Ana­bis 3                                  

 ANABIS

   16 Wrze­śnia 2010

„Polacy nie gęsi”  

Mikołaj Rey napi­sał on­giś:

„A nie­chaj na­ro­do­wie wżdy po­stronni znają, iż Po­lacy nie gęsi, iż swój język mają”

co wielu wielce po­tem za­dzi­wiło:

„Co też ten Rey po­wypi­sy­wał? Prze­cież wia­domo, że gęsi to nie ryby i ję­zyk mają!”

Mędrko­wano, mę­dr­ko­wano aż wreszcie wy­my­ślono i obec­nie w Wi­ki­pedii znaj­duje się taka kwint­e­sen­cja tych wymy­słów:

„W po­słaniu tym au­tor, zgod­nie z ide­ałami Re­for­ma­cji, daje do zro­zu­mie­nia, że Po­lacy mają nie ję­zyk gęsi (ła­cinę, na­zy­waną tak od brzmie­nia jej wy­mowy, od gę­sich piór uży­wa­nych ów­cze­ś­nie do pi­sa­nia, a w kon­tek­ście le­gendy o gę­siach, które obro­niły Rzym) lecz swój wła­sny, pol­ski i tym sa­mym de­kla­ruje kultu­rową i poli­tyczną nie­za­leż­ność Rze­czy­po­spoli­tej od pa­pie­skie­go Rzymu

Wprawdzie Rey przy­stąpił do Re­forma­cji, jednak przy­pi­sy­wa­nie mu aż tak po­li­tycz­nego wy­dźwię­­ku tych słów jest nie­zmier­nie wy­du­maną prze­sadą, a 3 do­dat­kowe ar­gu­menty są wydu­mane wręcz śmiesz­nie:

1) brzmienie łaciny w ni­czym nie przy­po­mina gę­ga­nia (już prę­dzej można by to napi­sać o fran­cuz­czyź­nie) i nie można zna­leźć by ktoś w epoce Re­ne­sansu tak ła­cinę okre­ślał

2) gęsie pióra? - a co to ma wspól­nego z ich „języ­kiem”, poza tym że doty­czy gęsi

3) gęsi które oca­liły Rzym? – jesz­cze go­rzej.

Niektórzy brną w kom­pletny idio­tyzm:

„Mó­wiąc „gęsi ję­zyk” Rej miał na my­śli ję­zyk tych wszyst­kich, któ­rzy ule­gali wpły­wom cu­dzo­ziem­skim, któ­rzy mó­wili i pi­sali żar­go­nem, któ­rzy gę­gali, czyli beł­ko­tali. Nie­wy­klu­czone, że wprost na­zy­wał „gę­sim ję­zy­kiem” ła­cinę (sfery wy­kształ­cone po­sługi­wały się nią wtedy po­wszech­nie w do­ku­men­tach pi­sa­nych)”

Jak można przypu­ścić, że Rey uwa­żał ła­cinę za „żar­gon” i „beł­kot” !!!???

A przecież jest wyja­śnie­nie cał­kiem pro­ste:

Że gęsi mają język ana­to­miczny jest oczywi­ste, więc Rey mógł mieć na my­śli tylko ję­zyk praw­dziwy (mo­wę) – taki ja­kim po­słu­gują się lu­dzie. Po­lacy nie są gę­śmi, bo TAKI język mają - tyle tylko że jesz­cze (w cza­sach Reya) bar­dzo rzadko po­słu­gują nim się w pi­śmie.

A że prze­ciw­stawił Pola­ków gę­siom?... rów­nie do­brze mógłby napi­sać „Polacy nie kaczki”, ale  być mo­że aku­rat gę­ga­nie za oknem prze­szka­dza­ło mu w pi­sa­niu (nb gę­ga­nie jest bar­dziej iry­tu­jące niż kwa­ka­nie).

Że nie na­pi­sał przy­miotni­kowo (np „Po­lacy mają nie gęsi ję­zyk, lecz swój wła­sny”)?... Tak jak napi­sał też jest do­brze! no i wcho­dził w grę zwy­kły kło­pot po­ety, aby li­nijka miała tyle sy­lab ile trzeba, w tym przy­padku 13.

Cała ta hi­sto­ria przy­po­mina słynne Mic­kie­wi­czow­skie 44, o któ­rym też spło­dzono wiele do­cie­kań i do­my­słów, mimo iż po­dobno sam Mic­kie­wicz wy­ja­śnił Se­we­ry­nowi Gosz­czyń­skie­mu, że wsta­wił 44 ot tak so­bie. A niby co miał wsta­wić?... rym jest, brzmi to do­brze i ta­jem­ni­czo, do at­mos­fery „Dzia­dów” pa­suje – chyba wy­star­czy.

 

Ciągi dal­sze

         18 Wrze­śnia 2010

Mark Twain dorobił kie­dyś ciągi dalsze do dwóch umo­ral­niają­cych anegdot, ale – za­pewne przez prze­ocze­nie bądź znu­dze­nie – nie do­robił cią­gów dal­szych do tak zna­nych przypo­wie­ści jak dwie po­niższe:

Przypowieść o ro­botni­kach w win­nicy

Gospodarz wy­szedł rano na ry­nek, by wy­na­jąć robot­nikó­w za 100 zł dniówki. A że pracy w win­nicy by­ło dużo, wy­cho­dził jesz­cze czte­ro­krot­nie – nawet go­dzinę przed zmierzchem – i najmo­wał tych co sta­li na rynku bez­czyn­nie: „Idź­cie praco­wać w mojej win­nicy, a co bę­dzie słusz­ne, wie­czo­rem wam za­płacę” A kiedy nad­szedł wie­czór dał po 100 zł każ­demu. Ci co pra­co­wali od rana obu­rzyli się, na co rzekł im: „Nie czy­nię wam krzywdy. Przecież umówili­ście się ze mną na 100 zł. Weź­cie co wa­sze i idź­cie. Czy mi nie wolno uczy­nić ze swoim, co chcę? Po­zwól­cie mi być do­brym”

Ciąg dalszy:

Drugiego dnia rano go­spo­darz zastał na rynku tylko  trzech chęt­nych do pracy. Wy­chodził jesz­cze trzy razy, ale za­stawał nie­wielu wię­cej. Do­pie­ro pod wie­czór zna­lazł do­sta­teczną ilość. Kiedy wy­pła­cił każ­demu po 100 zł, nie było tym ra­zem żad­nego szem­ra­nia, po­nie­waż ro­bot­nicy wy­najęci wcze­śniej zo­stali już dys­kret­nie po­uczeni przez wczo­raj­szych (i za­pro­szeni przez nich na nocną po­pi­jawę). Nie­mniej w win­nicy nie zo­stało wy­ko­nane to co nale­żało tego dnia wy­ko­nać.

Trzeciego dnia gospo­darz do­piero pod wie­czór zna­lazł chęt­nych do pracy – tym ra­zem bar­dzo wielu. Przez go­dzinę nie zdołali wy­ko­nać ani pią­tej czę­ści ko­niecz­nej na ten dzień pracy, zwłasz­cza że w na­tłoku prze­szka­dzali sobie wza­jem­nie. Każdy do­stał 100 zł – i wszyscy ra­zem zdro­wo pili do nocy za zdro­wie go­spo­da­rza. Czwar­tego dnia...

Przypowieść o synu mar­no­traw­nym
Gospodarz miał trzech synów. Naj­młod­szemu znu­dziła się praca u ojca – zażądał swojej czę­ści ma­jąt­ku, po­szedł w świat i roz­trwonił wszy­stko na hu­lanki i la­dacz­nice. A nie mogąc nig­dzie zna­leźć pra­cy, wrócił skru­szony do domu. Ojciec nie czy­nił mu żad­nych wy­rzu­tów – przyjął go do domu, ob­da­ro­wał so­wi­cie i wy­dał ucztę z oka­zji jego po­wrotu. Starsi sy­no­wie się wzbu­rzyłi: „Nigdy nas tak nie ob­da­ro­wa­łeś ani nie wy­pra­wi­łeś nam uczty". Lecz on im od­po­wie­dział: „Wię­cej ra­duję się serce moje ze skru­chy syna marno­traw­nego niż z dwóch sy­nów któ­rzy żyli spra­wie­dli­wie”

Ciąg dalszy:

Następnego dnia średni syn za­żądał swojej czę­ści ma­jątku. Otrzymaw­szy ją, znik­nął na rok i prze­pu­ścił wszystko na hu­lanki i la­dacz­nice (za­się­gnąw­szy przed­tem po­rady najmłod­szego, gdzie i jak czy­nić to naj­przy­jem­niej). Kiedy wrócił z (udaną) skru­chą do domu, oj­ciec nie drę­czył go wy­mów­kami, lecz ob­da­ro­wał i wy­pra­wił ucztę – skromniej wpraw­dzie, bo ma­ją­tek był uszczu­plony, a naj­młodszy przy­zwy­czaił się do le­ni­stwa. Kiedy naj­starszy syn pro­te­stował, oj­ciec rzekł: „Skoro ze skru­chy naj­młod­szego się ra­do­wa­łem, to czyż mam nie ra­do­wać się ze skru­chy śred­niego”

Następnego dnia naj­star­szy syn za­żą­dał swojej czę­ści ma­jątku, a otrzy­maw­szy ją zro­bił to co bra­cia młodsi. Kiedy po roku wró­cił, ura­do­wany oj­ciec dał mu stare buty i wyto­czył z piw­nicy be­czułkę skwa­śnia­łego wina na ucztę. Po czym wziąw­szy resztę go­towi­zny, umknął chył­kiem z do­mu by użyć sobie na stare lata. Kiedy wró­cił...

 

 

23 Paździer­nika 2010

Skasować „o kreskowane”

Dla tych co narzekają na męczarnie ortograficzne projekt radykalny:

SKASOWAĆ „o” kreskowane – wszędzie gdzie dotąd było „o kreskowane” pisać  i WYMAWIAĆ „o”

narod = naród (narodowy)

gwoźdź  = gwóźdź (gwoździe)

osemka = ósemka  (osiem)

moj = mój (moje)

kłotnia = kłótnia

kłopotow = kłopotów  (nieco dziwnie, ale ujdzie)

woda = woda albo... wóda 

(to ostatnie to chyba jedyny kłopot, no ale z wódy można zrezygnować albo pisać ją „wuda”)

Skoro nasi pra-pra-pra-...-dziadowie zaczęli wymawiać „a nosowe” jako „o nosowe”

(czemu? tego już chyba nikt nie dojdzie), to i my damy sobie radę. Odwagi!

 

   

20 Marca 2017

Inteligencja mężczyzn a inteligencja kobiet

Wykres czerwony – roz­kład in­te­li­gencji ko­biet

Wykres nie­bieski – roz­kład in­te­li­gencji męż­czyzn

 

Średnie war­tości ozna­czone są kre­skami pio­no­wymi.

Jak wi­dać średnia in­teli­gen­cja męż­czyzn (IQ = 100) bar­dzo nie­znacznie prze­wyż­sza śred­nią in­teli­gen­cję ko­biet (IQ=97).

Tak nie­znaczna prze­waga (3%) wy­daje się być bez zna­cze­nia, jed­nak tak na­prawdę prze­waga męż­czyzn jako grupy jest miaż­dżąca!

 

 

Otóż im wyższe IQ tym więcej dana osoba wnosi do in­telek­tualnego dorobku ludz­kości – zatem ci z więk­szym IQ są waż­niejsi. A ci z pod­prze­cięt­nym niemal na pewno nic nie wno­szą.

Tak by było również wtedy gdyby gdyby inteligencja kobiet była równa inteligencji męż­czyzn, a na­wet ciut wyż­sza – decy­du­jące jest bo­wiem roz­proszenie wobec średniej, które u mężczyzn jest jak widać znacznie większe.

        

P.S.

1) Ta kwestia w ogóle nie jest podnoszona w rozwa­żaniach – może przez polit-po­praw­ność, a może jest nie­do­strze­gana.

2) Wynika stąd że rozrzut jakiejś cechy wartościowal­nej jest dla populacji ko­rzystny! (czyli – jed­nak róż­no­rod­ność)

 

 

VI  2017

Troska rządów o obywateli

W walce z nałogiem papierosowym zakazano ostatnio (zapewne Unia Europejska) umiesz­czania in­for­ma­cji o za­warto­ści ni­ko­tyny, sub­stan­cji smo­listych itp. Idea jest jasna – jeśli palacz wybierze pa­pierosy mniej szko­dliwe, to tym bar­dziej so­bie za­szko­dzi, jako że wszystkie są jedna­ko­wo obrzy­dliwe, nawet gdyby miały zero cze­goś tam.

Jest w tym przesłanie do producentów – a pchajcie do nich co wam się żywnie po­doba, niech pala­cze się boją.

Ponadto na każdej paczce musi być obrazek obrzy­dzający palenie, z podaniem ja­kiejś cho­roby przez nie wy­wo­ływa­nej.

Wynotowałem:

zęby, dziąsła, miażdzyca, płodność, płuca, wzrok, zawał, impotencja, jama ustna,

udar, gardło, niepełnosprawność, poronienie.

 Ale to mało. Proponuję: „Palenie jest przyczyną ho­mofobii”  „Palenie powoduje poglądy prawi­cowe”

 

I jeszcze coś bardzo wrednego, co ostatnio zdarza się w różnych krajach...

Otóż rządy drastycznie podnoszą akcyzę na e–papierosy, twierdząc  że są one jeszcze bardziej szkodliwe od zwykłych!

Uzasadnienie jest takie:

Jeśli ktoś sięgnie po e–papierosy i się przyzwyczai, to potem bardziej skłonny jest przerzucić się na zwykle.

To ostatecznie demaskuje nieustające kłamstwo rządów jakoby im zależało na zdrowiu obywateli – chodzi im o to aby mieć rozkosz dyspono­wania czyimiś pieniędzmi – pieniądz i władza – mamonokracja!

 

Ekonometria

luźny wyciąg z dyskusji na pewnym forum

10  III  2018

Pikier

Od czasu do czasu ktoś sobie życzy konsultacji (ko­repetycji) z ekonometrii. Ze 3 razy udało mi się temu spro­stać - nic nie rozu­miałem, ale sku­tecznie pomo­głem zmałpować we­dług studenc­kich nota­tek.
Ostatnia moja próba zrozumienia czegoś z ekonome­trii to uniwersytecki wykład za­czyna­jący się od:
Model konsumpcji
Przez Y(t) oznaczamy całkowity popyt konsumpcyjny w miesiącu t, a przez X(t) do­chody gospo­darstw do­mo­wych w tym okre­sie. Przyjmu­jemy, że Y(t) = a0 + a1X(t) + e(t) , gdzie a0 wydatki stałe, a1 część do­cho­dów prze­znaczona na konsump­cję, a e(t) składnik lo­sowy. W mo­delu zakła­damy, że a0 i a1 są stałe, a w rze­czy­wi­stości są one tylko wolno-zmienne.

No i znowu niczego nie zrozumiałem...
Jaki popyt? skoro gdzie indziej czytam że "popyt = funkcyjna zależność między ceną pro­duktu a jego ilo­ścią, którą skłonni są zakupić na­byw
­cy". Gdzie tu cena, ilość, skłonność?
Dlaczego X(t) to łączne dochody gospodarstw? czyli tak jakby było jedno gospo­darstwo.
Czemu wydatki (stałe) dodawane są do dochodów?
Co to takiego "wolno-zmienne"? (pierwsze słyszę)
I wreszcie najważniejsze - jakim cudem można coś z tego wywnioskować? coś tu zbadać?

Potem było jeszcze kilka tego rodzaju modeli - nadal nie zrozumiałem co się mode­luje, a zwłasz­cza po co?

Spodziewałem się że teraz będą proste przykłady wprowadzające, ale nic z tego: od razu nastą­piła wy­soce za­awanso­wana al­ge­bra li­niowa, tak na oko nie mająca związku z tymi modelami.
Uznałem że ekonometria to szarlataneria. A cóż in­nego mogłem pomyśleć?
Niewykluczone że to jednak nauka, ale by to stwier­dzić musiałbym gdzieś znaleźć wykład eko­no­me­trii n o r m a l n y. Kto wie - może ist­nieje? ale gdzie?

 

MarcinPr

Drogi Pikierze. Jeśli masz zamiar ocenić dziedzinę zwaną "ekonometrią", to pole­cam po­szukać ja­kiejś książki, a nie skryptu na­pisanego przez kogośtam na jakiejś­tam uczelni. Wi­działem często różne skrypty i najczęściej sku­piają się one na wytłu­ma­czeniu jak się coś­tam liczy nie sta­rając się nawet przybliżyć co się li­czy (zresztą na ta­kiej uczelni eko­no­micz­nej może być trudno zro­zu­mieć modele ma­tema­tyczne, jak się nie wie zbyt dobrze co to jest zmienna losowa, a tym bar­dziej pro­ces stocha­styczny lub stocha­styczne równa­nie róż­niczkowe).
Przeraża mnie, że inteligentne osoby są w stanie wy­rażać takie opinie o nauce ba­zując na szcząt­ko­wych in­for­macjach.

Pikier

To wykład sygnowany przez Wydział Matema­tyki Uniwersytetu Warszaw­skiego i współfi­nan­so­wany przez Unię Eu­ropej­ską. I co z tego, skoro nie przybliża bardziej ekonometrii niż no­tatki z uczelni eko­no­micznych (chyba nawet mniej, a imo w ogóle) - tyle tylko że potem bar­dziej przytła­cza za­awan­so­waną algebrą li­niową, nb wyglą­dającą na sztuczną doczepkę dla po­pisu.
Jeśli ktoś nie potrafi wyłożyć prosto i jasno istoty sprawy, to znaczy jest niewiele warta.

 

Pikier

Czy jak popyt jest bardziej elastyczny to dobrze czy źle?

Elastyczność popytu to wynaleziony w ekonometrii wskaźnik będący ilorazem następujących wartości bez­względ­nych:

[względna zmiana popytu w procentach] przez [względna zmiana ceny w procentach]

czajmar

A to zależy, i to w wielu aspektach, jaką elastyczność popytu mamy na myśli, ce­nową czy docho­dową (albo i mie­szaną) i jaka jest skala tej ela­styczności oraz z czyjego punktu wi­dzenia pa­trzymy.
Przykładowo popyt o bardzo dużej elastyczności ce­nowej może być albo korzystny dla produ­centa da­nego do­bra albo nie­ko­rzystny przy du­żej wrażliwości cenowej, bo jak ceny wzrosną (na­wet z przy­czyn nie­zależ­nych od produ­centa np. po­datki, kurs walutowy czy cena pół­pro­duk
­tu) a ela­styczność popytu na dane do­bro jest wy­soka to może okazać się że spadek po­pytu na nie bę­dzie tak duży że może zała­mać biz­nes tego pro­du­centa/dostawcy.
Tak więc nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to py­tanie, bo wszystko jest względne.

 

Pikier

Czyli pożytek ze zmierzenia elastycznośći popytu jest pod sporym znakiem zapyta­nia.
A może wobec tego skorzystać z "punktowej ela­styczności popytu"...
Oto jak się go mierzy (wg wikipedii, w oparciu o jakiś podręcznik):
Aby
wyznaczyć elastyczność punktową należy postą­pić w następujący sposób:

1.                               Do wybranego punktu na krzywej wyznaczyć linię styczną (punkt P).

2.                               Zmierzyć odległość między punktem P a osią odciętych i punktem, a osią rzędnych.

3.                               Elastyczność w tym punkcie jest stosunkiem długości między punktem a osią odciętych i punk­tem, a osią rzęd­nych.

Oczywiście wszystko zrozumiałem, tyle tylko że... ROTFL

 

czajmar

Wprost przeciwnie, znajomość elastyczności popyto­wej i dochodowej pozwala fir­mom a państwu pro­wa­dzić świado­mie ak­tywną poli­tykę ce­no­wą. Przykład zasto­sowania wiedzy o niskiej ela­styczno­ści ce­nowej usług pocz­towych w USA - do­chody poczty spadały z uwagi na konku­ren­cję prywatną, rozwój usług elek­tronicz­nych, za­grożenia paczek wąglikowych po 9/11 itp. więc w po­ło­wie 2002 r. US Postal Se­rvice zmu­szo­na była podnieść ceny znacz­ków np. I klasy z 34 do 37 cen­tów ( a średnio o 7,9%), co w ciągu 3 mie­sięcy spowo­do­wało wprawdzie spa­dek ilo­ści wy­sy­ła­nych li­stów o 2,7% ale za to wzrost przychodów o 4,3%. Oni zbadali że przy wzro­ście ceny znaczka do 3 centów popyt bę­dzie względnie sztywny.

Pikier

Przyjrzałem się znowu tej "elastyczności popytu" (patrz wikipedia) i stwierdzam że jest to sztuczny dzi­waczny wskaź­nik - do ni­czego nie po­trzeb­ny. Wystar­czy nanosić co jakiś czas dane, aby uzyskać do­tych­czasową orien­tacyjną za­leżność sprze­daży (po­pytu) od ceny, a jak dalej bę­dzie ta funkcja przebie­gać, to może być roz­maicie (wszystko się zmienia - wiele zmian można prze­widzieć zwykłym zdro­wym roz­sąd­kiem).
Dla matematyka wskaźnik ten jest idiotycznym dzi­wolągiem, a (zacytowany przez mnie wcze­śniej) spo­sób wy­li­czania "punk­towej ela­stycz­no­ści popytu" wywołuje paroksyzm śmiechu. Oczywiście każdy wskaźnik coś tam wskazuje, ale po co co coś tak wy­duma­nego wprowa­dzać, sko
­ro wystar­czy sporzą­dzić najzwy­klej­szy wy­kres funkcji.
Całość przypomina wysiłki Głupiego Jasia, który usil­nie stara się wymyśleć coś nowator­skiego w ma­te­ma­tyce.
Jednak - "w tej głupocie jest metoda" (a co moim zda­niem chodzi, napiszę później).

A teraz o rzekomym wykorzystaniu wskaźnika "ela­styczności popytu" przez pocztę w USA:
Co
robi Prosty Jasio będący prezesem Poczty, kiedy dochody spadają?
Oczywiście myśli o podwyżce cen, bo to najłatwiejsze. Oczywiście niewielkiej, bo...
Znaczki są i tak tanie, więc jasne że w małym stopniu zmniejszy to wysyłanie listów, więc wpływy po­winny nieco wzro­snąć.
Ot cała filozofia, do której niepotrzebna jest żadna "elastyczność popytu". Może się jednak zda­rzyć że po­trzebna jest pod­kładka "na­ukowa", a ponieważ ma­tematyka zawsze budzi szacunek, nie za­szkodzi wy­dać kilka tysięcy dolarów dla uczo­nego ekonome­try, który uza­sadni to w spo
­sób wielce "naukowy" - bo to co po­trafi Prosty Jasio jest zbyt proste, aby wzbu­dziło sza­cunek.
Po
­dobnie jest z zapałkami. Kupuję je regularnie w niewielkich ilościach, i jeśli cena wzro­śnie na­wet o 50%, za­pewne tego nie za­uważę. Ale je­śli wzrośnie za bardzo, przerzucę się na zapalniczki (może nie tyle z po­wodu oszczędności, lecz aby uka­rać pro­du­centa za zbyt­nią pazer­ność).

 

czajmar

..... mógłbym podać parę ciekawych pomocniczych zastosowań elastyczności w fi­nansach i in­westo­wa­niu, ale to tro­chę wyż­sza szkoła jazdy i raczej dla ograniczo­nego kregu zainte­resowa­nych.

 

Pikier

Po co aż tak głęoko sięgać? Jeśli na początku czegoś nie rozumiem, to dalej tym bardziej.
W opisach unikane są przykłady, a ja mam już pro­blem z wyliczeniem Cenowej Ela­stycz­ności Po­pytu. Niby pro­ste i ła­twe, ale pewna "dziw­ność" wyników nasuwa mi podejrzenie że w ekonome­trii inaczej się rozu­mie najzwy­klejsze ter­miny mate­ma­tyczne.
Za
­pewne nie będzie Ci trudno machnąć kilka przykła­dzików wyliczania:
pomiar 1 - cena i popyt
pomiar 2 - cena i popyt
cenowa elastyczność popytu (za ten okres chyba?) = ?
Mam tu już problem chociażby z tym że nic nie mówią o czasowej kolejności pomia­rów (który jest wcze­śniej­szy). Za­pewne pierwszy jest wcześ
­niej, ale niczego w dzi­siejszych czasach nie można być pewnym. A może to nie­ważne?

 

Pikier

Tę definicję "punktowej elastyczności popytu" (co mnie tak rozśmieszyła) znala­złem do­kładnie po­wtó­rzoną w innym pliku, ale zilustro­waną ry­sunkiem. Okazało się że w ekonome­trii odległość punktu od pro­stej wcale nie mierzy się wzdłuż prosto­padłej - w tym przy­padku mierzy się ją wzdłuż tej stycz­nej !! (co wyja­śniło do czego była wogóle po­trzebna). Teraz wi­dzę że mogłem się tego do­myśleć, ale zgubił mnie na­wyk do­słow­nego od­czy­tywa­nia tego co jest napisane.
W definicji "elastyczności popytu" zadziwia mnie to że wyrażenia dzielone są ujęte w mo­duły. Ozna­cza to że dla ela­stycz­no­ści jest obo­jętne czy popyt rośnie czy ma­leje - chodzi tylko o jego zmien­ność wte lub we­wte. W fizyce odpo­wiadałoby to nie­rozróż­nianiu przy­śpie­sze­nia od spo
­wol­nienia. Tu jed­nak nie fi­zyka - tu cho­dzi o pie­niądze!!! - więc coś ta­kiego jest jesz­cze bar­dziej zdu­miewające.

 

czajmar

No wreszcie trochę zajarzyłeś (lol), ale faktycznie nie wszędzie opisy elastyczności czy podaży są do­kład­nie opi­sane.........

 

Pikier

Ja "zajarzyłem"?? - a niech piszą normalnie, a nie jak niedbali niedouczeńcy!
Chyba od stworzenia świata odległość punktu od pro­stej mierzy się najkrótszą drogą.
Jeśli moduł jest zbędny, to po co go wstawiać - wła­śnie ze "względów wygodno­ściowych" należy go po­mi­nąć.

A zresztą nie wydaje się zbędny, bo wzrost ceny może jednak spowodować wzrost po­pytu. Np kiedy cena jest zbyt ni­ska, może to skut­ko­wać małym zain­te­re­sowa­niem nabyw­ców - "To tak tanie, że nie może być wiele warte; nie ku­pię" (czego do­świadczyłem, kiedy wyzna­czyłem zbyt ni­ską cenę za swoje usługi).

No i w ogóle (o czym wcześniej już wspomniałem) ten cały koncept "elastyczności" jest zbytecz­nym dzi­wo­lą­giem, tylko za­ciem­niają­cym isto­tę sprawy - wystar­czyłaby zwykła funkcja popytu w zależno­ści od ceny.

Wyobraźmy sobie że Newton wyraził Prawo Powszech­nego Ciążenia przy pomocy ela­styczno­ści. Brzmia­łoby to tak:

Elastyczność atrakcji to stosunek %-wego zmniejszenia siły przyciągania do %-wego zwiększenia odle­gło­ści ciał.
Oczywiste że byłoby to LOL, a nawet ROTFL (a fizycy popukaliby się w czoło).
A teraz wyobraźmy sobie że jakiś nawiedzony fizyk za­czyna popisywać się nowatorskim ujęciem przera­biając w ten spo­sób wszelkie prawa fi­zyczne - i aby nadać temu pozory sensu nazywa tę swoją fizykę... fi­zykome­trią.

 

A teraz wyjaśnię swoje wcześniejsze "w tej głupocie jest metoda"...
Napisałem już o książce "Modne bzdury" demaskują­cej nonsensy płodzone przez intelek­tuali­stów-hu­ma­ni­stów (filo­zofów, so­cjologów itp), któ
­rzy usilnie a bez­sen­sownie używają terminolo­gii, meta­for a nawet twier­dzeń z nauk ści­słych do podbu­dowa­nia, nadania głębi, a nawet uza­sad­nień itp wy­wo­dom ze swojej dzie­dziny.

Dlaczego? bo matematyka budzi szacunek.

"FASHIONABLE NONSENSE: Postmodern Intellectual's Abuse of Science" Alan Sokal + Jean Bricmont, 1998
Alan Sokal po 3-miesięcznym wysiłku ułożył nonsen­sowny artykuł oparty na autentycz­nych bzdurnych wy­po­wie­dziach in­telektuali­stów, który to arty­kuł w do­brej wierze opubli­kowało presti­żowe amerykańskie pismo "Social Text". Tytuł ar­ty­kułu to "Transgresja gra­nic: ku trans­formatyw­nej her­meneutyce kwan­to­wej" - a ogól­nie rzecz bio­rąc ilu­struje próby sto­sowa­nia wyników, a ra­czej sa­mego ję­zyka, ma­tematyki i fi­zyki do nauk hu­ma­ni­stycz­nych - obficie upstrzony auten­tycz­nymi cy­ta­tami. Parodia ta wywołała sporą wrzawę.

Humanistów dość łatwo w tym przypadku zdemasko­wać, ale ekonometrów znacz­nie trud­niej, bo ich dzie­dzina to wła­ści­wie od­gałęzie­nie ma­te­matyki. Sądzę że po to właśnie po­wstała ekonome­tria - aby bo­gatą szatą ma­te­ma­tyczną i dzi­wacz­nymi nieja­snymi kon­struk­cjami zdo­być po­zór rze­telnej i przy­dat­nej wiedzy - i umoż­li­wić ekono­metrom karierę na­ukową. Wska­zują na to już pierw­sze próby jej zgłębie­nia i są­dzę że po dłuższym przy­sie­dzeniu fałdów potrafiłbym napi­sać książkę pt "Modne bzdury w eko­nome­trii".
A że o tym cicho i chyba tylko ja tak twierdzę... no cóż, zacytuję powiedzenie krą­żące w środowi­skach na­ukow­ców:
"Ni
­gdy nie można przesadzić w pochlebianiu kole­gom" albo trywialniej "ręka rękę myje" - dziś ja ci po­chle­bię, a ty mnie ju­tro (NB zjawi­sko to już dawno temu zostało odzwiercie­dlone w literatu­rze)

 

Gerwazy?

IV  2018

W XII Księdze "Pana Tadeusza" Gerwazy mówi tak:

Prawda, że się wywodzim wszyscy od Adama,
Alem słyszał, że chłopi pochodzą od Chama,
Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema,
A więc panujem jako starsi nad obiema.

 

Otóż z dawien dawna (już w XIII wieku, w Kronice Win­centego Kadłubka) panowało wśród pol­skiej szlachty baja­nie że stan chłopski wy­wo­dzi się od Chama, szla­checki od Jafeta, a Żydzi są potom­kami Sema. Było to po­wszechnie znane i często powta­rzane. Jakim więc cu­dem Ger­wa­zy mógł to tak prze­krę­cić?

Jest przecież w „Panu Tadeuszu” postacią najzupeł­niej poważną, zatem musiało się coś pokręcić Mic­kie­wi­czowi. Ale żeby po­pełnić aż taką po­myłkę, musiał być pod­czas pisania kompletnie za­mro­czony nad­mia­rem wypitego wina. Bar­dzo dziwne jest to że nie zo­stało to później po­pra­wione, a jesz­cze dziw­niejsze że zdaje się nikt do­tąd nie zwrócił na to uwagi (!?).

Drobną zabawną po­myłkę w „Panu Tade­uszu” wyłowił Ju­lian Tu­wim w „Ci­cer cum caule”–

otóż gdzieś tam w środku „Pana Tadeusza”  jest li­nijka po­zbawiona bliżnia­czej zry­mo­wa­nej.

 

Głupota gremiów

VI  2018

Gremium to ogół członków jakiejś grupy (zespołu, komisji, parlamentu) mającej za­danie do wspól­nego wy­ko­na­nia. Trzeba przy­znać że na­der na­der często wyniki działania gremiów uzna­jemy za nie­zadowa­la­jące – za nie­przemyślane, nieuzasad­nione, a na­wet za ewident­nie głu­pie. Czemu tak się dzieje? – prze­cież rze­komo „Co dwie głowy to nie jedna”, a cóż do­piero kiedy głów jest 10...

W 1895 Gustaw Le Bon opublikował słynną książkę pt „Psychologia tłumu”:

Tłumy pod względem psychologicznym są tworem anormalnym, ponieważ rządzą nimi po­pędy i ce­chują je za­chowa­nia ir­racjo­nalne, ze skłon­noś­cią do ulega­nia su­gesti. Intelekt grupy nie jest sumą in­telektów two­rzą­cych ją osób. Wręcz prze­ciw­nie: czło­wiek w grupie traci zdolnność po­strzegania, sły­szenia, ro­zu­mie­nia, sa­mo­dziel­nego myślenia.

Jest to poniekąd zrozumiałe – kiedy znajdziemy się w podnieconym tłumie 100 osób, nieła­two nam za­cho­wać trzeź­wość umy­słu, nieła­two nie po­dążać za sforą.

Le Bon podał wiele przykładów irracjonalnych działań tłumu, stwierdził jednak przy tym coś znacz­nie moc­niej­szego:

„Nie ma potrzeby, żeby tłum był liczny. (...) Jak tylko kilka osób zbierze się razem, już two­rzy tłum, nawet w przy­padku kiedy są wybit­nymi uczo­nymi. (...) Zdol­ność obserwacji i kry­tyki, którą po­siada każdy z tych uczo­nych z osobna, na­tych­miast ginie w tłumie”

Dlatego właśnie wstawiłem w tytule „gremia”, bo Le Bonowi nie chodziło tylko o tłum w ro­zumie­niu po­tocz­nym – twierdził że „tłumizm” zda­rza się nawet w gronie kilku osób – i to nawet kiedy mają in­tencje jak naj­uczciwsze.

Jeśli miał rację, to sprawa jest beznadziejna – na nic najlepszy zarząd, komisja, kon­feren­cja, walny zjazd de­le­ga­tów – nic to nie pomoże, na­dal będzie głupio.

Postawmy więc pytanie: Czy aby na pewno Le  Bon miał rację?

Mechanizm tego zjawiska (jeśli istnieje) jest dość za­gadkowy. Le Bon wniósł w jego wyja­śnienie nie­wiele – tłu­maczył je podat­nością na su­ge­stie (zarazą umy­słową) i przesadną uczuciowością. Do­brze byłoby więc po­sta­wić drugie pytanie:

Jak to działa? jakie szczególowe mechanizmy to wy­wołują? 

 

Jak się odgryzać

VII  2018

Poznanej przy barze kobiecie powiedział że jest wdowcem i zaprosił ją do siebie. W środku nocy przy­znał się do kłamstwa - żona wyje­chała. Usłyszał:
- Ja też skłamałam. Należy się 300 złotych.

Książę D. bardzo długo ubiegał się o względy margra­biny M. aż w końcu dopuściła go do siebie na noc. Rano, aby upoko­rzyć ją za tak długą zwło
­kę, położył na stoliku 30 liwrów. Margrabina przeli­czyła i zwró­ciła mu 20 ze słowami:
- Oto reszta. Nie widzę powodu, by brać od pana wię­cej niż od innych.

 

Anegdoty ze sfer szkolnych

VII  2018

Znam człowieka mądrego, ale kto to jest ujawnić nie mogę. Dlaczego? Bo publiczne chwalenie ko­goś za mą­drość jest ob­razą – podob­nie jak chwa­lenie za uczciwość.

Przytoczę tylko 3 anegdotki z okresu kiedy był na­uczycielem matematyki w pod­stawówce:

Ale Ty masz...

Koleżanka-nauczycielka studiowała zaocznie matema­tykę i poprosiła go kiedyś o oblicze­nie iluś­tam po­chod­nych. Kiedy zoba­czyła jak bie­gle to robi, wy­krzyknęła z podziwem: - Ale ty masz pa­mięć!

Ale te dzieci...

Zdarzało się że nauczycielki nie mogły wyjść z zadzi­wienia, że dzieci potrafią być aż tak głupie. Ali­ści na­de­szło pole­cenie aby uczyć dzieci li­cze­nia w syste­mach nie­dziesiątkowych – i wówczas pew­nego razu za­stał te na­uczycielki nad tym się wła­śnie bie­dzące.

 Rozmowa z dyrektorem

- Prawda że A, panie dyrektorze ?

- Oczywiście!

- Jeśli A to B, nieprawdaż?

- Ależ ma się rozumiec!

- Jeśli B to C ?

- Ależ naturalnie

- Jeśli C to D ?

- Skądże! Nie, nie.

 

„Pan Tadeusz” do poprawki?

VIII  2018

Czytając go (chodzi oczywiście o epopeję Mickiewi­cza) spotykamy wiele dziwolo­gów w postaci po­prze­krę­ca­nych słów, a cza­sem  nie­zręczną sty­listykę. Za­pewne gdyby dzisiaj Mickiewicz oddał go ja­kiemuś wy­daw­nic­twu, to mento­rzy językowi napo­prawialiby co by się dało, a co do re­szty to zażą­da­liby popra­wek. Ale do tak szacow­nego dzieła nie śmią przyczepiać się, a w przypisach usprawie­dli­wiają prze­krę­ce­nia jak mo­gą – naj­czę­ściej tym że rzekomo tak daw­niej pi­sano.

Tymczasem wyjaśnienie jest proste...

Nawet Mickiewiczowi niełatwo było napisać coś tak olbrzymiego i częstokroć mu­siało mu brako­wać zręcz­nego pomy­słu bądź lep­szego wy­sło­wienia, Gdyby za każ­dym razem długo deliberował, to za­pewne ze­szłoby mu znacznie więcej czasu (nb po­dobno pi­sał w po­śpie­chu) i cy­ze­lo­wanie rozproszy­łoby kon­trolo­wanie cało­ści. Za­tem jeśli np linijka nie miała 13 zgłosek, to bez par­do­nu przerabiał wy­raz jak mu w du­szy gra­ło, byle iść dalej. I zapewne nawet jeśli to co na­pisał nie­zbyt mu się podo­bało, to go­nio­ny po­śpiechem machał ręką i pi­sał dalej. Być może za­mie­rzał wszystko potem wycyzelować, ale i to nie by­łoby przecież ła­twe – za­pewne wyma­gałoby miesięcy. Tak więc w końcu zo­sta­wił to co jest.

Jeśli chodzi o scenariusz i postacie, to panatade­uszolodzy (zdarzają się tacy) wy­kryli nieco oczywi­stych po­my­łek i prze­ina­czeń, nie­wielkiej ran­gi i nie­zbyt przeszka­dzających. 

Z innych ciekawostek....

Julian Tuwim znalazł linijkę pozbawioną bliźniaczej zrymowanej w Księdze V – linijki 4045-4047: 

Zrazu rumieniła się, spuściwszy oczęta,

Potem śmiać się zaczęli, w końcu rozmawiali

O jakimś niespodzianym w ogrodzie spotkaniu,

a my znaleźliśmy trzy miejsca w których rym jest dwukrotnie powtórzony:

w Księdze I – linijki 470-472:

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

w Księdze VI – linijki 4980-4982:

Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,

Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewicz­kach,

I żną zboże, a nawet przędzą w rękawiczkach.

w Księdze XII – linijki 9059-9061:

W końcu sekret kucharski: ryba niekrojona

U głowy przysmażona, we środku pieczona,

A mająca potrawkę z sosem u ogona.

Zabawnie jest z linijkami 9053..9056 z Księgi XII – w wydaniu 1834 są one napisane tak:

Z ingredyencyami pomuchl, figa­te­lów,
Cybetów, piżm, dra­gantów, pine­lów, bru­nel­lów;
Owe ryby! łososie suche, duna­jeckie,
Wyżyny, kawiary weneckie, tu­reckie,   

Proszę zwrócić uwagę na pisownię w li­nijce pierw­szej (nastrę­czającą wąt­pliwo­ści co do wy­mowy i długości)

oraz... 12 sylab w linijce ostatniej.

co w następnych wydaniach dostrzeżono i rozmaicie (wedle gustu!) o dziwo popo­pra­wiano.

 

Być może wartałoby „Pana Tadeusza” gruntownie i delikatnie popoprawiać – tj zro­bić to co Mic­kie­wicz sam by praw­do­po­dob­nie zrobił gdy­by star­czyło mu czasu i siły. Kto ma od­wagę – niech spró­buje! Jednak ostrze­gamy przed języ­kowymi men­torami – choć po­tra­fią oni wy­tknąć na­pisa­nie „ko­lenda” zamiast „ko­lęda” czy tym po­dobne głup­stwo, to w tym przy­padku podniosą larum twier­dząc że Mickie­wicz napi­sał bez­błęd­nie, bo „nie zmylił się mistrz taki”.

 

I jeszcze kilka konkretów natury ściśle ortograficz­nej...

„półk” – może i słusznie, bo niby dlaczego pisać przez „u” (a najlepiej niech każdy pisze jak mu się wi­dzi)

rądel” – co w późniejszych wydaniach zmieniono na „rondel”

(co jest o tyle zabawne że zarazem „ko­lendę” zarządzono współcze­śnie zmie­nić w „ko­lędę”)

„rzęd” (w znaczeniu jeden za drugim) – bardzo słusz­nie: niby dlaczego raz „w rzę­dzie”, a innym ra­zem „rząd”  

 

Na koniec śmiesznostka – przykład oceny serwowa­nej nastolatkom:

„Gra Wojskiego na rogu .... stanowi pokrzepienie serc Polaków, dając możliwość przy­pomnienia o wspólnocie narodowej i jej trady­cjach”

 

Czytaj ze zrozumieniem!

VIII  2018

Ktoś napisał że "X jest białe", a Tobie się wydaje że jest jednak czarne.
Nie alarmuj pochopnie że to fałsz, lecz najpierw sprawdź jak odczytują to inni.
Nie­wykluczone że świetnie wiedzą że X jest czarne, więc nie odczytują tego tak naiwnie jak Ty
tzn nie od­czy­tują literal­nie, lecz traktują to ja­ko pewien skrót my­ślowy mianowicie wiedzą do­skonale że in­ten­cję tego kto­sia musiało być stwier­dzenie że X jest czarne al­bo­wiem X jest na­prawdę czarne.
Zatem wszystko w porządku
jest tak jakby ten ktoś napisał "X jest czarne".
Nie trolluj więc że coś ci się nie zgadza, a oszczędzisz wszystkim nerwów.
BTW Teraz już rozumiesz dlaczego do Facebooka za­chęcają sloganem "Zobacz co lubią Twoi zna­jomi"

 

O pasożytach w internecie

IX  2018

To pewne zjawisko spokrewnione z hejtowanie i trol­lowaniem. Nazywaliśmy je do­tąd „obsr... iem” bądź „dosr.....iem”, ale odtąd  bę­dziemy je okreś­lać jako „pasożyt­nictwo”.

Jest to chęć zdobycia czyimś kosztem poklasku i uznania – pasożyt nie próbuje wysilić się na ja­ką­kol­wiek rze­czo­wość, lecz  ogranicza się do różnorodnych inwek­tyw przeciwko ży­wicielowi. Im znacz­niejszy żywi­ciel – tym większa chwała. Nic to że pa­sożyt nie­mal niczym się do­tąd nie wyka­zał – teraz pokaże że i on nie wy­padł sroce spod ogona, że i on coś... po­trafi.

Zazwyczaj ataki pasożyta są bardzo krótkie – kilka in­wektyw wspartych zwykle in­synu­acjami (aby stwo­rzyć wię­cej do in­wek­towania). Zda­rza­ją się jednak ataki am­bitniejsze,  jak np dwa po­niższe:

1)

A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, pro­szę pana... Dia­logi niedo­bre... Bardzo nie­do­bre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.
A polski aktor, proszę pana... To jest pustka... Pustka proszę, pana... Nic! Absolut­nie nic. Za­łóżmy, pro­szę pana. Że jak polski aktor, proszę pa
­na... Gra, nie?
Widziałem taką scenę kiedyś... Na przykład, no ja wiem? Na przykład zapala papie­rosa, nie? Pro­szę pana, za­pala papie­rosa... I proszę pana pa­trzy tak: w prawo... Po­tem patrzy w lewo... Prosto... I nic... Dłu­ży­zna pro­szę pana... To jest dłu... po prostu dłu... dłuży­zna, pro­szę pana. Dłu­ży­zna...
Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie... Pan rozumie... I tak patrzę sobie... siedzę se w ki­nie pro­szę pana... Nor­mal­nie... Patrzę, pa­trzę na to... No i aż mi się chce wyjść z... kina, proszę pana... I wy­cho­dzę...

To była reakcja na czyjeś (lakoniczne) stwierdzenie że 3 stare polskie seriale uważa za nudne i za­wie­ra­jące głu­poty. Oczywi­ście reak­tor-pa­so­żyt nie próbował nawet tej opinii odeprzeć, a wza­mian wysilił się na po­pis pi­sar­ską elo­kwencją.

BTW Podobno to cytat z filmu „Rejs” – być może, ale co z tego?

2)

Gdybyś, Wielki Pikierze, w swoim Panteonie
siedział, to by ci Pablo nie patrzył na dłonie
którymi z klawiatury, opuściwszy szkoły,
jąłeś forum zapełniać jakimiś pierdoły ...
Solo w brydża?? Bridż-igrce ?? W pale się nie mieści !
Na dodatek te rymy od siedmiu boleści ...

To była reakcja na czyjeś różnego rodzaju oryginal­nośći, łącznie z wierszykami. I znowu ani słowa ja­kiej­kol­wiek rze­czywi­stej krytyki, lecz same inwektywy ubrane w grafomański wierszyk.

Skoro trollowanie i hejtowanie jest wytykane i piętno­wane, to pasożytowania też nie po­winno się oszczę­dzać. Zwłaszcza kiedy modera­tura jest niemrawa.

 

Strachu na Lachy

IX  2018

Najpierwsza hipoteza mówi że chodzi tu o Lecha z bajki o Lechu, Czechu i Rusie. Czemu jednak zmie­niono Le­cha na La­cha? ostatecz­nie moż­na uznać że dla rymu (bo skłonność do urymowiania niewąt­pli­wie ist­nieje).

Wysunęliśmy kiedyś hipotezę dość dziwaczną, mia­nowicie:

Polaków zaczęto nazywać Lachami na Wschodzie, gdzie również (chyba z uwagi liczność i dumę pol­skiej szlachty) nazy­wano ich "pa­nami" (jas­ne pany, polscy ja­śnie panowie itp). Na wschodzie byli rów­nież mu­zuł­ma­nie i nie jest wykluczone że "Lach" pochodzi od... "Al-lah" (względ­nie "Al-lach" obie pi­sownie są upra­wo­moc­nione i spoty­kane). Otóż "al" to przedimek, a "lah" to Bóg. Bóg jest bardzo często nay­wa­ny "Pan" (także w Koranie). Stąd wzięło się "Lach" jako Polak, a do­kładniej "pan (pol­ski)". Czyli od Tatarów do Rusi­nów, a potem do Pola­ków.

Szczerze mówiąć niezbyt w to wierzyliśmy (a mało to przypadkowych incydencji w sło­wach), aż wreszcie tra­fili­śmy w wi­kipedii na in­forma­cję na­stępującą:

Starożytna nazwa grecka naszego Państwa to Lachia (kraj Panów), po ukraińsku nadal zwie się nas La­chami, stąd powie­dze­nia: “Stra­chy na Lachy” oraz “Pamitaj Lasze, szo po Wislu, to nasze”. Li­twini, mimo osiemset­let­niej indok­trynacji chrze­ścijań­skiej oraz pięć­set­letniej wspólnej pań­stwowo­ści z Pol­ską, nigdy nie zmienili na­zwy Polski na chrześci­jańską i do tej pory Pol­ska po li­tewsku to Lenkija (Lęe­chija), a Polak to Len­kas. Wę­grzy zwą nas Lengyel i jest to połącze­nie dwóch słów: Lech i An­gyel (Pan i Anioł), a nasze pań­stwo zwą Len­gyelor­szag, co do­sło­wnie oznacza Państwo Panów Aniołów.

 

Tak więc słowa „Lach” „pan” „Allah” mają wspólny rdzeń.

 

O mechanizmie społecznym  mówi Piotr Lutostański

IX  2018

Dobitne i zwięzłe wyłożenie – warto zapamiętać i po­szczególne stwierdzenia w wol­nych chwilach prze­my­śleć.

Warto poczytać o historii pieniądza, np o tym że dług był przed pieniądzem i co za pieniądz słu­żyło; do­dat­kowo o nega­tywnych i pozy­tyw­nych efektach ze­wnętrznych, o dylemacie pasażera na gapę, o efek­cie wspól­nego pola, o wartości jaką dla wielu lu­dzi sta­nowi po­czucie, że jest się do­brym człowie­kiem (to spra­wia, że dobro­czyn­ność może być działa­niem egoistycznym!), o tym że taniej bogatym zrzucić się na chleb dla głodu­jących niż wy­dawać na ochronę oso­bistą, taniej zrzucić się na pod­sta­wowe leczenie, niż stawiać czoła zwięk­szonemu ry­zyku róż­nych epi­demii, itd...

Pomaganie innym często jest opłacalnym, egoistycz­nym i racjonalnym działaniem przy­najmniej dla ro­zu­mieją­cych dy­lemat. To kapi­taliści sta­wiali pierwsze darmowe szkoły, czy szpitale, nie pań­stwo! To pry­watna aktyw­ność Brytyj­czyków wymusiła na państwu prze­ciwdziała­nie nie­wol­nictwu, nie tylko w kraju, ale i na ca­łym świe­cie!
Pomysł, że państwo (jakkolwiek je zdefiniujemy) jest w stanie pod przymusem ze złych lu­dzi robić lu­dzi do­brych lub że ja­kikol­wiek poli­tyk (urzędnik) będzie le­piej działał dla dobra ogółu i lepiej wie­dział co nim jest niż zwykły obywatel jest idioty­zmem. Pojęcie "interes społeczny" jest niezde­finio­wanym narzędziem służą­cym po­litykom do tłumaczenia działań w ich prywat­nym interesie, itd...
Akumulacja kapitału jest niezbędna do innowacji. Prawidłowo uregulowany rynek zapew­nia to, że w dłuż­szym termi­nie kapitał będą aku­mulo­wa
­li Ci, którzy potrafią nim najlepiej za­rządzać, a zatem naj­efek­tyw­niej organi­zo­wać pracę innych, a to jest klu­czem do wzrostu wyna­grodze­nia za pracę. Od pewnego po­ziomu bo­gactwa, to już nie człowiek posiada ka­pitał, a kapitał po­siada człowieka i pełni on wręcz słu­żebną rolę wo­bec innych efek­tywnie alokując kapitał i orga­nizując pracę, gdyż nie jest w stanie skon­su­mować więk­szo­ści po­siada­nego ka­pitału.
Człowiek umiera, a to czego dokonał staje się dobrem z którego czerpią przyszłe pokole­nia. Warto go jak naj­mocniej mo­tywo­wać do pracy, a nie demotywować przez podatki. Przy zerowym po­datku: Mo­zart, Ford, Ein­stein, Darwin, Jobs, Sam Walton, i tym podobni nadal uzyska­liby tyl
­ko niewielki ułamek warto­ści, jaką wyge­ne­rowali dla swojego i następnych po­koleń.
Czas żeby ludzie zrozumieli, że to większość czerpie niezasłużone korzyści z geniu­szu i pracowi­to­ści nie­licz­nych, a nie na od­wrót (przy­najm­niej w warunkach wolno­ściowych) i w interesie więk­szo­ści jest stwo­rze­nie im jak najlep­szych warunków i mo­tywacji do pracy... Na­to­miast w in­teresie bo­gatych jest, aby wes­przeć naj­bied­niejszych i w wa­runkach wol­nościo­wych będą to robić bez przy­musu, czego do­wo­dzi histo­ria ( ale naj­bied­niej­szych, a nie najsilniej­sze politycznie grupy in­te­resu).
Zatem stawianie kapitalizmu na przeciw redystrybucji dochodów, jako alternatywy jest błędem. Re­dy­stry­bu­cja zawsze jest i będzie nie­unik­nio
­na i na dodatek wspie­rana przez egoistyczny in­te­res posia­dają­cych wię­cej.

Dylemat jest więc taki:             

Czy wspieramy wolność i państwo prawa, czy mniej­szy lub większy zakres państwa totali­tar­nego?

 

Troska o los ludzkości

IX  2018

Jasne że nie należy zanieczyszczać środowiska i że już u zarania cywilizacji o to się sta­rano. Za­ra­zem ja­sne że należy to robić sensow­nie, oszczę­dnie i bez przesady.

Wyczytałem gdzieśtam że Unia Europejska wydała 2 biliony euro (2 z 12 zerami) na walkę z Glo­ba­lym Ocie­ple­niem. Kwota to tak po­tworna, że po­stanowiłem ją spraw­dzić. Niełatwe to było i w końcu nale­ży­tego ro­ze­zna­nia nie uzyskałem, niemniej do­sze­dłem do wnio­sku,

że kwota 100 razy mniejsza (!) jest pewna – czyli że UE wydała 2 z 10 zerami.

Wydaje się   na jakieś technologie i produkty ener­gooszczędne, mniejzanieczysz­czające itp, które ofe­rują różne tzw pod­mioty gospo­dar­cze.

Aby coś wielkiego komuś wielkiemu sprzedać, trzeba „posmarować” – podobno fundusz ła­pów­karski wy­nosi zwykle 10% – nie tylko po­lity­kom – trzeba również urobić opinię publiczna, na co niech pój­dzie zale­dwie dziesiąta część tych 10% , czyli w sumie – 2 z 8 ze­rami euro na uro­bie­nie opinii publicznej.

Ludzie mają zaufanie do naukowców, więc zachęcamy naukowców aby skłonili lu­dzi do należytej tro­ski o śro­dowisko, żeby postraszyli co nam grozi. Jeśli upa­trzymy sobie 1000  klimatologów, to na każdego wy­pad­nie 2 z 5 zerami euro. Dwieście ty­sięcy euro (200 000 euro) – któ­re może być wci­śnięte tak ele­gancko że nic a nic nie bę­dzie przypominać ła­pówki.

I niby dlaczego naukowiec ma uważać że robi coś złego – przecież trzeba jakoś głu­pimi ludźmi wstrzą­snąć aby należycie dbali o środo­wi­sko. Niech się boją – nic im to nie zaszko­dzi.

To nie są żadne śmieszne teorie spiskowe. Korup­cja była, jest i będzie. Są spe­cjalne urzędy do jej tro­pie­nia i zwalcza­nia, a o aferach ko­rupcyjnych czytamy niemal codzien­nie. Kryje się ile może, nie­mniej można jej się domy­śleć.

Oto ciekawy i być może celny pogląd, mianowicie:
Być może klimat do którego zmierzamy jest taki jaki być powinien, czyli że to klimat obecny jest od­chy­le­niem od normy któ­rej zresztą nie ma albo jej nie znamy i nie po­znamy.
Faktycznie
czy klimatolodzy ustalili jaki klimat jest wzorcowy? i że powinien być stale taki. Dla­czego więc ma się nie zmie­niać sam z sie­bie? (prze­cież wszystko się zmienia). A jeśli się zmienia, to jasne że musi to po­wo­do­wać różne zakłó­cenia i nie­dogodności. A może zmienia się na le­pszy?

 

Siatkówka i koszykówka

IX  2018

Oto jak przypadkowy człowiek widzi mecz siatkówki zawodowców:

Serw, odbicie, odbicie, wyskok przy siatce do ścięcia - z drugiej strony wyskok do blokady, ktoś zdo­bywa piłkę, zwy­cięzcy zbierają się w ko­ło i poklepują po ple­cach. Po czym nastę­puja po­wtórka – tyle tylko że cza­sem odbiją 3 razy, a cza­sem 5 – ale najśmieszniejsza część spek­tak­lu, tj pokle­py­wanie, nas nie omi­nie.

To nie jest pokaz zręcznego odbijania piłki, lecz pokaz ścinania i poklepywania. W gruncie rzeczy mógłby sę­dzia rzucać piłkę nad siatkę i – kto pierwszy doskoczy do ścięcia? – po co ten serw i kilka od­bić? – to tylko zby­teczny wstęp.

Oczywiście w tym wszystkim wzrost odgrywa bardzo ważną rolę – i dlatego prefe­ruje się 2-me­trow­ców – rów­nież w ko­szy­kówce, gdzie za­miast rzucić do kosza można niemal wło­żyć.

Nie ulega wątpliwości że gry te się zdegenerowały. Jaka rada?

Podwyższyć wszystko o jeden metr. Niech teraz sobie ścinają i wkładają.

 

Głupiejemy!?    (zakładka IQ)

23  IX  2018

Oto zaskakujące doniesienie znalezione pod

https://www.salon24.pl/u/zetjot/879626,dlaczego-ludzki-mozg-maleje-i-co-to-moze-ozna­czac

Jeśli to prawda, to już dotknęło to właśnie Salon24. Nie podali bowiem odniesień do źró­deł (jacy bada­cze? ilu?) ani nawet au­tora tego ar­ty­ku­liku. Nie­mniej... proszę czytać:

Badacze ludzkiego mózgu podają, że masa mózgu, która w pewnym momencie osiągnęła poziom 15001800 g, zmniej­szyła się o 150 g, a to jest sporo, bo ok.10%.

Czym to wytłumaczyć ? 

Być może są to zmiany degeneracyjne, ale chyba naj­łatwiej wytłumaczyć to tym, że mózg, a do­klad­nie jego umy­słowa struk­tura ma cha­rak­ter spo­łeczny, więc jego pa­rametry zależą od spo­łeczności, a kon­kret­nie od systemu relacji społecz­nych, w ja­kie wchodzą jed­nostki. Jak wska­zu­je teoria ewo­lucji mózg rósł wraz ze wzro­stem li­czeb­ności ludzkich grup i ko­niecznością ra­dzenia sobie z ro­snącą liczbą inte­rak­cji i relacji mę­dzy­oso­bowych. Obec­nie, skala skomplikowania tych relacji nie uległa zmia­nie, ale ule­gły zmia­nie inne czyn­niki zwią­zane ze struk­turą spo­łe­czną. 

W obecnej fazie cywilizacji siatka powiązań społecz­nych osiągnęła taką gęstość, że do ra­dzenia so­bie ze stop­niem skompli­kowania tej sieci za­częto stosować rozmaite technologie oraz rozwią­zania instytu­cjo­nalne. I tym oto sposobem tak rozbudo­wana siatka in­frastruk­tury spo­le­cznej zdejmuje z jednostki ciężar podejmo­wa­nia rozmaitych decyzji. W niektó­rych dzie­dzinach ta infra­struktura po­sze­rza sferę ludz­kich moż­li­wości, ale w in­nych zdej­muje z jednostek nie­zbędną prak­tykę ćwiczenia np. umiejętności nawiązywa­nia rozmaitych bezpo­śred­nich rela­cji, co grozi kata­strofą (np. w rodzi­nie). Także instytucje państwowe przej­mują rozmaite funkcje ro­dzin i jed­nostek opieka spo­łeczna, ju­gendamty, barnever­det, konwencje prze­mo­cowe. Instytu­cje stały się spo­łeczną pamięcią ze­wnętrzną. 

W ten oto sposób społeczeństwo, dzięki sieci urzą­dzeń pamięci zewnętrznej, stało się jed­nym gi­gan­tycz­nym su­permó­zgiem, więc fi­zyczny, bio­logiczny mózg, odcią­żony, utracił pewne funkcje i zmalał. I tak oto spolecz­ność ludzka zaczęła przypo­minać owady spo­łeczne, takie jak mró­wki, ter­mity czy pszczoły, które, pomimo nie­wielkich mózgów, zacho­wują się bardzo racjonal­nie. Za­gadką na tym etapie pozo­staje pyta­nie:

Jak na ten supermózg wpłynie sieć internetowa.?

Po­twierdzenie tego zagrożenia znajdziemy w bada­niach i tezach jaki stawia nie­miecki neu­robio­log i psy­chia­tra, Manfred Spit­zer, for­mułu­jący ostrze­żenia przed rolą cybersfery, pro­wadzacej do utraty pewnych podsta­wo­wych zdolności po­znawczych i manualnych w po­kole­niach ży­ją­cych w cybersfe­rze. 

W takim supermózgu spolecznym, rola jednostki ule­głaby radykalnemu ogranicze­niu. To zagro­żenie prze­ma­wiałoby za zdecy­dowaną zmianą po­lityczną ograni­cza­jącą dominującą w ustroju demoliberal­nym rolę go­spo­darki konsumpcjoni­stycznej, która generuje tego ro­dzaju trendy alie­na­cyjne. 

Widać, że coś jest na rzeczy, bo właśnie dowiedzialem się o znakomitej kampanii anty­smartfono­wej. 

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/400839-cenna-kampania-tramwajow-warszaw­skich-wi­deo  

Prof. Manfred Spitzer byłby zachwycony, ale taki wi­deoklip to, moim zdaniem, zale­dwie po­czątek nie­zbęd­nej, sze­roko za­krojo­nej kam­paniii skie­rowanej prze­ciwko całej cybersferze. 

Pozwolę sobie zamieścić jeszcze komentarz do mego tekstu o edukacji demolibe­ralnej na­pisany przez @fishera: 

"Według szeroko prowadzonych badań przez ośrodki w Wielkiej Brytanii i Norwegii po­cząwszy od końca XX wieku spada po­ziom wskaź­nika IQ w badanej popula­cji. Do dzisiaj spadek wyniósł już 7 punk­tów. 

Wcześniej, przez cały wiek XX, wskaźnik IQ systema­tycznie rósł w tempie 3 punk­tów na dekadę (tzw. efekt Flynna).

Badania przeprowadza się na próbkach ludzi młodych dorosłych (1820 lat), dla­tego od­wrócenie trendu na­leży przypisać po­koleniu uro­dzo­ne­mu po roku 1975.

Nie ma jednoznacznego wyjaśnienia przyczyn zała­mania się wzrostu IQ, ale jedna z hipotez może wska­zy­wać na współ­czesną doktrynę edu­ka­cji (wprawdzie celem te­stu IQ nie jest badanie po­ziomu wy­kształce­nia, ale to model kształcenia decyduje o tym, w jakim stopniu kandy­daci roz­u­mieją zada­nia i po­trafią się po­słu­żyć od­po­wiednią metodą w celu znalezie­nia po­prawnego rozwią­zania). 

Jest to jeden z możliwych skutków liberalnych kon­cepcji edukacyjnych."

 

Apostazja Jana Pawła II

X  2018

Zaskakujące i szokujące spojrzenie. Klik­nij:  Apostazja

Dodajmy że w kościołach od około 40 lat nie śpiewa się już tradycyjnych pieśni religijnych, które lud przez tyle wieków (?) śpiewał  i które by­ły w dawnych modlitewnikach i śpiewnikach (ostało się jeszcze tylko kilka kolend). Czemu nakazano kapła­nom aby ich nie in­tonowali, do­ciec ciężko – wygląda na to że chodzi o ogólnie pojęty postęp. Poza tym atmosfera nabożeństw została strywializowana dopuszczeniem za­cho­wań właściwych raczej dla zebrania towarzyskiego. Stary człowiek odnosi wra­żenie że Kościól zaczął traktować sacrum z przymru­że­niem oka.

doktorowe

Doktorowe

18 XII 2018

Doktorowe

To bynajmniej nie żony doktorów (tj lekarzy) – wyjaśnię to kiedy opiszę moją pierwsze zetknięcie się nimi przed klkudzie­sięciu laty...

Przed egaminem na uczelnię wyższą postanowiłem na wszelki wypadek zaliczyć jakiś kurs przygotowawczy z fizyki. Zna­lazł się taki na Aka­de­mii Medycznej (w Warszawie). Akurat się zaczynał, więc przyszedłem i (znowu na wszelki wypadek) poprosiłem prowadzącgo, abym mógł po­słuchać pierwszego wykładu, iżbym sprawdził czy jest to dla mnie.

Po wejściu na salę zdębiałem – same młode dziewczyny! wyglądające na oko na przyjezdne z prowincji. Zaczęło się – asystent prowa­dzący za­gaja nieco i zadaje jakieś łatwe pytanie – cisza; zadaje kolejne – znowu cisza; za trzecim razem nie wytrzymałem i odpowie­działem. Asy­stent wytknął  mi że jestem tylko gościem, więc posiedziałem jeszcze trochę i umknąłem. Tak niski po­ziom to nie dla mnie.

Potem zastanowiłem się jak to możliwe, by kandydatki na lekarki nie potrafiły odpowiedzieć na tak łatwe pytania? A że miałem już tro­chę kon­taktów z ludnością wiejską czy półwiejską, więc w końcu odgadłem – one świetnie wiedziały, ale były tak nie­obyte że nie śmiały się ode­zwać: „Matulu, kiej wstydam się”. Bo taka jest mentalność wiejska że wstyd im nie wiadomo dla­czego i za co? być może uwa­żają że przy­zwo­it­a ko­bieta nie powinna się odzywać, bo ludzie o niej pomyślą, że ona to ja­kaś...?... ale i do dzisiaj nie wiem czego się wstydzą.

Mnóstwo z tych kobiet zostało lekarkami, a że wiele razy stykałem się nimi (także kiedy jeszcze studiowały) zacząłem je okre­ślać sło­wem „do­ktorowe” (którym zresztą same się czasem nazywały). Oto garść obrazków:

Po powrocie z ferii studentka ostatniego roku medycyny zaczyna się przechwalać jak to wyleczyła matkę z jakiejśtam in­fekcji (prawdo­po­dob­nie z przeziębienia): „Wpakowałam ją do łóżka, zrobiłam zastrzyk penicyliny, kazałam pić zsiadłe mleko, następ­nego dnia powtó­rzyłam, no i na trzeci dzień matka była  już zdrowa”. Po czym dodaje z dumą: „My już jed­nak coś umiemy”.

Aby nie odbierać Czytelnikowi przyjemności samodzielnego docieczenia o co chodzi, wyjaśnienie umieszczam w przypi­sku mleko  

Jak adresuje ojciec list do córki, która jest świeżo upieczoną lekarką w Warszawie?

Oczywiście „Wielmożna Pani Doktor X.Y.” – niech wszyscy widzą i wiedzą że jego córka to nie byle kto – to doktorowa.

Otóż nie wiem jak jest teraz, ale dawniej tytuł „doktor” cieszył się na wsiach wręcz niesłychanym prestiżem. Chyba każdy chciał takiej ka­riery dla swojego dziecka i każde dziecko o takiej marzyło. „Inżynier” to był gorszy doktor – półdoktor, a „na­uczyciel” to taki ćwierć­doktor.

A teraz o higienie...

Niezbyt wierzę by doktorowe z takim rodowodem zbyt się nią przejmowały (chyba że ktoś wyjątkowo dobitnie wbije im to na studiach, ale to na­prawdę wyjątkowo). Podejrzewam nawet że niektóre tak naprawdę to wątpią w istnienie zarazków. Wybie­gnę nieco w przy­szłość.

Oto obrazek z wizyty w dalekim chłopskim gospodarstwie nad Bugiem:

Bardzo miła rodzina z trzema córkami w wieku od 6 do 18 lat. Po długiej jeździe samochodem chciałem nieco się odświe­żyć – przede wszyst­kim umyć ręce i obmyć twarz. Rozglądam się za kącikiem do mycia (miska i wiadro z wodą) – nie wi­dzę. Pytam się – okazuje się że czegoś ta­kie­go nie mają! Nie wierzę własnym uszom, ale nagabuję gdzie wobec tego się myją. Zaprowa­dziły mnie na podwórze do studni, znalazły ja­kąś mis­kę, postawiły, nalały wody, a gdzie mydło?... tym ra­zem trwało to dłużej, ale w końcu jakiś kawałek znalazły. O ręcznik już nie prosi­łem... Cie­kawe czy któraś z nich została doktorową? 

Ale to było potem, a narazie to mieliśmy noworodka, którego nieustanny płacz z niewiadomego powodu doprowadził nas do rozpaczy. Aku­rat było to w Boże Narodzenie, więc zadzwoniliśmy na pogotowie – obiecano że ktoś do nas zajrzy. Wchodzi le­karka – rąk nie umyła, ale nie­za­go­jo­ne­go pępka dotyka bez żadnej żenady. W dodatku nieco podpita.

Kiedy słyszy że niemowlę dostaje cyca kiedy tylko zapłacze, jest wstrząśnięta: „Coś podobnego! Jak na jakiejś zapadłej wsi!”

Z tym karmieniem piersią to bardzo ciekawa historia:

Otóż w PRL służba zdrowia powszechnie zalecała matkom, aby jak najwcześniej kończyły z karmieniem piersią, aby stop­niowo prze­sta­wiały nie­mowlęta na picie rumianku (i w regularnych odstępach) – choć przecież karmienie piersią jest naj­bardziej na­turalne i z pewno­ścią naj­zdrow­sze, a niemowlę chyba najlepiej wie kiedy potrzebuje pokarmu.

Przypuszczam że był to odgórny wymysł i zalecenie władzy, skierowane najpierw do tych co przyszłe lekarki nauczają i piszą wska­zówki dla ma­tek. Chodziło o to aby kobieta jak najwcześniej wróciła do pracy, bo przecież gospodarka naro­dowa jej po­trzebuje, a dziecko można od­dać do żłobka. Teraz ten szkodliwy obłęd zdaje się minął, choć feministkom chyba to nadal prze­mawia do przekona­nia.

Mimochodem wspomnę takie sporadyczne usłyszenia jak – brak zamiłowania do swojego zawodu ("Lepsze to niż karmie­nie świń"), nie­chęć do dokształcania się ("Nie płacą mi za to") i wręcz obłąkańcze ogłądanie jak popadło telewizji. Przejdę do szprycowania anty­bioty­kami.

Małe dzieco wykazuje oznaki przeziębienia – antybiotyk w płynie. Następna wizyta (ma wszelki wypadek, bo źle się czuje) – ni­czego po­waż­ne­go nie stwierdziła, ale znowu antybiotyk. Dziecko jest często rodrażnione – luminal na uspokojenie. Itd – było tego sporo.

Podejrzewam że też było to lansowane przez władzę, aby dziecko jak najrzadziej, a jeśli już to jak najkrócej, chorowało, aby ma­tek nie od­ry­wać od miejsca pracy ze szkodą dla gospodarki socjalistycznej. Ale niewykluczone że wynikało to z prze­sadnej wiary w postęp i nauko­wość, oraz z istniejącego podobno chłopskiego szacunku dla władzy (skoro tak każe i do­brze na to spogląda, to nie wypada się sprzeci­wiać).

Ostatnia przygoda to wizyta u okulistki:

W przychodni rejonowej na korytarzu przed gabinetem nikogo nie było. Z gabinetu dobiega trajkotanie dwóch pań. Sia­dłem naprze­ciwko i cze­kam. Po pewnym czasie skończyły. Jedna wychodzi, a druga – okulistka – wygląda na korytarz, rozgląda się (siedzę naprze­ciwko – do­brze mnie widzi) i nic nie mówiąc wraca zamykając za sobą drzwi. Poszedłem sobie, bo najprawdopo­dobniej jest tak głupia że nie domyśliła się że je­stem czekającym pacjentem. Ale bardziej prawdopodobne jest to iż jest nie­obyta, no i  źle wychowana. Wszystko jedno – do takiej wcho­dzić nie warto.  

Podobno w niektórych krajach jest cenzus na wstęp do zawodu lekarskiego – trzeba pochodzić z rodziny lekarskiej – nie wy­starczy chętka na awans społeczny. Z moich doświadczeń wynika że jest to głęboko słuszne. Jest to zawód który wy­maga nie tylko umiejętno­ści lekar­skich i do­świadczenia, lecz także umiejętności kontaktu z ludźmi, delikatności, taktu i elementarnego obycia. Nie mówiąc już o zakorzenio­nym na­wy­ku do czystości i porządku. To można wynieść tylko z do­brej rodziny.

 

Tu nie mogę się powstrzymać od przytoczenia zadziwiających ale i zabawnych zaszłości:

 

W latach 1950 po zapadłych wsiach jeździły Ruchome Przychodnie Lekarskie.

I zdarzyło się że przyszła baba do ginekologa. Zbadał ją i powiedział:

„Mogłaby pani umyć się przed wizytą u lekarza”

A ona osłoniwszy to wstydliwie i krygując się:

„Iii tam, panie doktorze – a kto by to paskudztwo ruszał!”

 

W 1982 (Stan Wojennny) wziąłem udział w wyprawie po rąbankę. Po kilku godzinach samochodem dotarliśmy do chłopskiego gospo­darstwa nad Bugiem, w którym przywitała nas bardzo miła i dorodna rodzina – gospodarz i gospodyni z trzema córkami (8–16 lat).

Rozglądam się po izbie za kącikiem do mycia, ale nie widzę : „Gdzie mogę ręce?”

Córeczki zaprowadziły mnie do studni, wyciągnęły skądś miskę i doniosły kawałek mydla.

 

Ana­bis

 

 

do Czy­taj!

do Bry­dża

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości

16 Wrze­ś­nia 2010

redaktor@czytaj.net

© Czytaj !

          

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


mleko

Picie zsiadłego mleka ma sens tylko wtedy kiedy bierze się penicylinę doustnie. Kiedyś uważano że chroni to florę bakte­ryjną w prze­wo­dzie pokarmowym, ale obecnie uważa się że zsiadłe mleka jest w tym jałowe i stosuje się specjalne prepa­raty.