Ana­bis 3          

ANABIS

   16 Wrze­śnia 2010

„Polacy nie gęsi”

Mikołaj Rey napi­sał on­giś:

„A nie­chaj na­ro­do­wie wżdy po­stronni znają, iż Po­lacy nie gęsi, iż swój język mają”

co wielu wielce po­tem za­dzi­wiło:

„Co też ten Rey po­wypi­sy­wał? Prze­cież wia­domo, że gęsi to nie ryby i ję­zyk mają!”

Mędrko­wano, mę­dr­ko­wano aż wreszcie wy­my­ślono i obec­nie w Wi­ki­pedii znaj­duje się taka kwint­esen­cja tych wymy­słów:

„W po­słaniu tym au­tor, zgod­nie z ide­ałami Re­for­ma­cji, daje do zro­zu­mie­nia, że Po­lacy mają nie ję­zyk gęsi (ła­cinę, na­zy­waną tak od brzmie­nia jej wy­mowy, od gę­sich piór uży­wa­nych ów­cze­ś­nie do pi­sa­nia, a w kon­tek­ście le­gendy o gę­siach, które obro­niły Rzym) lecz swój wła­sny, pol­ski i tym sa­mym de­kla­ruje kultu­rową i poli­tyczną nie­za­leż­ność Rze­czy­po­spoli­tej od pa­pie­skie­go Rzymu

Wprawdzie Rey przy­stąpił do Re­forma­cji, jednak przypi­sy­wa­nie mu aż tak po­li­tycz­nego wy­dźwię­­ku tych słów jest nie­zmier­nie wy­du­maną prze­sadą, a 3 do­dat­kowe ar­gu­menty są wydu­mane wręcz śmiesz­nie:

1) brzmienie łaciny w ni­czym nie przy­po­mina gę­ga­nia (już prę­dzej można by to napi­sać o fran­cuz­czyź­nie) i nie można zna­leźć by ktoś w epoce Re­ne­sansu tak ła­cinę okre­ślał

2) gęsie pióra? - a co to ma wspól­nego z ich „języ­kiem”, poza tym że doty­czy gęsi

3) gęsi które oca­liły Rzym? – jesz­cze go­rzej.

Niektórzy brną w kom­pletny idio­tyzm:

„Mó­wiąc „gęsi ję­zyk” Rej miał na my­śli ję­zyk tych wszyst­kich, któ­rzy ule­gali wpły­wom cu­dzo­ziem­skim, któ­rzy mó­wili i pi­sali żar­go­nem, któ­rzy gę­gali, czyli beł­ko­tali. Nie­wy­klu­czone, że wprost na­zywał „gę­sim ję­zy­kiem” ła­cinę (sfery wy­kształ­cone po­sługi­wały się nią wtedy po­wszech­nie w do­ku­men­tach pi­sa­nych)”

Jak można przypu­ścić, że Rey uwa­żał ła­cinę za „żar­gon” i „beł­kot” !!!???

A przecież jest wyja­śnie­nie cał­kiem pro­ste:

Że gęsi mają język ana­to­miczny jest oczywi­ste, więc Rey mógł mieć na my­śli tylko ję­zyk praw­dziwy (mo­wę) – taki ja­kim po­słu­gują się lu­dzie. Po­lacy nie są gę­śmi, bo TAKI język mają - tyle tylko że jesz­cze (w cza­sach Reya) bar­dzo rzadko posłu­gują nim się w pi­śmie.

A że prze­ciw­stawił Pola­ków gę­siom?... rów­nie do­brze mógłby napi­sać „Polacy nie kaczki”, ale  być mo­że aku­rat gę­ga­nie za oknem prze­szka­dzało mu w pi­sa­niu (nb gę­ga­nie jest bardziej iry­tu­jące niż kwa­kanie).

Że nie na­pi­sał przy­miotni­kowo (np „Po­lacy mają nie gęsi ję­zyk, lecz swój wła­sny”)?... Tak jak napi­sał też jest do­brze! no i wcho­dził w grę zwy­kły kło­pot po­ety, aby li­nijka miała tyle sy­lab ile trzeba, w tym przy­padku 13.

Cała ta hi­sto­ria przy­po­mina słynne Mic­kie­wi­czow­skie 44, o któ­rym też spło­dzono wiele do­cie­kań i do­my­słów, mimo iż po­dobno sam Mic­kie­wicz wy­ja­śnił Se­we­ry­nowi Gosz­czyń­skie­mu, że wsta­wił 44 ot tak so­bie. A niby co miał wsta­wić?... rym jest, brzmi to do­brze i ta­jem­ni­czo, do at­mos­fery „Dzia­dów” pa­suje – chyba wy­star­czy.

 

ANABIS

18 Wrze­śnia 2010

Ciągi dal­sze

Mark Twain dorobił kie­dyś ciągi dalsze do dwóch umo­ral­niają­cych anegdot, ale – za­pewne przez prze­ocze­nie bądź znu­dze­nie – nie dorobił cią­gów dal­szych do tak zna­nych przypo­wie­ści jak dwie poniższe:

Przypowieść o ro­botni­kach w win­nicy

Gospodarz wy­szedł rano na ry­nek, by wy­na­jąć robot­nikó­w za 100 zł dniówki. A że pracy w winnicy by­ło dużo, wy­cho­dził jesz­cze czte­rokrot­nie – nawet go­dzinę przed zmierzchem – i najmo­wał tych co sta­li na rynku bez­czyn­nie: „Idź­cie praco­wać w mojej win­nicy, a co będzie słuszne, wie­czo­rem wam za­płacę” A kiedy nad­szedł wie­czór dał po 100 zł każ­demu. Ci co pra­cowali od rana obu­rzyli się, na co rzekł im: „Nie czy­nię wam krzywdy. Przecież umówili­ście się ze mną na 100 zł. Weź­cie co wa­sze i idź­cie. Czy mi nie wolno uczy­nić ze swoim, co chcę? Po­zwólcie mi być do­brym”

Ciąg dalszy:

Drugiego dnia rano go­spo­darz zastał na rynku tylko  trzech chęt­nych do pracy. Wy­chodził jesz­cze trzy razy, ale za­stawał nie­wielu wię­cej. Dopiero pod wieczór zna­lazł do­sta­teczną ilość. Kiedy wypła­cił każdemu po 100 zł, nie było tym ra­zem żad­nego szem­ra­nia, po­nie­waż ro­bot­nicy wy­najęci wcze­śniej zo­stali już dys­kret­nie po­uczeni przez wczo­raj­szych (i za­pro­szeni przez nich na nocną po­pi­jawę). Niemniej w win­nicy nie zostało wy­ko­nane to co nale­żało tego dnia wy­ko­nać.

Trzeciego dnia gospo­darz do­piero pod wie­czór zna­lazł chęt­nych do pracy – tym ra­zem bar­dzo wielu. Przez go­dzinę nie zdołali wy­ko­nać ani piątej czę­ści ko­niecznej na ten dzień pracy, zwłasz­cza że w na­tłoku prze­szka­dzali sobie wza­jem­nie. Każdy do­stał 100 zł – i wszyscy ra­zem zdrowo pili do nocy za zdro­wie go­spo­da­rza. Czwartego dnia...

Przypowieść o synu mar­no­traw­nym
Gospodarz miał trzech synów. Naj­młod­szemu znu­dziła się praca u ojca – zażądał swojej czę­ści ma­jąt­ku, po­szedł w świat i roz­trwonił wszystko na hu­lanki i la­dacz­nice. A nie mogąc nig­dzie zna­leźć pra­cy, wrócił skru­szony do domu. Ojciec nie czy­nił mu żad­nych wy­rzu­tów – przyjął go do domu, obda­ro­wał so­wi­cie i wydał ucztę z oka­zji jego po­wrotu. Starsi sy­nowie się wzbu­rzyłi: „Nigdy nas tak nie ob­da­ro­wa­łeś ani nie wy­pra­wi­łeś nam uczty". Lecz on im od­po­wie­dział: „Wię­cej ra­duję się serce moje ze skru­chy syna marno­traw­nego niż z dwóch synów któ­rzy żyli spra­wie­dli­wie”

Ciąg dalszy:

Następnego dnia średni syn za­żądał swojej czę­ści ma­jątku. Otrzymaw­szy ją, znik­nął na rok i przepu­ścił wszystko na hu­lanki i la­dacz­nice (zasię­gnąw­szy przed­tem po­rady najmłod­szego, gdzie i jak czynić to naj­przy­jem­niej). Kiedy wrócił z (udaną) skru­chą do domu, oj­ciec nie drę­czył go wy­mówkami, lecz ob­da­ro­wał i wy­prawił ucztę – skromniej wpraw­dzie, bo ma­jątek był uszczu­plony, a naj­młodszy przy­zwy­czaił się do le­ni­stwa. Kiedy najstarszy syn pro­te­stował, oj­ciec rzekł: „Skoro ze skru­chy naj­młod­szego się rado­wa­łem, to czyż mam nie rado­wać się ze skru­chy śred­niego”

Następnego dnia naj­star­szy syn za­żą­dał swojej czę­ści ma­jątku, a otrzy­maw­szy ją zro­bił to co bra­cia młodsi. Kiedy po roku wró­cił, urado­wany ojciec dał mu stare buty i wyto­czył z piw­nicy be­czułkę skwa­śnia­łego wina na ucztę. Po czym wziąw­szy resztę go­towi­zny, umknął chył­kiem z domu by użyć sobie na stare lata. Kiedy wró­cił...

 

 

23 Października 2010

Skasować „o kreskowane”

Dla tych co narzekają na męczarnie ortograficzne projekt radykalny:

SKASOWAĆ „o” kreskowane – wszędzie gdzie dotąd było „o kreskowane” pisać  i WYMAWIAĆ „o”

narod = naród (narodowy)

gwoźdź  = gwóźdź (gwoździe)

osemka = ósemka  (osiem)

moj = mój (moje)

kłotnia = kłótnia

kłopotow = kłopotów  (nieco dziwnie, ale ujdzie)

woda = woda albo... wóda 

(to ostatnie to chyba jedyny kłopot, no ale z wódy można zrezygnować albo pisać ją „wuda”)

Skoro nasi pra-pra-pra-...-dziadowie zaczęli wymawiać „a nosowe” jako „o nosowe”

(czemu? tego już chyba nikt nie dojdzie), to i my damy sobie radę. Odwagi!

 

 

   

20 Marca 2017

Inteligencja mężczyzn a inteligencja kobiet

Wykres czerwony – rozkład in­teligencji kobiet

Wykres niebieski – rozkład in­teligencji męż­czyzn

 

Średnie wartości oznaczone są kreskami pio­no­wymi.

Jak widać średnia inteligencja mężczyzn (IQ = 100) bardzo nieznacznie przewyższa śred­nią inteligencję kobiet (IQ=97).

Tak nieznaczna przewaga (3%) wydaje się być bez znaczenia, jednak tak naprawdę przewaga męż­czyzn jako grupy jest miażdżąca!

 

 

Otóż im wyższe IQ tym więcej dana osoba wnosi do intelek­tualnego dorobku ludz­kości – zatem ci z większym IQ są waż­niejsi. A ci z podprzeciętnym niemal na pewno nic nie wnoszą.

Tak by było również wtedy gdyby gdyby inteligencja kobiet była równa inteligencji mężczyzn, a nawet ciut wyższa – decy­dujące jest bowiem rozproszenie wobec średniej, które u mężczyzn jest jak widać znacznie większe.

        

P.S.

1) Ta kwestia w ogóle nie jest podnoszona w rozważaniach – może przez polit-poprawność, a może jest niedostrze­gana.

2) Wynika stąd że rozrzut jakiejś cechy wartościowalnej jest dla populacji korzystny! (czyli – jednak różno­rodność)

 

 

VI  2017

Troska rządów o obywateli

W walce z nałogiem papierosowym zakazano ostatnio (zapewne Unia Europejska) umieszczania informacji o zawarto­ści ni­ko­tyny, substancji smolistych itp. Idea jest jasna – jeśli palacz wybierze papierosy mniej szkodliwe, to tym bar­dziej sobie zaszko­dzi, jako że wszystkie są jednakowo obrzydliwe, nawet gdyby miały zero czegoś tam.

Jest w tym przesłanie do producentów – a pchajcie do nich co wam się żywnie podoba, niech palacze się boją.

Ponadto na każdej paczce musi być obrazek obrzydzający palenie, z podaniem jakiejś choroby przez nie wywoływa­nej.

Wynotowałem:

zęby, dziąsła, miażdzyca, płodność, płuca, wzrok, zawał, impotencja, jama ustna,

udar, gardło, niepełnosprawność, poronienie.

 Ale to mało. Proponuję: „Palenie jest przyczyną homofobii”  „Palenie powoduje poglądy prawicowe”

I jeszcze coś z tych idiotyzmów:

W Australii Zachodniej dodatkowo zakazane jest dostarczanie e-papierosów bez nikotyny, które przypomi­nają produkty zawierające tytoń.

 

Chodzi o e-papierosy, które podgrzewają tytoń, ale nie wypuszczają żadnego dymu. Są traktowane jako mądra alternatywa dla zwykłych papie­rosów, ludzie jednak ciągle wdychają rakotwórcze i szkodliwe substancje. Tego typu urządzenia będą podlegać ograniczeniom wiekowym, jak  zwykłe papierosy, oraz zosta­nie zakazane ich reklamowa­nie. [Minister Zdrowia Holandii - Paweł Blokhuis]

 

Wiele badań pokazuje, że palący e-papierosy są później bardziej skłonni palić papie­rosy, więc e-papierosy to poważne zagrożenie zdrowotne. [radny Shawn Klein]

 

Ekonometria

luźny wyciąg z dyskusji na pewnym forum

10  III  2018

Pikier

Od czasu do czasu ktoś sobie życzy konsultacji (korepetycji) z ekonometrii. Ze 3 razy udało mi się temu sprostać - nic nie rozu­miałem, ale skutecznie pomogłem zmałpować według studenckich notatek.
Ostatnia moja próba zrozumienia czegoś z ekonometrii to uniwersytecki wykład zaczynający się od:
Model konsumpcji
Przez Y(t) oznaczamy całkowity popyt konsumpcyjny w miesiącu t, a przez X(t) dochody gospodarstw do­mowych w tym okre­sie. Przyjmujemy, że Y(t) = a0 + a1X(t) + e(t) , gdzie a0 wydatki stałe, a1 część dochodów przeznaczona na konsumpcję, a e(t) składnik losowy. W modelu zakładamy, że a0 i a1 są stałe, a w rzeczy­wistości są one tylko wolno-zmienne.

No i znowu niczego nie zrozumiałem...
Jaki popyt? skoro gdzie indziej czytam że "popyt = funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilo­ścią, którą skłonni są zakupić nabywcy". Gdzie tu cena, ilość, skłonność?
Dlaczego X(t) to łączne dochody gospodarstw? czyli tak jakby było jedno gospodarstwo.
Czemu wydatki (stałe) dodawane są do dochodów?
Co to takiego "wolno-zmienne"? (pierwsze słyszę)
I wreszcie najważniejsze - jakim cudem można coś z tego wywnioskować? coś tu zbadać?

Potem było jeszcze kilka tego rodzaju modeli - nadal nie zrozumiałem co się modeluje, a zwłaszcza po co?

Spodziewałem się że teraz będą proste przykłady wprowadzające, ale nic z tego: od razu nastąpiła wysoce zaawanso­wana alge­bra liniowa, tak na oko nie mająca związku z tymi modelami.
Uznałem że ekonometria to szarlataneria. A cóż innego mogłem pomyśleć?
Niewykluczone że to jednak nauka, ale by to stwierdzić musiałbym gdzieś znaleźć wykład ekonometrii n o r m a l n y. Kto wie - może istnieje? ale gdzie?

 

MarcinPr

Drogi Pikierze. Jeśli masz zamiar ocenić dziedzinę zwaną "ekonometrią", to polecam poszukać jakiejś książki, a nie skryptu na­pisanego przez kogośtam na jakiejśtam uczelni. Widziałem często różne skrypty i najczęściej skupiają się one na wytłu­maczeniu jak się cośtam liczy nie starając się nawet przybliżyć co się liczy (zresztą na takiej uczelni eko­nomicznej może być trudno zro­zumieć modele matematyczne, jak się nie wie zbyt dobrze co to jest zmienna losowa, a tym bardziej proces stochastyczny lub stochastyczne równa­nie różniczkowe).
Przeraża mnie, że inteligentne osoby są w stanie wyrażać takie opinie o nauce bazując na szczątkowych in­formacjach.

Pikier

To wykład sygnowany przez Wydział Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego i współfinansowany przez Unię Eu­ropej­ską. I co z tego, skoro nie przybliża bardziej ekonometrii niż notatki z uczelni eko­nomicznych (chyba nawet mniej, a imo w ogóle) - tyle tylko że potem bardziej przytłacza zaawanso­waną algebrą liniową, nb wyglą­dającą na sztuczną doczepkę dla popisu.
Jeśli ktoś nie potrafi wyłożyć prosto i jasno istoty sprawy, to znaczy jest niewiele warta.

 

Pikier

Czy jak popyt jest bardziej elastyczny to dobrze czy źle?

Elastyczność popytu to wynaleziony w ekonometrii wskaźnik będący ilorazem następujących wartości bezwzględnych:

[względna zmiana popytu w procentach] przez [względna zmiana ceny w procentach]

czajmar

A to zależy, i to w wielu aspektach, jaką elastyczność popytu mamy na myśli, cenową czy dochodową (albo i mie­szaną) i jaka jest skala tej elastyczności oraz z czyjego punktu widzenia patrzymy.
Przykładowo popyt o bardzo dużej elastyczności cenowej może być albo korzystny dla producenta danego dobra albo nie­ko­rzystny przy dużej wrażliwości cenowej, bo jak ceny wzrosną (nawet z przyczyn niezależ­nych od produ­centa np. podatki, kurs walutowy czy cena półproduktu) a elastyczność popytu na dane do­bro jest wysoka to może okazać się że spadek po­pytu na nie będzie tak duży że może załamać biznes tego producenta/dostawcy.
Tak więc nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo wszystko jest względne.

 

Pikier

Czyli pożytek ze zmierzenia elastycznośći popytu jest pod sporym znakiem zapytania.
A może wobec tego skorzystać z "punktowej elastyczności popytu"...
Oto jak się go mierzy (wg wikipedii, w oparciu o jakiś podręcznik):
Aby wyznaczyć elastyczność punktową należy postąpić w następujący sposób:

1.                               Do wybranego punktu na krzywej wyznaczyć linię styczną (punkt P).

2.                               Zmierzyć odległość między punktem P a osią odciętych i punktem, a osią rzędnych.

3.                               Elastyczność w tym punkcie jest stosunkiem długości między punktem a osią odciętych i punktem, a osią rzędnych.

Oczywiście wszystko zrozumiałem, tyle tylko że... ROTFL

 

czajmar

Wprost przeciwnie, znajomość elastyczności popytowej i dochodowej pozwala firmom a państwu prowa­dzić świado­mie ak­tywną politykę cenową. Przykład zastosowania wiedzy o niskiej elastyczności cenowej usług pocztowych w USA - dochody poczty spadały z uwagi na konkurencję prywatną, rozwój usług elek­tronicznych, zagrożenia paczek wąglikowych po 9/11 itp. więc w połowie 2002 r. US Postal Service zmu­szona była podnieść ceny znaczków np. I klasy z 34 do 37 centów ( a średnio o 7,9%), co w ciągu 3 miesięcy spowodowało wprawdzie spadek ilości wysyłanych li­stów o 2,7% ale za to wzrost przychodów o 4,3%. Oni zbadali że przy wzro­ście ceny znaczka do 3 centów popyt będzie względnie sztywny.

Pikier

Przyjrzałem się znowu tej "elastyczności popytu" (patrz wikipedia) i stwierdzam że jest to sztuczny dzi­waczny wskaź­nik - do ni­czego nie potrzebny. Wystarczy nanosić co jakiś czas dane, aby uzyskać dotych­czasową orientacyjną za­leżność sprze­daży (po­pytu) od ceny, a jak dalej będzie ta funkcja przebiegać, to może być rozmaicie (wszystko się zmienia - wiele zmian można prze­widzieć zwykłym zdrowym rozsądkiem).
Dla matematyka wskaźnik ten jest idiotycznym dziwolągiem, a (zacytowany przez mnie wcześniej) sposób wyliczania "punktowej elastyczności popytu" wywołuje paroksyzm śmiechu. Oczywiście każdy wskaźnik coś tam wskazuje, ale po co co coś tak wy­dumanego wprowadzać, skoro wystarczy sporządzić najzwyklej­szy wykres funkcji.
Całość przypomina wysiłki Głupiego Jasia, który usilnie stara się wymyśleć coś nowatorskiego w matema­tyce.
Jednak - "w tej głupocie jest metoda" (a co moim zdaniem chodzi, napiszę później).

A teraz o rzekomym wykorzystaniu wskaźnika "elastyczności popytu" przez pocztę w USA:
Co robi Prosty Jasio będący prezesem Poczty, kiedy dochody spadają?
Oczywiście myśli o podwyżce cen, bo to najłatwiejsze. Oczywiście niewielkiej, bo...
Znaczki są i tak tanie, więc jasne że w małym stopniu zmniejszy to wysyłanie listów, więc wpływy powinny nieco wzro­snąć.
Ot cała filozofia, do której niepotrzebna jest żadna "elastyczność popytu". Może się jednak zdarzyć że po­trzebna jest pod­kładka "naukowa", a ponieważ matematyka zawsze budzi szacunek, nie zaszkodzi wydać kilka tysięcy dolarów dla uczo­nego ekonome­try, który uzasadni to w sposób wielce "naukowy" - bo to co potrafi Prosty Jasio jest zbyt proste, aby wzbu­dziło szacunek.
Podobnie jest z zapałkami. Kupuję je regularnie w niewielkich ilościach, i jeśli cena wzrośnie nawet o 50%, zapewne tego nie za­uważę. Ale jeśli wzrośnie za bardzo, przerzucę się na zapalniczki (może nie tyle z po­wodu oszczędności, lecz aby uka­rać pro­du­centa za zbytnią pazerność).

 

czajmar

..... mógłbym podać parę ciekawych pomocniczych zastosowań elastyczności w finansach i inwestowaniu, ale to tro­chę wyższa szkoła jazdy i raczej dla ograniczonego kregu zainteresowanych.

 

Pikier

Po co aż tak głęoko sięgać? Jeśli na początku czegoś nie rozumiem, to dalej tym bardziej.
W opisach unikane są przykłady, a ja mam już problem z wyliczeniem Cenowej Elastyczności Popytu. Niby proste i ła­twe, ale pewna "dziwność" wyników nasuwa mi podejrzenie że w ekonometrii inaczej się rozumie najzwyklejsze ter­miny mate­matyczne.
Zapewne nie będzie Ci trudno machnąć kilka przykładzików wyliczania:
pomiar 1 - cena i popyt
pomiar 2 - cena i popyt
cenowa elastyczność popytu (za ten okres chyba?) = ?
Mam tu już problem chociażby z tym że nic nie mówią o czasowej kolejności pomiarów (który jest wcze­śniejszy). Za­pewne pierwszy jest wcześniej, ale niczego w dzisiejszych czasach nie można być pewnym. A może to nieważne?

 

Pikier

Tę definicję "punktowej elastyczności popytu" (co mnie tak rozśmieszyła) znalazłem dokładnie powtórzoną w innym pliku, ale zilustrowaną rysunkiem. Okazało się że w ekonometrii odległość punktu od prostej wcale nie mierzy się wzdłuż prosto­padłej - w tym przypadku mierzy się ją wzdłuż tej stycznej !! (co wyjaśniło do czego była wogóle po­trzebna). Teraz widzę że mogłem się tego domyśleć, ale zgubił mnie nawyk dosłow­nego odczytywania tego co jest napisane.
W definicji "elastyczności popytu" zadziwia mnie to że wyrażenia dzielone są ujęte w moduły. Oznacza to że dla ela­styczno­ści jest obojętne czy popyt rośnie czy maleje - chodzi tylko o jego zmienność wte lub wewte. W fizyce odpo­wiadałoby to nierozróż­nianiu przyśpieszenia od spowolnienia. Tu jednak nie fizyka - tu cho­dzi o pieniądze!!! - więc coś takiego jest jesz­cze bardziej zdumiewające.

 

czajmar

No wreszcie trochę zajarzyłeś (lol), ale faktycznie nie wszędzie opisy elastyczności czy podaży są dokładnie opi­sane.........

 

Pikier

Ja "zajarzyłem"?? - a niech piszą normalnie, a nie jak niedbali niedouczeńcy!
Chyba od stworzenia świata odległość punktu od prostej mierzy się najkrótszą drogą.
Jeśli moduł jest zbędny, to po co go wstawiać - właśnie ze "względów wygodnościowych" należy go pomi­nąć.

A zresztą nie wydaje się zbędny, bo wzrost ceny może jednak spowodować wzrost popytu. Np kiedy cena jest zbyt ni­ska, może to skut­kować małym zainteresowa­niem nabywców - "To tak tanie, że nie może być wiele warte; nie kupię" (czego doświadczyłem, kiedy wyzna­czyłem zbyt ni­ską cenę za swoje usługi).

No i w ogóle (o czym wcześniej już wspomniałem) ten cały koncept "elastyczności" jest zbytecznym dziwo­lągiem, tylko za­ciem­niającym istotę sprawy - wystarczyłaby zwykła funkcja popytu w zależności od ceny.

Wyobraźmy sobie że Newton wyraził Prawo Powszechnego Ciążenia przy pomocy elastyczno­ści. Brzmiałoby to tak:

Elastyczność atrakcji to stosunek %-wego zmniejszenia siły przyciągania do %-wego zwiększenia odległości ciał.
Oczywiste że byłoby to LOL, a nawet ROTFL (a fizycy popukaliby się w czoło).
A teraz wyobraźmy sobie że jakiś nawiedzony fizyk zaczyna popisywać się nowatorskim ujęciem przerabiając w ten sposób wszelkie prawa fi­zyczne - i aby nadać temu pozory sensu nazywa tę swoją fizykę... fizykometrią.

 

A teraz wyjaśnię swoje wcześniejsze "w tej głupocie jest metoda"...
Napisałem już o książce "Modne bzdury" demaskującej nonsensy płodzone przez intelektualistów-humani­stów (filo­zofów, so­cjologów itp), którzy usilnie a bezsensownie używają terminologii, metafor a nawet twierdzeń z nauk ści­słych do podbu­dowa­nia, nadania głębi, a nawet uzasadnień itp wywodom ze swojej dziedziny.

Dlaczego? bo matematyka budzi szacunek.

"FASHIONABLE NONSENSE: Postmodern Intellectual's Abuse of Science" Alan Sokal + Jean Bricmont, 1998
Alan Sokal po 3-miesięcznym wysiłku ułożył nonsensowny artykuł oparty na autentycznych bzdurnych wypowiedziach intelektuali­stów, który to artykuł w dobrej wierze opublikowało prestiżowe amerykańskie pismo "Social Text". Tytuł ar­tykułu to "Transgresja granic: ku transformatyw­nej hermeneutyce kwantowej" - a ogólnie rzecz biorąc ilustruje próby stosowania wyników, a raczej sa­mego języka, ma­tematyki i fizyki do nauk humanistycznych - obficie upstrzony auten­tycznymi cytatami. Parodia ta wywołała sporą wrzawę.

Humanistów dość łatwo w tym przypadku zdemaskować, ale ekonometrów znacznie trudniej, bo ich dzie­dzina to wła­ściwie od­gałęzienie matematyki. Sądzę że po to właśnie powstała ekonometria - aby bogatą szatą matematyczną i dzi­wacznymi niejasnymi konstrukcjami zdobyć pozór rzetelnej i przydatnej wiedzy - i umożliwić ekonometrom karierę naukową. Wska­zują na to już pierwsze próby jej zgłębienia i sądzę że po dłuższym przysiedzeniu fałdów potrafiłbym napisać książkę pt "Modne bzdury w ekonometrii".
A że o tym cicho i chyba tylko ja tak twierdzę... no cóż, zacytuję powiedzenie krążące w środowiskach na­ukowców:
"Nigdy nie można przesadzić w pochlebianiu kolegom" albo trywialniej "ręka rękę myje" - dziś ja ci pochle­bię, a ty mnie ju­tro (NB zjawisko to już dawno temu zostało odzwierciedlone w literaturze)

 

Gerwazy?

IV  2018

W XII Księdze "Pana Tadeusza" Gerwazy mówi tak:

Prawda, że się wywodzim wszyscy od Adama,
Alem słyszał, że chłopi pochodzą od Chama,
Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema,
A więc panujem jako starsi nad obiema.

 

Otóż z dawien dawna (już w XIII wieku, w Kronice Wincentego Kadłubka) panowało wśród polskiej szlachty bajanie że stan chłopski wywodzi się od Chama, szlachecki od Jafeta, a Żydzi są potomkami Sema. Było to powszechnie znane i często powta­rzane. Jakim więc cudem Gerwazy mógł to tak przekręcić?

Jest przecież w „Panu Tadeuszu” postacią najzupełniej poważną, zatem musiało się coś pokręcić Mickiewi­czowi. Ale żeby po­pełnić aż taką pomyłkę, musiał być podczas pisania kompletnie zamroczony nadmiarem wypitego wina. Bar­dzo dziwne jest to że nie zostało to później poprawione, a jeszcze dziwniejsze że zdaje się nikt dotąd nie zwrócił na to uwagi (!?).

Drobną zabawną pomyłkę w „Panu Tadeuszu” wyłowił Julian Tuwim w „Cicer cum caule”–

otóż gdzieś tam w środku „Pana Tadeusza”  jest linijka pozbawiona bliżniaczej zrymowa­nej.

 

Głupota gremiów

VI  2018

Gremium to ogół członków jakiejś grupy (zespołu, komisji, parlamentu) mającej zadanie do wspólnego wy­konania. Trzeba przy­znać że nader nader często wyniki działania gremiów uznajemy za niezadowalające – za nieprzemyślane, nieuzasadnione, a na­wet za ewidentnie głupie. Czemu tak się dzieje? – przecież rze­komo „Co dwie głowy to nie jedna”, a cóż dopiero kiedy głów jest 10...

W 1895 Gustaw Le Bon opublikował słynną książkę pt „Psychologia tłumu”:

Tłumy pod względem psychologicznym są tworem anormalnym, ponieważ rządzą nimi popędy i cechują je zachowa­nia irracjo­nalne, ze skłonnością do ulegania sugesti. Intelekt grupy nie jest sumą intelektów two­rzących ją osób. Wręcz przeciwnie: czło­wiek w grupie traci zdolnność postrzegania, słyszenia, rozumienia, samodzielnego myślenia.

Jest to poniekąd zrozumiałe – kiedy znajdziemy się w podnieconym tłumie 100 osób, niełatwo nam zacho­wać trzeź­wość umysłu, niełatwo nie podążać za sforą.

Le Bon podał wiele przykładów irracjonalnych działań tłumu, stwierdził jednak przy tym coś znacznie moc­niejszego:

„Nie ma potrzeby, żeby tłum był liczny. (...) Jak tylko kilka osób zbierze się razem, już tworzy tłum, nawet w przypadku kiedy są wybitnymi uczonymi. (...) Zdolność obserwacji i krytyki, którą posiada każdy z tych uczonych z osobna, na­tychmiast ginie w tłumie”

Dlatego właśnie wstawiłem w tytule „gremia”, bo Le Bonowi nie chodziło tylko o tłum w rozumieniu po­tocznym – twierdził że „tłumizm” zdarza się nawet w gronie kilku osób – i to nawet kiedy mają intencje jak najuczciwsze.

Jeśli miał rację, to sprawa jest beznadziejna – na nic najlepszy zarząd, komisja, konferencja, walny zjazd delegatów – nic to nie pomoże, nadal będzie głupio.

Postawmy więc pytanie: Czy aby na pewno Le  Bon miał rację?

Mechanizm tego zjawiska (jeśli istnieje) jest dość zagadkowy. Le Bon wniósł w jego wyjaśnienie niewiele – tłumaczył je podat­nością na sugestie (zarazą umysłową) i przesadną uczuciowością. Dobrze byłoby więc postawić drugie pytanie:

Jak to działa? jakie szczególowe mechanizmy to wywołują? 

 

Jak się odgryzać

VII  2018

Poznanej przy barze kobiecie powiedział że jest wdowcem i zaprosił ją do siebie. W środku nocy przyznał się do kłamstwa - żona wyjechała. Usłyszał:
- Ja też skłamałam. Należy się 300 złotych.

Książę D. bardzo długo ubiegał się o względy margrabiny M. aż w końcu dopuściła go do siebie na noc. Rano, aby upokorzyć ją za tak długą zwłokę, położył na stoliku 30 liwrów. Margrabina przeliczyła i zwróciła mu 20 ze słowami:
- Oto reszta. Nie widzę powodu, by brać od pana więcej niż od innych.

 

Anegdoty ze sfer szkolnych

VII  2018

Znam człowieka mądrego, ale kto to jest ujawnić nie mogę. Dlaczego? Bo publiczne chwalenie kogoś za mądrość jest obrazą – podobnie jak chwalenie za uczciwość.

Przytoczę tylko 3 anegdotki z okresu kiedy był nauczycielem matematyki w podstawówce:

Ale Ty masz...

Koleżanka-nauczycielka studiowała zaocznie matematykę i poprosiła go kiedyś o obliczenie iluśtam po­chodnych. Kiedy zoba­czyła jak biegle to robi, wykrzyknęła z podziwem: - Ale ty masz pamięć!

Ale te dzieci...

Zdarzało się że nauczycielki nie mogły wyjść z zadziwienia, że dzieci potrafią być aż tak głupie. Aliści nade­szło pole­cenie aby uczyć dzieci liczenia w systemach niedziesiątkowych – i wówczas pewnego razu zastał te nauczycielki nad tym się właśnie bie­dzące.

 Rozmowa z dyrektorem

- Prawda że A, panie dyrektorze ?

- Oczywiście!

- Jeśli A to B, nieprawdaż?

- Ależ ma się rozumiec!

- Jeśli B to C ?

- Ależ naturalnie

- Jeśli C to D ?

- Skądże! Nie, nie.

 

„Pan Tadeusz” do poprawki?

VIII  2018

Czytając go (chodzi oczywiście o epopeję Mickiewicza) spotykamy wiele dziwologów w postaci poprzekrę­canych słów, a czasem  niezręczną stylistykę. Zapewne gdyby dzisiaj Mickiewicz oddał go jakiemuś wydaw­nictwu, to mento­rzy językowi napoprawialiby co by się dało, a co do reszty to zażądaliby poprawek. Ale do tak szacownego dzieła nie śmią przyczepiać się, a w przypisach usprawiedliwiają przekręcenia jak mogą – najczęściej tym że rzekomo tak daw­niej pisano.

Tymczasem wyjaśnienie jest proste...

Nawet Mickiewiczowi niełatwo było napisać coś tak olbrzymiego i częstokroć musiało mu brakować zręcz­nego pomy­słu bądź lep­szego wysłowienia, Gdyby za każdym razem długo deliberował, to zapewne ze­szłoby mu znacznie więcej czasu (nb podobno pi­sał w pośpiechu) i cyzelowanie rozproszyłoby kontrolo­wanie całości. Zatem jeśli np linijka nie miała 13 zgłosek, to bez par­do­nu przerabiał wyraz jak mu w duszy grało, byle iść dalej. I zapewne nawet jeśli to co na­pisał niezbyt mu się podobało, to go­nio­ny pośpiechem machał ręką i pisał dalej. Być może zamierzał wszystko potem wycyzelować, ale i to nie byłoby przecież ła­twe – za­pewne wymagałoby miesięcy. Tak więc w końcu zostawił to co jest.

Jeśli chodzi o scenariusz i postacie, to panatadeuszolodzy (zdarzają się tacy) wykryli nieco oczywistych pomyłek i przeinaczeń, nie­wielkiej rangi i niezbyt przeszkadzających. 

Z innych ciekawostek....

Julian Tuwim znalazł linijkę pozbawioną bliźniaczej zrymowanej w Księdze V – linijki 4045-4047: 

Zrazu rumieniła się, spuściwszy oczęta,

Potem smiać się zaczęli, w końcu rozmawiali

O jakimś niespodzianym w ogrodzie spotkaniu,

a my znaleźliśmy jeszcze drugą w Księdze I – linijki 470-472:

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Być może wartałoby „Pana Tadeusza” gruntownie i delikatnie popoprawiać – tj zrobić to co sam by praw­dopodobnie zrobił gdy­by starczyło mu czasu i siły. Kto ma odwagę – niech spróbuje! Jednak ostrzegamy przed językowymi men­torami – choć po­tra­fią oni wytknąć napisanie „kolenda” zamiast „kolęda” czy tym podobne głupstwo, to w tym przy­padku podniosą larum twier­dząc że Mickiewicz napisał bezbłędnie, bo „nie zmylił się mistrz taki”.

 

I jeszcze kilka konkretów natury ściśle ortograficznej...

„półk” – może i słusznie, bo niby dlaczego pisać przez „u” (a najlepiej niech każdy pisze jak mu się widzi)

„rądel” – oczywiście mentorzy by to wytknęli, mimo iż sami przerabiają odwrotnie: „kolendę” w „kolędę”

„rzęd” (w znaczeniu jeden za drugim) – bardzo słusznie: niby dlaczego raz „w rzędzie”, a innym razem „rząd”  

 

Na koniec śmiesznostka – przykład oceny serwowanej nastolatkom:

„Gra Wojskiego na rogu .... stanowi pokrzepienie serc Polaków, dając możliwość

przypomnienia o wspólnocie narodowej i jej tradycjach”

 

Czytaj ze zrozumieniem!

VIII  2018

Ktoś napisał że "X jest białe", a Tobie się wydaje że jest jednak czarne.
Nie alarmuj pochopnie że to fałsz, lecz najpierw sprawdź jak odczytują to inni.
Niewykluczone że świetnie wiedzą że X jest czarne, więc nie odczytują tego tak naiwnie jak Ty
tzn nie odczytują literalnie, lecz traktują to jako pewien skrót myślowy mianowicie wiedzą doskonale że intencję tego ktosia musiało być stwierdzenie że X jest czarne albowiem X jest naprawdę czarne.
Zatem wszystko w porządku
jest tak jakby ten ktoś napisał "X jest czarne".
Nie trolluj więc że coś ci się nie zgadza, a oszczędzisz wszystkim nerwów.
BTW Teraz już rozumiesz dlaczego do Facebooka zachęcają sloganem "Zobacz co lubią Twoi znajomi"

 

O pasożytach w internecie

IX  2018

To pewne zjawisko spokrewnione z hejtowanie i trollowaniem. Nazywaliśmy je dotąd „obsr... iem” bądź „dosr.....iem”, ale odtąd  będziemy je określać jako „pasożytnictwo”.

Jest to chęć zdobycia czyimś kosztem poklasku i uznania – pasożyt nie próbuje wysilić się na jakąkolwiek rzeczo­wość, lecz  ogranicza się do różnorodnych inwektyw przeciwko żywicielowi. Im znaczniejszy żywiciel – tym większa chwała. Nic to że pasożyt niemal niczym się dotąd nie wykazał – teraz pokaże że i on nie wypadł sroce spod ogona, że i on coś... potrafi.

Zazwyczaj ataki pasożyta są bardzo krótkie – kilka inwektyw wspartych zwykle insynuacjami (aby stworzyć więcej do inwektowania). Zdarzają się jednak ataki ambitniejsze,  jak np dwa poniższe:

1)

A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana... Dialogi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.
A polski aktor, proszę pana... To jest pustka... Pustka proszę, pana... Nic! Absolutnie nic. Załóżmy, proszę pana. Że jak polski aktor, proszę pana... Gra, nie?
Widziałem taką scenę kiedyś... Na przykład, no ja wiem? Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana, zapala papierosa... I proszę pana patrzy tak: w prawo... Potem patrzy w lewo... Prosto... I nic... Dłużyzna proszę pana... To jest dłu... po prostu dłu... dłużyzna, proszę pana. Dłużyzna...
Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie... Pan rozumie... I tak patrzę sobie... siedzę se w kinie proszę pana... Normalnie... Patrzę, patrzę na to... No i aż mi się chce wyjść z... kina, proszę pana... I wychodzę...

To była reakcja na czyjeś (lakoniczne) stwierdzenie że 3 stare polskie seriale uważa za nudne i zawierające głupoty. Oczywiście reaktor-pasożyt nie próbował nawet tej opinii odeprzeć, a wzamian wysilił się na popis pisarską elo­kwencją.

BTW Podobno to cytat z filmu „Rejs” – być może, ale co z tego?

2)

Gdybyś, Wielki Pikierze, w swoim Panteonie
siedział, to by ci Pablo nie patrzył na dłonie
którymi z klawiatury, opuściwszy szkoły,
jąłeś forum zapełniać jakimiś pierdoły ...
Solo w brydża?? Bridż-igrce ?? W pale się nie mieści !
Na dodatek te rymy od siedmiu boleści ...

To była reakcja na czyjeś różnego rodzaju oryginalnośći, łącznie z wierszykami. I znowu ani słowa jakiejkolwiek rze­czywistej krytyki, lecz same inwektywy ubrane w grafomański wierszyk.

Skoro trollowanie i hejtowanie jest wytykane i piętnowane, to pasożytowania też nie powinno się oszczędzać. Zwłaszcza kiedy moderatura jest niemrawa.

 

Strachu na Lachy

IX  2018

Najpierwsza hipoteza mówi że chodzi tu o Lecha z bajki o Lechu, Czechu i Rusie. Czemu jednak zmieniono Lecha na Lacha? ostatecznie można uznać że dla rymu (bo skłonność do urymowiania niewątpliwie istnieje).

Wysunęliśmy kiedyś hipotezę dość dziwaczną, mianowicie:

Polaków zaczęto nazywać Lachami na Wschodzie, gdzie również (chyba z uwagi liczność i dumę polskiej szlachty) nazywano ich "panami" (jasne pany, polscy jaśnie panowie itp). Na wschodzie byli również muzułmanie i nie jest wykluczone że "Lach" pochodzi od... "Al-lah" (względnie "Al-lach" obie pisownie są uprawomocnione i spoty­kane). Otóż "al" to przedimek, a "lah" to Bóg. Bóg jest czasem określany jako "Pan" (także w Koranie). Stąd wzięło się "Lach" jako Polak, a dokładniej "pan (polski)". Czyli od Tatarów do Rusinów, a potem do Polaków.

Szczerze mówiąć niezbyt w to wierzyliśmy (a mało to przypadkowych incydencji w słowach), aż w wreszcie trafiliśmy na informację następującą:

Starożytna nazwa grecka naszego Państwa to Lachia (kraj Panów), po ukraińsku nadal zwie się nas Lachami, stąd powiedzenia: “Strachy na Lachy” oraz “Pamitaj Lasze, szo po Wislu, to nasze”. Litwini, mimo osiemsetletniej indok­trynacji chrześcijańskiej oraz pięćsetletniej wspólnej państwowości z Polską, nigdy nie zmienili nazwy Polski na chrześcijańską i do tej pory Polska po litewsku to Lenkija (Lęchija), a Polak to Lenkas. Węgrzy zwą nas Lengyel i jest to połączenie dwóch słów: Lech i Angyel (Pan i Anioł), a nasze państwo zwą Lengyelorszag, co dosłownie oznacza Państwo Panów Aniołów.

 

Tak więc słowa „Lach” „pan” „Allah” mają wspólny rdzeń.

 

O mechanizmie społecznym  mówi Piotr Lutostański

IX  2018

Dobitne i zwięzłe wyłożenie – warto zapamiętać i poszczególne stwierdzenia w wolnych chwilach przemyśleć.

Warto poczytać o historii pieniądza, np o tym że dług był przed pieniądzem i co za pieniądz służyło; dodatkowo o negatywnych i pozytywnych efektach zewnętrznych, o dylemacie pasażera na gapę, o efekcie wspólnego pola, o wartości jaką dla wielu ludzi stanowi poczucie, że jest się dobrym człowiekiem (to sprawia, że dobroczynność może być działaniem egoistycznym!), o tym że taniej bogatym zrzucić się na chleb dla głodujących niż wydawać na ochronę osobistą, taniej zrzucić się na podstawowe leczenie, niż stawiać czoła zwiększonemu ryzyku różnych epi­demii, itd...

Pomaganie innym często jest opłacalnym, egoistycznym i racjonalnym działaniem przynajmniej dla rozumiejących dylemat. To kapitaliści stawiali pierwsze darmowe szkoły, czy szpitale, nie państwo! To prywatna aktywność Brytyj­czyków wymusiła na państwu przeciwdziałanie niewolnictwu, nie tylko w kraju, ale i na całym świecie!
Pomysł, że państwo (jakkolwiek je zdefiniujemy) jest w stanie pod przymusem ze złych ludzi robić ludzi dobrych lub że jakikolwiek polityk (urzędnik) będzie lepiej działał dla dobra ogółu i lepiej wiedział co nim jest niż zwykły obywatel jest idiotyzmem. Pojęcie "interes społeczny" jest niezdefiniowanym narzędziem służącym politykom do tłumaczenia działań w ich prywatnym interesie, itd...
Akumulacja kapitału jest niezbędna do innowacji. Prawidłowo uregulowany rynek zapewnia to, że w dłuższym termi­nie kapitał będą akumulowali Ci, którzy potrafią nim najlepiej zarządzać, a zatem najefektywniej organizować pracę innych, a to jest kluczem do wzrostu wynagrodzenia za pracę. Od pewnego poziomu bogactwa, to już nie człowiek posiada kapitał, a kapitał posiada człowieka i pełni on wręcz służebną rolę wobec innych efektywnie alokując kapitał i organizując pracę, gdyż nie jest w stanie skonsumować większości posiadanego kapitału.
Człowiek umiera, a to czego dokonał staje się dobrem z którego czerpią przyszłe pokolenia. Warto go jak najmocniej motywować do pracy, a nie demotywować przez podatki. Przy zerowym podatku: Mozart, Ford, Einstein, Darwin, Jobs, Sam Walton, i tym podobni nadal uzyskaliby tylko niewielki ułamek wartości, jaką wygenerowali dla swojego i następnych pokoleń.
Czas żeby ludzie zrozumieli, że to większość czerpie niezasłużone korzyści z geniuszu i pracowitości nielicznych, a nie na odwrót (przynajmniej w warunkach wolnościowych) i w interesie większości jest stworzenie im jak najlep­szych warunków i motywacji do pracy... Natomiast w interesie bogatych jest, aby wesprzeć najbiedniejszych i w wa­runkach wolnościowych będą to robić bez przymusu, czego dowodzi historia ( ale najbiedniejszych, a nie najsilniej­sze politycznie grupy interesu).
Zatem stawianie kapitalizmu na przeciw redystrybucji dochodów, jako alternatywy jest błędem. Re­dystrybucja zawsze jest i będzie nieunikniona
i na dodatek wspierana przez egoistyczny interes posiadających wię­cej.

Dylemat jest więc taki:             

Czy wspieramy wolność i państwo prawa, czy mniejszy lub większy zakres państwa totalitarnego?

 

Troska o los ludzkości

IX  2018

Jasne że nie należy zanieczyszczać środowiska i że już u zarania cywilizacji o to się starano. Zarazem jasne że należy to robić sensownie, oszczędnie i bez przesady.

Wyczytałem gdzieśtam że Unia Europejska wydała 2 biliony euro (2 z 12 zerami) na walkę z Globalym Ocieple­niem. Kwota to tak potworna, że postanowiłem ją sprawdzić. Niełatwe to było i w końcu należytego rozeznania nie uzyskałem, niemniej doszedłem do wniosku,

że kwota 100 razy mniejsza (!) jest pewna – czyli że UE wydała 2 z 10 zerami.

Wydaje się ją  na jakieś technologie i produkty energooszczędne, mniejzanieczyszczające itp, które oferują różne tzw podmioty gospodarcze.

Aby coś wielkiego komuś wielkiemu sprzedać, trzeba posmarować. Podobno przy fundusz łapówkarski wynosi zwyczajowo 10%. Nie tylko politykom – trzeba również urobić opinię publiczna, na co niech pójdzie zaledwie dziesiąta część tych 10% , czyli w sumie – 2 z 8 zerami euro na urobienie opinii publicznej.

Ludzie mają zaufanie do naukowców, więc zachęcamy naukowców aby skłonili ludzi do należytej troski o śro­dowisko, żeby postraszyli co nam grozi. Jeśli upatrzymy sobie 1000  klimatologów, to na każdego wypadnie 2 z 5 zerami euro. Dwieście tysięcy euro (200 000 euro) – które może być wciśnięte tak elegancko że nic a nic nie będzie przypominać łapówki.

I niby dlaczego naukowiec ma uważać że robi coś złego – przecież trzeba jakoś głupimi ludźmi wstrząsnąć aby należycie dbali o środowisko. Niech się boją – nic im to nie zaszkodzi.

To nie są żadne śmieszne teorie spiskowe. Korupcja była, jest i będzie. Są specjalne urzędy do jej tropienia i zwalczania, a o aferach korupcyjnych czytamy niemal codziennie. Kryje się, niemniej można jej się domyśleć.

Oto ciekawy i być może celny pogląd, mianowicie:
Być może klimat do którego zmierzamy jest taki jaki być powinien, czyli że to klimat obecny jest odchyleniem od normy której zresztą nie ma albo jej nie znamy i nie poznamy.
Faktycznie
czy klimatolodzy ustalili jaki klimat jest wzorcowy? i że powinien być stale taki. Dlaczego więc ma się nie zmieniać sam z siebie? (przecież wszystko się zmienia). A jeśli się zmienia, to jasne że musi to powodować różne zakłócenia i niedogodności. A może zmienia się na lepszy?

 

Siatkówka i koszykówka

IX  2018

Oto jak widzi przypadkowy człowiek mecz siatkówki zawodowców:

Serw, odbicie, odbice, wyskok przy siatce do ścięcia - z drugiej strony wyskok do blokady, ktoś zdobywa piłkę, zwycięzcy zbierają się w koło i poklepują po plecach. Po czym następuja powtórka – tyle tylko że czasem odbiją 3 razy, a czasem 5 – ale najśmieszniejsza część spektaklu, tj poklepywanie, nas nie ominie.

To nie jest pokaz zręcznego odbijania piłki, lecz pokaz ścinania i poklepywania. W gruncie rzeczy mógłby sędzia rzucać piłkę nad siatkę i – kto pierwszy doskoczy do ścięcia? – po co ten serw i kilka odbić? – to tylko zby­teczny wstęp.

Oczywiście w tym wszystkim wzrost odgrywa bardzo ważną rolę – i dlatego preferuje się 2-metrowców – rów­nież w koszykówce, gdzie zamiast rzucić do kosza można niemal włożyć.

Nie ulega wątpliwości że gry te się zdegenerowały. Jaka rada?

Podwyższyć wszystko o jeden metr. Niech teraz sobie ścinają i wkładają.

 

Ana­bis

 

 

do Bry­dża

do Czy­taj!

 

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości

16 Wrze­ś­nia 2010

redaktor@czytaj.net

© Czytaj !