pod­stawówce:

Ale Ty masz...

Koleżanka-nauczycielka studiowała zaocznie matema­tykę i poprosiła go kiedyś o oblicze­nie iluś­tam po­chod­nych. Kiedy zoba­czyła jak biegle to robi, wy­krzyknęła z podziwem: - Ale ty masz pa­mięć!

Ale te dzieci...

Zdarzało się że nauczycielki nie mogły wyjść z zadzi­wienia, że dzieci potrafią być aż tak głupie. Ali­ści na­de­szło pole­cenie aby uczyć dzieci liczenia w syste­mach nie­dziesiątkowych – i wówczas pew­nego razu za­stał te na­uczycielki nad tym się wła­śnie bie­dzące.

 Rozmowa z dyrektorem

- Prawda że A, panie dyrektorze ?

- Oczywiście!

- Jeśli A to B, nieprawdaż?

- Ależ ma się rozumiec!

- Jeśli B to C ?

- Ależ naturalnie

- Jeśli C to D ?

- Skądże! Nie, nie.

 

„Pan Tadeusz” do poprawki?

VIII  2018

Czytając go (chodzi oczywiście o epopeję Mickiewi­cza) spotykamy wiele dziwolo­gów w postaci po­prze­krę­ca­nych słów, a czasem  niezręczną stylistykę. Za­pewne gdyby dzisiaj Mickiewicz oddał go ja­kiemuś wy­daw­nic­twu, to mento­rzy językowi napoprawialiby co by się dało, a co do reszty to zażą­da­liby popra­wek. Ale do tak szacow­nego dzieła nie śmią przyczepiać się, a w przypisach usprawie­dli­wiają prze­krę­ce­nia jak mogą – naj­czę­ściej tym że rzekomo tak daw­niej pi­sano.

Tymczasem wyjaśnienie jest proste...

Nawet Mickiewiczowi niełatwo było napisać coś tak olbrzymiego i częstokroć mu­siało mu brako­wać zręcz­nego pomy­słu bądź lep­szego wysłowienia, Gdyby za każ­dym razem długo deliberował, to za­pewne ze­szłoby mu znacznie więcej czasu (nb podobno pi­sał w po­śpie­chu) i cyzelowanie rozproszy­łoby kon­trolo­wanie cało­ści. Za­tem jeśli np linijka nie miała 13 zgłosek, to bez par­do­nu przerabiał wy­raz jak mu w duszy grało, byle iść dalej. I zapewne nawet jeśli to co na­pisał nie­zbyt mu się podo­bało, to go­nio­ny po­śpiechem machał ręką i pi­sał dalej. Być może zamierzał wszystko potem wycyzelować, ale i to nie by­łoby przecież ła­twe – za­pewne wyma­gałoby miesięcy. Tak więc w końcu zo­stawił to co jest.

Jeśli chodzi o scenariusz i postacie, to panatade­uszolodzy (zdarzają się tacy) wy­kryli nieco oczywi­stych po­my­łek i przeinaczeń, nie­wielkiej rangi i nie­zbyt przeszka­dzających. 

Z innych ciekawostek....

Julian Tuwim znalazł linijkę pozbawioną bliźniaczej zrymowanej w Księdze V – linijki 4045-4047: 

Zrazu rumieniła się, spuściwszy oczęta,

Potem śmiać się zaczęli, w końcu rozmawiali

O jakimś niespodzianym w ogrodzie spotkaniu,

a my znaleźliśmy jeszcze drugą w Księdze I – linijki 470-472:

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

potem trzecią w Księdze VI – linijki 4980-4982:

Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,

Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewicz­kach,

I żną zboże, a nawet przędzą w rękawiczkach.

i wreszcie czwartą w Księdze XII – linijki 9059-9061:

W końcu sekret kucharski: ryba niekrojona

U głowy przysmażona, we środku pieczona,

A mająca potrawkę z sosem u ogona.

Zabawnie jest z linijkami 9053..9056 z Księgi XII – w wydaniu 1834 są one napisane tak:

Z ingredyencyami pomuchl, figa­te­lów,
Cybetów, piżm, dra­gantów, pine­lów, bru­nel­lów;
Owe ryby! łososie suche, duna­jeckie,
Wyżyny, kawiary weneckie, tu­reckie,   

Proszę zwrócić uwagę na pisownię w li­nijce pierw­szej (nastręczającą wąt­pliwo­ści co do wy­mowy i długości)

oraz... 12 sylab w linijce ostatniej.

co w następnych wydaniach dostrzeżono i rozmaicie (wedle gustu!) o dziwo popo­pra­wiano.

 

Być może wartałoby „Pana Tadeusza” gruntownie i delikatnie popoprawiać – tj zro­bić to co Mic­kie­wicz sam by praw­do­po­dobnie zrobił gdy­by starczyło mu czasu i siły. Kto ma od­wagę – niech spró­buje! Jednak ostrze­gamy przed języ­kowymi men­torami – choć po­tra­fią oni wytknąć napisa­nie „ko­lenda” zamiast „ko­lęda” czy tym po­dobne głup­stwo, to w tym przy­padku podniosą larum twier­dząc że Mickiewicz napi­sał bez­błędnie, bo „nie zmylił się mistrz taki”.

 

I jeszcze kilka konkretów natury ściśle ortograficz­nej...

„półk” – może i słusznie, bo niby dlaczego pisać przez „u” (a najlepiej niech każdy pisze jak mu się wi­dzi)

rądel” – co w późniejszych wydaniach zmieniono na „rondel”

(co jest o tyle zabawne że zarazem „ko­lendę” zarządzono współcze­śnie zmie­nić w „ko­lędę”)

„rzęd” (w znaczeniu jeden za drugim) – bardzo słusz­nie: niby dlaczego raz „w rzę­dzie”, a innym ra­zem „rząd”  

 

Na koniec śmiesznostka – przykład oceny serwowa­nej nastolatkom:

„Gra Wojskiego na rogu .... stanowi pokrzepienie serc Polaków, dając możliwość

przypomnienia o wspólnocie narodowej i jej trady­cjach”

 

Czytaj ze zrozumieniem!

VIII  2018

Ktoś napisał że "X jest białe", a Tobie się wydaje że jest jednak czarne.
Nie alarmuj pochopnie że to fałsz, lecz najpierw sprawdź jak odczytują to inni.
Niewykluczone że świetnie wiedzą że X jest czarne, więc nie odczytują tego tak naiwnie jak Ty
tzn nie od­czy­tują literalnie, lecz traktują to jako pewien skrót my­ślowy mianowicie wiedzą do­skonale że in­ten­cję tego kto­sia musiało być stwier­dzenie że X jest czarne al­bowiem X jest na­prawdę czarne.
Zatem wszystko w porządku
jest tak jakby ten ktoś napisał "X jest czarne".
Nie trolluj więc że coś ci się nie zgadza, a oszczędzisz wszystkim nerwów.
BTW Teraz już rozumiesz dlaczego do Facebooka za­chęcają sloganem "Zobacz co lubią Twoi zna­jomi"

 

O pasożytach w internecie

IX  2018

To pewne zjawisko spokrewnione z hejtowanie i trol­lowaniem. Nazywaliśmy je do­tąd „obsr... iem” bądź „dosr.....iem”, ale odtąd  będziemy je określać jako „pasożyt­nictwo”.

Jest to chęć zdobycia czyimś kosztem poklasku i uznania – pasożyt nie próbuje wysilić się na ja­ką­kol­wiek rze­czo­wość, lecz  ogranicza się do różnorodnych inwek­tyw przeciwko ży­wicielowi. Im znacz­niejszy żywi­ciel – tym większa chwała. Nic to że pasożyt nie­mal niczym się dotąd nie wyka­zał – teraz pokaże że i on nie wy­padł sroce spod ogona, że i on coś... po­trafi.

Zazwyczaj ataki pasożyta są bardzo krótkie – kilka in­wektyw wspartych zwykle in­synu­acjami (aby stwo­rzyć wię­cej do inwektowania). Zdarzają się jednak ataki am­bitniejsze,  jak np dwa po­niższe:

1)

A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, pro­szę pana... Dia­logi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.
A polski aktor, proszę pana... To jest pustka... Pustka proszę, pana... Nic! Absolut­nie nic. Za­łóżmy, pro­szę pana. Że jak polski aktor, proszę pana... Gra, nie?
Widziałem taką scenę kiedyś... Na przykład, no ja wiem? Na przykład zapala papie­rosa, nie? Pro­szę pana, za­pala papierosa... I proszę pana patrzy tak: w prawo... Po­tem patrzy w lewo... Prosto... I nic... Dłu­ży­zna pro­szę pana... To jest dłu... po prostu dłu... dłuży­zna, pro­szę pana. Dłużyzna...
Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie... Pan rozumie... I tak patrzę sobie... siedzę se w ki­nie pro­szę pana... Normalnie... Patrzę, patrzę na to... No i aż mi się chce wyjść z... kina, proszę pana... I wy­cho­dzę...

To była reakcja na czyjeś (lakoniczne) stwierdzenie że 3 stare polskie seriale uważa za nudne i za­wie­ra­jące głu­poty. Oczywiście reaktor-pasożyt nie próbował nawet tej opinii odeprzeć, a wza­mian wysilił się na po­pis pi­sar­ską elo­kwencją.

BTW Podobno to cytat z filmu „Rejs” – być może, ale co z tego?

2)

Gdybyś, Wielki Pikierze, w swoim Panteonie
siedział, to by ci Pablo nie patrzył na dłonie
którymi z klawiatury, opuściwszy szkoły,
jąłeś forum zapełniać jakimiś pierdoły ...
Solo w brydża?? Bridż-igrce ?? W pale się nie mieści !
Na dodatek te rymy od siedmiu boleści ...

To była reakcja na czyjeś różnego rodzaju oryginal­nośći, łącznie z wierszykami. I znowu ani słowa ja­kiej­kol­wiek rze­czywistej krytyki, lecz same inwektywy ubrane w grafomański wierszyk.

Skoro trollowanie i hejtowanie jest wytykane i piętno­wane, to pasożytowania też nie po­winno się oszczę­dzać. Zwłaszcza kiedy moderatura jest niemrawa.

 

Strachu na Lachy

IX  2018

Najpierwsza hipoteza mówi że chodzi tu o Lecha z bajki o Lechu, Czechu i Rusie. Czemu jednak zmie­niono Le­cha na Lacha? ostatecznie można uznać że dla rymu (bo skłonność do urymowiania niewąt­pli­wie ist­nieje).

Wysunęliśmy kiedyś hipotezę dość dziwaczną, mia­nowicie:

Polaków zaczęto nazywać Lachami na Wschodzie, gdzie również (chyba z uwagi liczność i dumę pol­skiej szlachty) nazywano ich "panami" (jasne pany, polscy ja­śnie panowie itp). Na wschodzie byli rów­nież mu­zuł­ma­nie i nie jest wykluczone że "Lach" pochodzi od... "Al-lah" (względnie "Al-lach" obie pi­sownie są upra­wo­moc­nione i spoty­kane). Otóż "al" to przedimek, a "lah" to Bóg. Bóg jest bardzo często naywany "Pan" (także w Koranie). Stąd wzięło się "Lach" jako Polak, a do­kładniej "pan (polski)". Czyli od Tatarów do Rusi­nów, a potem do Polaków.

Szczerze mówiąć niezbyt w to wierzyliśmy (a mało to przypadkowych incydencji w sło­wach), aż wreszcie tra­fili­śmy w wikipedii na informację następującą:

Starożytna nazwa grecka naszego Państwa to Lachia (kraj Panów), po ukraińsku nadal zwie się nas La­chami, stąd powiedzenia: “Strachy na Lachy” oraz “Pamitaj Lasze, szo po Wislu, to nasze”. Li­twini, mimo osiemset­let­niej indok­trynacji chrze­ścijańskiej oraz pięć­setletniej wspólnej pań­stwowo­ści z Pol­ską, nigdy nie zmienili na­zwy Polski na chrześci­jańską i do tej pory Polska po li­tewsku to Lenkija (Lęe­chija), a Polak to Len­kas. Wę­grzy zwą nas Lengyel i jest to połącze­nie dwóch słów: Lech i Angyel (Pan i Anioł), a nasze pań­stwo zwą Len­gyelor­szag, co dosłownie oznacza Państwo Panów Aniołów.

 

Tak więc słowa „Lach” „pan” „Allah” mają wspólny rdzeń.

 

O mechanizmie społecznym  mówi Piotr Lutostański

IX  2018

Dobitne i zwięzłe wyłożenie – warto zapamiętać i po­szczególne stwierdzenia w wol­nych chwilach prze­my­śleć.

Warto poczytać o historii pieniądza, np o tym że dług był przed pieniądzem i co za pieniądz słu­żyło; do­dat­kowo o negatywnych i pozytywnych efektach ze­wnętrznych, o dylemacie pasażera na gapę, o efek­cie wspól­nego pola, o wartości jaką dla wielu ludzi sta­nowi po­czucie, że jest się do­brym człowie­kiem (to spra­wia, że dobro­czyn­ność może być działa­niem egoistycznym!), o tym że taniej bogatym zrzucić się na chleb dla głodu­jących niż wy­dawać na ochronę oso­bistą, taniej zrzucić się na pod­sta­wowe leczenie, niż stawiać czoła zwięk­szonemu ryzyku róż­nych epi­demii, itd...

Pomaganie innym często jest opłacalnym, egoistycz­nym i racjonalnym działaniem przy­najmniej dla ro­zu­mieją­cych dylemat. To kapitaliści stawiali pierwsze darmowe szkoły, czy szpitale, nie pań­stwo! To pry­watna aktyw­ność Brytyj­czyków wymusiła na państwu prze­ciwdziałanie niewol­nictwu, nie tylko w kraju, ale i na ca­łym świe­cie!
Pomysł, że państwo (jakkolwiek je zdefiniujemy) jest w stanie pod przymusem ze złych lu­dzi robić lu­dzi do­brych lub że jakikolwiek polityk (urzędnik) będzie le­piej działał dla dobra ogółu i lepiej wie­dział co nim jest niż zwykły obywatel jest idioty­zmem. Pojęcie "interes społeczny" jest niezde­finio­wanym narzędziem służą­cym po­litykom do tłumaczenia działań w ich prywat­nym interesie, itd...
Akumulacja kapitału jest niezbędna do innowacji. Prawidłowo uregulowany rynek zapew­nia to, że w dłuż­szym termi­nie kapitał będą akumulowali Ci, którzy potrafią nim najlepiej za­rządzać, a zatem naj­efek­tyw­niej organi­zo­wać pracę innych, a to jest kluczem do wzrostu wynagrodzenia za pracę. Od pewnego po­ziomu bo­gactwa, to już nie człowiek posiada ka­pitał, a kapitał posiada człowieka i pełni on wręcz słu­żebną rolę wo­bec innych efek­tywnie alokując kapitał i orga­nizując pracę, gdyż nie jest w stanie skon­su­mować więk­szo­ści po­siada­nego ka­pitału.
Człowiek umiera, a to czego dokonał staje się dobrem z którego czerpią przyszłe pokole­nia. Warto go jak naj­mocniej motywować do pracy, a nie demotywować przez podatki. Przy zerowym po­datku: Mo­zart, Ford, Ein­stein, Darwin, Jobs, Sam Walton, i tym podobni nadal uzyskaliby tylko niewielki ułamek warto­ści, jaką wyge­ne­rowali dla swojego i następnych pokoleń.
Czas żeby ludzie zrozumieli, że to większość czerpie niezasłużone korzyści z geniu­szu i pracowi­to­ści nie­licz­nych, a nie na odwrót (przynajmniej w warunkach wolno­ściowych) i w interesie więk­szo­ści jest stwo­rze­nie im jak najlep­szych warunków i motywacji do pracy... Natomiast w interesie bo­gatych jest, aby wes­przeć naj­bied­niejszych i w wa­runkach wol­nościowych będą to robić bez przy­musu, czego do­wo­dzi histo­ria ( ale naj­bied­niej­szych, a nie najsilniej­sze politycznie grupy in­teresu).
Zatem stawianie kapitalizmu na przeciw redystrybucji dochodów, jako alternatywy jest błędem. Re­dy­stry­bu­cja zawsze jest i będzie nieunikniona
i na dodatek wspie­rana przez egoistyczny in­te­res posia­dają­cych wię­cej.

Dylemat jest więc taki:             

Czy wspieramy wolność i państwo prawa, czy mniej­szy lub większy zakres państwa totali­tar­nego?

 

Troska o los ludzkości

IX  2018

Jasne że nie należy zanieczyszczać środowiska i że już u zarania cywilizacji o to się sta­rano. Za­ra­zem ja­sne że należy to robić sensownie, oszczędnie i bez przesady.

Wyczytałem gdzieśtam że Unia Europejska wydała 2 biliony euro (2 z 12 zerami) na walkę z Glo­ba­lym Ocie­ple­niem. Kwota to tak potworna, że postanowiłem ją spraw­dzić. Niełatwe to było i w końcu nale­ży­tego ro­ze­zna­nia nie uzyskałem, niemniej do­szedłem do wnio­sku,

że kwota 100 razy mniejsza (!) jest pewna – czyli że UE wydała 2 z 10 zerami.

Wydaje się   na jakieś technologie i produkty ener­gooszczędne, mniejzanieczysz­czające itp, które ofe­rują różne tzw podmioty gospodarcze.

Aby coś wielkiego komuś wielkiemu sprzedać, trzeba posmarować. Podobno przy fundusz ła­pów­karski wy­nosi zwyczajowo 10%. Nie tylko politykom – trzeba również urobić opinię publiczna, na co niech pój­dzie zale­dwie dziesiąta część tych 10% , czyli w sumie – 2 z 8 ze­rami euro na uro­bie­nie opinii publicznej.

Ludzie mają zaufanie do naukowców, więc zachęcamy naukowców aby skłonili lu­dzi do należytej tro­ski o śro­dowisko, żeby postraszyli co nam grozi. Jeśli upa­trzymy sobie 1000  klimatologów, to na każdego wy­pad­nie 2 z 5 zerami euro. Dwieście ty­sięcy euro (200 000 euro) – które może być wci­śnięte tak ele­gancko że nic a nic nie bę­dzie przypominać ła­pówki.

I niby dlaczego naukowiec ma uważać że robi coś złego – przecież trzeba jakoś głu­pimi ludźmi wstrzą­snąć aby należycie dbali o środowisko. Niech się boją – nic im to nie zaszko­dzi.

To nie są żadne śmieszne teorie spiskowe. Korup­cja była, jest i będzie. Są spe­cjalne urzędy do jej tro­pie­nia i zwalczania, a o aferach korupcyjnych czytamy niemal codzien­nie. Kryje się ile może, nie­mniej można jej się domy­śleć.

Oto ciekawy i być może celny pogląd, mianowicie:
Być może klimat do którego zmierzamy jest taki jaki być powinien, czyli że to klimat obecny jest od­chy­le­niem od normy której zresztą nie ma albo jej nie znamy i nie po­znamy.
Faktycznie
czy klimatolodzy ustalili jaki klimat jest wzorcowy? i że powinien być stale taki. Dla­czego więc ma się nie zmieniać sam z siebie? (przecież wszystko się zmienia). A jeśli się zmienia, to jasne że musi to po­wo­do­wać różne zakłócenia i nie­dogodności. A może zmienia się na lepszy?

 

Siatkówka i koszykówka

IX  2018

Oto jak widzi przypadkowy człowiek mecz siatkówki zawodowców:

Serw, odbicie, odbice, wyskok przy siatce do ścięcia - z drugiej strony wyskok do blokady, ktoś zdo­bywa piłkę, zwycięzcy zbierają się w koło i poklepują po ple­cach. Po czym nastę­puja po­wtórka – tyle tylko że cza­sem odbiją 3 razy, a czasem 5 – ale najśmieszniejsza część spektaklu, tj pokle­py­wanie, nas nie omi­nie.

To nie jest pokaz zręcznego odbijania piłki, lecz pokaz ścinania i poklepywania. W gruncie rzeczy mógłby sę­dzia rzucać piłkę nad siatkę i – kto pierwszy doskoczy do ścięcia? – po co ten serw i kilka od­bić? – to tylko zby­teczny wstęp.

Oczywiście w tym wszystkim wzrost odgrywa bardzo ważną rolę – i dlatego prefe­ruje się 2-me­trow­ców – rów­nież w koszykówce, gdzie zamiast rzucić do kosza można niemal wło­żyć.

Nie ulega wątpliwości że gry te się zdegenerowały. Jaka rada?

Podwyższyć wszystko o jeden metr. Niech teraz sobie ścinają i wkładają.

 

Głupiejemy!?    (zakładka IQ)

23  IX  2018

Oto niesłychanie zaskakujący text znaleziony pod

https://www.salon24.pl/u/zetjot/879626,dlaczego-ludzki-mozg-maleje-i-co-to-moze-ozna­czac

Jeśli to prawda, to już dotknęło to właśnie Salon24. Nie podano bowiem odniesień do źró­deł (jacy bada­cze? ilu?) ani nawet nie podano autora tego artyku­liku. Nie­mniej... proszę czytać:

Badacze ludzkiego mózgu podają, że masa mózgu, która w pewnym momencie osiągnęła poziom 15001800 g, zmniejszyła się o 150 g, a to jest sporo, bo ok.10%.

Czym to wytłumaczyć ? 

Być może są to zmiany degeneracyjne, ale chyba naj­łatwiej wytłumaczyć to tym, że mózg, a do­klad­nie jego umy­słowa struktura ma charakter społeczny, więc jego pa­rametry zależą od spo­łeczności, a kon­kret­nie od systemu relacji społecznych, w ja­kie wchodzą jed­nostki. Jak wskazuje teoria ewo­lucji mózg rósł wraz ze wzro­stem li­czeb­ności ludzkich grup i ko­niecznością radzenia sobie z ro­snącą liczbą inte­rak­cji i relacji mę­dzy­oso­bowych. Obec­nie, skala skomplikowania tych relacji nie uległa zmianie, ale ule­gły zmia­nie inne czyn­niki zwią­zane ze strukturą społeczną. 

W obecnej fazie cywilizacji siatka powiązań społecz­nych osiągnęła taką gęstość, że do ra­dzenia so­bie ze stop­niem skomplikowania tej sieci zaczęto stosować rozmaite technologie oraz rozwią­zania instytu­cjo­nalne. I tym oto sposobem tak rozbudo­wana siatka in­frastruk­tury spolecznej zdejmuje z jednostki ciężar podejmo­wa­nia rozmaitych decyzji. W niektó­rych dzie­dzinach ta infra­struktura po­sze­rza sferę ludz­kich moż­liwości, ale w in­nych zdej­muje z jednostek niezbędną prak­tykę ćwiczenia np. umiejętności nawiązywa­nia rozmaitych bezpo­średnich relacji, co grozi kata­strofą (np. w rodzi­nie). Także instytucje państwowe przej­mują rozmaite funkcje ro­dzin i jed­nostek opieka społeczna, ju­gendamty, barnever­det, konwencje prze­mo­cowe. Instytucje stały się spo­łeczną pamięcią ze­wnętrzną. 

W ten oto sposób społeczeństwo, dzięki sieci urzą­dzeń pamięci zewnętrznej, stało się jed­nym gi­gan­tycz­nym su­permózgiem, więc fizyczny, biologiczny mózg, odcią­żony, utracił pewne funkcje i zmalał. I tak oto spolecz­ność ludzka zaczęła przypo­minać owady spo­łeczne, takie jak mrówki, ter­mity czy pszczoły, które, pomimo nie­wielkich mózgów, zacho­wują się bardzo racjonalnie. Za­gadką na tym etapie pozo­staje pyta­nie:

Jak na ten supermózg wpłynie sieć internetowa.?

Potwierdzenie tego zagrożenia znajdziemy w bada­niach i tezach jaki stawia nie­miecki neu­robio­log i psy­chia­tra, Manfred Spitzer, formułujący ostrzeżenia przed rolą cybersfery, pro­wadzacej do utraty pewnych podsta­wo­wych zdolności po­znawczych i manualnych w po­koleniach żyjących w cybersfe­rze. 

W takim supermózgu spolecznym, rola jednostki ule­głaby radykalnemu ogranicze­niu. To zagro­żenie prze­ma­wiałoby za zdecydowaną zmianą polityczną ograni­cza­jącą dominującą w ustroju demoliberal­nym rolę go­spo­darki konsumpcjonistycznej, która generuje tego ro­dzaju trendy alie­na­cyjne. 

Widać, że coś jest na rzeczy, bo właśnie dowiedzialem się o znakomitej kampanii anty­smartfono­wej. 

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/400839-cenna-kampania-tramwajow-warszaw­skich-wi­deo  

Prof. Manfred Spitzer byłby zachwycony, ale taki wi­deoklip to, moim zdaniem, zale­dwie po­czątek nie­zbęd­nej, sze­roko zakrojonej kampaniii skierowanej prze­ciwko całej cybersferze. 

Pozwolę sobie zamieścić jeszcze komentarz do mego tekstu o edukacji demolibe­ralnej na­pisany przez @fishera: 

"Według szeroko prowadzonych badań przez ośrodki w Wielkiej Brytanii i Norwegii po­cząwszy od końca XX wieku spada poziom wskaźnika IQ w badanej popula­cji. Do dzisiaj spadek wyniósł już 7 punk­tów. 

Wcześniej, przez cały wiek XX, wskaźnik IQ systema­tycznie rósł w tempie 3 punk­tów na dekadę (tzw. efekt Flynna).

Badania przeprowadza się na próbkach ludzi młodych dorosłych (1820 lat), dla­tego od­wrócenie trendu na­leży przypisać pokoleniu urodzonemu po roku 1975.

Nie ma jednoznacznego wyjaśnienia przyczyn zała­mania się wzrostu IQ, ale jedna z hipotez może wska­zy­wać na współczesną doktrynę edukacji (wprawdzie celem te­stu IQ nie jest badanie po­ziomu wy­kształce­nia, ale to model kształcenia decyduje o tym, w jakim stopniu kandydaci rozu­mieją zada­nia i po­trafią się po­słu­żyć od­po­wiednią metodą w celu znalezie­nia po­prawnego rozwią­zania). 

Jest to jeden z możliwych skutków liberalnych kon­cepcji edukacyjnych."

 

Apostazja Jana Pawła II

X  2018

Zaskakujące i szokujące spojrzenie. Klik­nij:  Apostazja

Dodajmy że w kościołach od około 40 lat nie śpiewa się już tradycyjnych pieśni religijnych, które lud przez tyle wieków (?) śpiewał  i które były w dawnych modlitewnikach i śpiewnikach (ostało się jeszcze tylko kilka kolend). Czemu nakazano kapłanom aby ich nie intonowali, dociec ciężko – wygląda na to że chodzi o ogólnie pojęty postęp. Poza tym atmosfera nabożeństw została strywializowana dopuszczeniem zachowań właściwych raczej dla zebrania towarzyskiego. Stary człowiek odnosi wrażenie że Kościól zaczął traktować sacrum z przymrużeniem oka.

 

Ana­bis

 

 

do Bry­dża

do Czy­taj!

 

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości

16 Wrze­ś­nia 2010

redaktor@czytaj.net

© Czytaj !