|
ANABIS |
27 XII 2008 |
Jak cię widzą, tak pracujesz
Kiedyś
zacząłem pracować w pewnej (sztywnej i poważnej) instytucji państwowej,
w dziale wymagającym nieco umiejętności koncepcyjnych. Pracowałem w stylu:
godzina koncepcyjna, 15 minut przechadzki w sąsiednim parku. Ale tylko ja
jeden byłem taki. Np pan który siedział przy sąsiednim biurku nieprzerwanie
coś pisał i pisał, a biurko miał zawalone papierami. Po tygodniu, kiedy
już się oswoiłem, zagadnąłem go, co tak ciągle pisze i pisze. Dał mi to do
poczytania, a kiedy przejrzałem, stwierdziłem, że produkuje bezwartościowe
wodolejstwo. Zdumiałem się, ale zmilczałem.
Kiedy
powiedziałem o tym pewnej osobie o pokolenie starszej, ta uraczyła mnie
taką anegdotką:
Po wojnie studiowałam i jednocześnie pracowałam jako buchalterka
w małej firmie. Pracy było (na szczęście) bardzo niewiele, toteż dziwiłam
się, że druga buchalterka nieustannie coś pisze i pisze. Kiedy zagadnęłam
ją o to, położyła palec na ustach i powiedziała tak: „Pani Mario, ja
rzeczywiście mało mam do roboty, ale co sobie szef pomyśli kiedy będę siedziała
bezczynnie. Więc jak coś napiszę, to powlekam litery po raz drugi, trzeci,
czwarty – aby było widać, że pracuję”.
Wpadłam na pomysł, aby przepisywała mi notatki z wykładów.
Ucieszyła się..
Ostatni ton
Teraz już b.rzadko słyszy
się Hejnał Krakowski (poprzedzony podaniem dokładnej 12:00 ).
Dawniej
podawano czas tak: „Koniec piątego (?siódmego) tonu wyznacza godzinę
12:00”, a kilka lat temu dowiedziałem się, że zmieniono to na „Koniec
ostatniego tonu wyznacza...”. Informator powiedział, że napisano już o
tym do Rozgłośni i ten „Polish joke” wkrótce zniknie.
Gdzie tam! Nadal jest; niedawno
miałem okazję usłyszeć to na własne uszy.
U notariusza
Kiedyś
pewna firma z USA przysłała mi formularz umowy do zaakceptowania przeze
mnie, w którym było specjalne okienko na mój podpis i poświadczenie notariusza,
że jest to naprawdę mój podpis.
Sekretarz
notariusza oświadczył, że mam wielkie szczęście, iż pani notariusz zna angielski.
Na moje zdziwienie: „A co to ma do rzeczy? Skoro notariusz
potwierdza TYLKO mój podpis, to reszta mogłaby być i po chińsku! Wystarczy
że notariusz napisze tylko w jakimś języku, że JEST TO MÓJ PODPIS. Nawet
jeśli b.słabo zna angielski czy francuski, to tak proste zdanie chyba jednak
potrafi.”
Usłyszałem
to co zwykle: „No tak, ale wie Pan – tak nam każą” (raczej ewidentne kłamstwo).
Podpisałem
się gdzie trzeba, a pani notariusz poświadczyła. Ale nie w przeznaczonym
na to miejscu, broń Boże. Na końcu całego tekstu przystawiła wielką pieczątkę
(na pół strony) a kilka pustych pół w pieczątce wypełniła ręcznie. Wszystko
po polsku! Wyglądało to tak idiotycznie, że w końcu nie wysłałem tego do
USA (poradziłem sobie inaczej). Nie chciałem dawać Amerykanom okazji do
ułożenia nowego „Polish joke”.
W bankach
W
centrum W–wy (gdzie mieszkam) jest zatrzęsienie banków. Od czasu do czasu
odwiedzam kilka z nich w kwestii – przyznaję to – z reguły nietypowej. A
oto moje przygody w ostatnich kilku latach:
1) Przygoda z czekiem bankierskim:
Pewna
firma z USA przyjmowała wpłaty tylko w postaci czeków (dziwne ale prawdziwe).
Nie miałem niestety książeczki czekowej, ale to drobiazg: udam się do
banku i kupię czek banku na te 40 USD (nazywa się to czekiem bankierskim). W
pierwszych trzech bankach o czymś takim nie słyszano („My jesteśmy uczciwym
bankiem...”). W czwartym słyszano, ale „Takie czeki wystawiamy tylko tym,
którzy mają u nas konto” (?chyba jednak niezbyt wiedzieli o co chodzi). W
piątym hurra – słyszano i wystawią, za 50 zł. Dość słono, ale niech tam.
Urzędnik
nie zaakceptował karteczki na której wypisałem wszystkie dane do czeku,
lecz wręczył mi b. obszerny formularz do wypełnienia (z miejscem na moje
dane personalne), a ponadto powiedział że muszę się wylegitymować (!?).
Nie pomogło moje stwierdzenie, że przecież to JA płacę, że kwota jest drobna,
i że 50 zł całkowicie wystarcza na to aby SAMI sobie wypełnili ten formularz.
Wściekłem się i wyszedłem. Ostatecznie musiałem zawrócić tym głowę
znajomemu w USA.
Przedtem
urzędnik ten zaproponował, żebym otworzył sobie u nich konto. Będzie
prościej, dostanę książeczkę czekową – a wszystko to potrwa kilka minut.
Spodobało mi się to, ale kiedy zaprowadził mnie do koleżanki, spuścił z
tonu – okazało się, że założenie u nich konta trwa TRZY miesiące [ !!!! ].
2) Przygoda z kontem depozytowym:
Kiedyś
chodził mi po głowie pomysł na pewien biznes usługowy, wymagający (niestety)
zainwestowania z 50 tysięcy złotych. No i była oczywiście groźba, że
chętnych będzie zbyt mało.
Co
robić? Wykoncypowałem coś takiego:
·
Najpierw szukam klientów i zbieram
od nich przedpłaty na usługę.
·
Płacą nie mnie, lecz na specjalne
konto w banku. Bank ręczy (np w necie), że po określonym terminie
przeznaczy pieniądze na zrealizowanie usługi (np zapłaci drukarni za
wydrukowany album, informator, książkę,...) albo zwróci pieniądze klientom.
Wydawało
się, że wszystko jest OK. Wszyscy są zabezpieczeni, a ja, jeśli nie wyjdzie,
stracę niewiele.
Już
w pierwszym banki usłyszałem, że musieliby mieć do mnie wielkie zaufanie,
aby pójść na coś takiego. W następnych było nielepiej – w ogóle nikt nie
zrozumiał o co chodzi.
Potem
dowiedziałem się, że jest to metoda znana i stosowana na świecie pn „konto
depozytowe”.
3) Przygoda z wekslem:
Znajomy z prowincji zadzwonił
do mnie, abym kupił mu weksel, dokładniej blankiet wekslowy.
Na
moje zdziwienie („przecież wystarczy na kawałku papieru”) odpowiedział,
że świetnie o tym wie, ale jeśli wystawi weksel na jakimś „urzędowym”
blankiecie, wzbudzi to większe zaufanie.
Odwiedziłem
więc kilka banków i dowiedziałem się, że takie blankiety kiedyś mieli,
ale teraz nie mają. Nie byłoby w tym nic tak b.dziwnego, gdyby nie to że jednocześnie
oświadczano mi zdecydowanie, że weksel musi być wypisany na blankiecie
specjalnym, bo inaczej jest prawnie nieważny.
|
ANABIS |
12 IX 2008 |
Stopowanie na miliparseku
W jednym z opowiadań o pilocie
Pirxie luxusowy pasażerski statek kosmiczny otrzymuje polecenie przerwania rejsu i wyruszenia na ratunek.
W nawigatorni pada pytanie „Czy damy radę zastopować na miliparseku?”.
Odpowiedź jest twierdząca, z czego wynika że miejsce katastrofy jest odległe
o około jeden miliparsek. Statek zmienia kurs i wyrusza na ratunek.
Na oko wygląda to sensownie;
na wszelki wypadek – policzmy:
Parsek to odległość, którą
światło przebywa w ponad 3 lata (dokładniej: w 1191 dni).
Na miliparsek zużyje więc
światło 1000 razy mniej czasu – czyli ponad 1 dzień.
Statek był oczywiście o
wiele wolniejszy – miał prędkość podróżną = 10 tysięcy km na sekundę, a
zatem dotarcie do miejsca katastrofy zabrałoby mu ponad miesiąc
! (z czego ostatnie kilka dni musiałby zużyć na hamowanie). Ponad
miesiąc! A jak jest w opowiadaniu? Statek nawiązuje kontakt wizualny
z miejscem katastrofy już po kilku(nastu) godzinach lotu hamowanego.
Lapsusów takich jest w fantastyce
zatrzęsienie. Autorzy w gorączce twórczej wstawiają liczby takie jakie
podsuwa im roztargniona muza, nie racząc wykonać elementarnych szkolnych
oszacowań.
Wogóle
do wszelkich podawanych liczb – także w niefantastyce! – należy podchodzić
z nieufnością; nie zawadzi sprawdzić je samemu, aby przekonać się chociażby
czy jeszcze potrafimy rachować.
Szczególnie trzeba uważać kiedy czytamy o „bilionach dolarów”.
Wielu dziennikarzy nie wie, że w USA bilion to 1000 milionów i – bagatelka
– podają polskiemu czytelnikowi kwoty tysiąc razy większe.
Główna zasada gospodarki państwowej
|
W owym czasie – dziś już może nie – główną zasadą gospodarki
państwowej było „stehlen und stehlen lassen”. Kraść i pozwolić
kraść. Piękna pokojowa zasada. Ten dobry system miał jednak jednego wroga, a mianowicie
pewną francuską zasadę. Co tu dużo gadać, Francuzi są we
wszystkim wrogami Niemców. „Ótes-toi que je m'y mette”. Co w swobodnym
tłumaczeniu znaczy: „Odsuń się,
niech i ja się nakradnę”. Mor Jokai "Złoty człowiek" (ca 1890) |
Skoro jest wzór na Procent Składany, czas by ktoś
ułożył wzór na Procent Kradziony oraz Marnotrawiony. Oba te procenty wydają
się być immanentną cechą wszelkich ludzkich przedsięwzięć dokonywanych
przez organizacje zhierarchizowane (już przy budowie piramid z pewnością...),
a niestety duże przedsięwzięcia mogą być zrealizowane tylko przez takie
właśnie organizacje.
Jest nowelka Czechowa (zapomniałem tytułu; może
ktoś przypomni) w której grupka akcjonariuszy małego przedsiębiorstwa
biedzi się jak zapobiec kolejnej defraudacji. Kasjer – trzeci z kolei
– przyznaje się ze skruchą, że – już po raz drugi – skusiły go rozkosze
tego świata (kobiety, wino, śpiew). Zrozpaczeni akcjonariusze obiecują
mu końcu dostarczać te rozkosze gratis (wino, adresiki itp), byle tylko
powstrzymał się od nadwerężania kasy.
Stąd też wywodzą się olbrzymie pensje menadżerów
wielkich firm. Zapewne znalazłby się zdolniejszy ochotnik do pracy za pensję
znacznie niższą, ale jest niemal pewne że z biegiem czasu uległby pokusie.
Jeśli nawet nie miałby możliwości defraudacji, to zostałby przekupiony
przez firmę konkurencyjną w celu dokonania sabotażu w interesach pracodawcy.
Polskie –ski po angielsku
?
Skąd
wzięło się pisanie po angielsku Kowalsky zamiast Kowalski, Slawinsky
zamiast Slawinski itp ?
(przecież
angielskie sky brzmi jak polskie skaj, a angielskie ski
[narty] wymawia się jak polskie ski).
Jest
to zdaje się maniera dość świeża, bo widziałem kiedyś stare książki anglojęzyczne
w których polskie ski pisano po prostu ski. No i dotąd w USA
obchodzi się Pulaski Days (nie Pulasky Days).
Jak nauczał historii
mój nauczyciel w liceum
Przez 4 lata dyktował swój własny kurs historii
– głównie skondensowane fakty; niemal zero oceny i interpretacji. Wydawanie
lekcji polegało na dosłownym odtworzeniu tematu z pamięci – nie wymagał,
ani nawet nie tolerował, żadnego „myślenia historycznego”; należało
po prostu powtórzyć.
Aby nadążyć z notowaniem wypracowałem sobie
system „stenografii historycznej”, sprowadzający się do wielkiej
ilości skrótów (np F=Francja, P=Polska) i różnych symboli graficznych.
Tę
metodę nauczania niektórzy ostro krytykowali („czysta pamięciówka;
nie uczy myślenia”).
Po
latach uznałem jednak, że była to metoda bardzo dobra, ba – nawet jedyna
właściwa !
Przecież
najwięksi filozofowie mają olbrzymie kłopoty z interpretacją i oceną
procesów historycznych ! jak więc wymagać tego od niedoświadczonego
nastolatka. Należy więc wbić mu w głowę narazie fakty. Jeśli jest głupi
bądź będzie umysłowo ociężały, to przynajmniej one mu pozostaną. A jeśli
będzie miał skłonność do myślenia, to z czasem zacznie mu coś świtać. Ponadto
w obu przypadkach uniezależniony będzie od interpretacji narzucanej
przez bieżącą władzę polityczną.
Hitler uratował Europę
Przed czym? Przed sowietyzmem.
Czy z dobrego serca? Bynajmniej. Aby uratować III Rzeszę.
Desperacki
atak w 1941 był JEDYNĄ szansą nazistowskich Niemiec. Bez niego za kilka tygodni
ruszyłaby potężna ofensywa sowiecka – zmiażdżyłaby Niemcy i za tym
samym zamachem ustanowiłaby w CAŁEJ Europie „władzę rad”. Związek Sowiecki
obejmowałby dzisiaj Portugalię, Włochy, Grecję,... i być może nawet
Wyspy Brytyjskie. Atak Hitlera zmiażdżył przygotowywaną ofensywę i w
efekcie Stalin zdobył zaledwie kawałek Europy. Co pozwoliło ZSSR na
przetrwanie tylko do 1989.
Anonimowy autor powyższej notatki (2008) wysunął oczywisty wniosek z książek Wiktora Suworowa: „Lodolamacz” „Dzień M” „Oczyszczenie” „Ostatnia republika”. Zdemaskowały one wyhodowane przez Sowiety fałszerstwo, jakoby II Wojnę Światową wywołał hitleryzm (sic!). Tymczasem rozciągnięcie „władzy rad” na cały świat (czyli podbój świata) było od samego początku głównym i wcale nietajnym celem bolszewików. W tym celu rozpoczęli niesłychanie intensywne zbrojenia i starannie podsycali rozwój hitlerymu jako zapalnika wojennej pożogi, z finalnym akordem w postaci paktu Ribentrop–Mołotow.
|
ANABIS |
3 V 2008 |
O
numerowaniu
Rozmowa
telefoniczna:
– Czy to numer 11 11 11
?
– Nie, tu 111 111.
– Przepraszam za pomyłkę;
fatygowałem pana niepotrzebnie.
– Nie ma za co – i tak musiałem
podejść, bo telefon dzwonił.
Tę
starą anegdotę wykorzystałem kiedyś podając w kwestionariuszu 2 telefony
- do pracy i do domu. Urzędnik na próżno usiłował przekonać mnie, że to
ten sam numer – nie dałem się.
W oparciu o powyższe
skonstruowałem anegdotę hotelową:
Gość
hotelowy prosi w recepcji o klucz do pokoju 178.
Recepcjonista
sięga do przegródki z numerem 223.
–
Nie, nie ten. Prosiłem o 178.
–
Proszę Pana, w naszym hotelu klucz do pokoju 178 przechowuje się w przegródce
223.
Gość
bierze klucz i stwierdza, że jest na nim numer 325.
–
Ależ, to jest klucz od 325 !
–
Proszę Pana, w naszym hotelu klucz do pokoju 178 opatrzony jest numerem
325.
To byłby rekord, ale
mniej ambitne próby się zdarzają.
Kiedyś wydawano plan
Warszawy w formie książkowej, w którym na każdej stronie były dwa numery:
numer mapki oraz numer kolejny
strony (oczywiście (!) różniły się o kilka). Próba odszukania mapki z planu
ponumerowanych mapek kończyła się na ogół zamieszaniem.
No cóż – biurokraci
uwielbiają numerowanie dla samego numerowania.
Kiedyś spróbowałem zrobić
im przyjemność. Pracując w pewnej (sztywnej i poważnej) instytucji
państwowej dostałem zadanie sporządzenia zestawu zbiorczego. Ponumerowałem
w tabeli kolumny i wiersze (tak zawsze robiono) i zsumowałem każdą kolumnę
i wiersz (też tak zawsze robiono) – z tym że zsumowałem również numery
wierszy i kolumn. Zauważono to jednak i o dziwo napiętnowano.
Głoski silnie
miękkie (palatywne?) i diaktryby zamiast dwuliterówek
Są to głoski: Ć Ń Ś Ź. Niestety, tak zapisuje się je tylko
w niektórych przypadkach. Na ogół zamiast górnej kreseczki zmiękczenie zaznacza się poprzez dopisanie litery
i, np: ciasto, nie, siano, ziele.
Dlaczego? Ano tak się utarło i już. Napisanie: ćasto, ńe, śano,
źele – uchodzi za błąd ortograficzny.
Wielokrotnie obserwowałem jak dzieci uczące się pisma piszą:
ćasto, ńe, śano, źele – dopóki ktoś im tego nie wyperswaduje („Tak się nie
pisze, kochanie. To błąd”). Oczywiście dźeći mają rację – tak śę powinno
pisać ! Szkód żadnych to nie spowoduje, a wskaże prawidłową wymowę takich
wyrazów jak np sinus i singleton, które ludzie prostego serca próbują
wymawiać jako śinus i śingleton, a po usłyszeniu że coś–tu–nie–tak próbują
pisać jako synus i syngleton (autentyczne). NB do dzisiaj nie wiem czy sicz (zaporoska (patrz „Trylogia”))
wymawia się śicz czy sicz.
Natknąłem się kiedyś na dwie polskie książki (sprzed 100 lat!) w
których całkowicie zarzucono zmiękczanie przy pomocy litery i. Niestety,
próba ta się nie przyjęła. A szkoda.
Nie pamiętam już
czy w książkach tych wprowadzono także jednoliterowe diaktryby dla obecnych
dwuliterówek: ch cz dz dź dż rz sz.
To też byłoby b.wygodne i wcale nie kolidowałoby z ortografią. Dowiedziałbym
się w końcu czy słowo murza (patrz „Trylogia”) wymawia się mur-za czy też
mu-rza (w słownikach tego nie podają) i uniknąłbym mimowolnych lapsusów
przy głośnym odczytywaniu takich słów jak podzelować (nie po-dzelować
lecz pod-zelować), podżegać itp.
A
jednak są słowniki podające wymowę słowa „murza”, mianowicie „mur-za” (
http://www.sjp.pl/)
W głębokim PRLu
królował a sklepach miód „wyprodukowany” przez Zakład Standaryzacji
Miodu w Olsztynie. Nazwa ta zawsze mnie zadziwiała: Nic to że pszczoły robią
miód od milionów lat – w Olsztynie wiedzą lepiej! Ciekawe czy Unia Europejska
wypracowała już standard dla miodu?
Proceder fałszowania
i psucia żywności postępuje w Polsce pełną parą:
Pieczywo, wędliny,
sery żółte – coś obrzydliwego. Mleko jako tako się trzyma, ale daleko mu do
mleka prawdziwego (tzn nie poddanego obróbce w mleczarni). Jabłka wyglądają
ładnie, ale wskutek uporczywego opryskiwania sadów nie mają ani aromatu
ani właściwego smaku.
Najgorzej jest w
supermarketach. Można tam ostatecznie kupować cukier, ale i to nie
jest pewne, bowiem produkcja się rozdwoiła – na półki w supermarketach
produkuje się wg osobnej technologii.
Przyczyną tego
zjawiska jest po prostu... niewybredność szerokich rzesz konsumentów.
Zatracili zapewne smak i nie czują tego co jedzą. A może: „A niech będzie
i ... byle nieco mniej zapłacić” ?
Co zamiast
wędlin:
Należy kupić kawał mięsa na targu (nie w supermarkecie)
i ugotować bądź upiec. Jeśli weźmiemy pod uwagę skład, jakość i smak –
wcale nie wychodzi to drożej od „wędlin”. A i fatyga jest niewielka.
Wspomnienie
o „Koziołku”:
W głębokim
PRLu był na rynku ser ziołowy „Koziołek” (małe twarde stożki o wysokości
ca 10 cm).
Tarło się go
na tarce, nad kanapką. Coś wspaniałego – żadne parmezany nie umywają się
do niego.
Niestety, na
obecne czasy byłby za dobry (i zapewne zostałby sfałszowany).
|
ANABIS |
7 XI 2005 |
O
ruchu Ziemi
Oto najprostszy
argument na rzecz systemu heliocentrycznego:
Astronom z astronomem obiad razem jedli
I przy
stole biesiadnym spór zawzięty wiedli. Jeden
twierdził, że Ziemia wokół Słońca dąży, Drugi – że
to nie Ziemia, ale Słońce krąży. Jeden zwał
się Kopernik, a drugi Ptolomej... A spór, co
jest ruchome, co zaś nieruchome, Rozsądził
kucharz – żartem. Spytał go gospodarz: „Znasz
bieg planet niebieskich? Jaki dowód podasz, Kto z nas
praw?” Na to kucharz: „Kopernik,
nie Greczyn. Wprawdziem
na Słońcu nie był, ale kto zaprzeczy Tej
prawdzie oczywistej, mężowie uczeni, Że nikt pieca nie kręci dokoła pieczeni” |
Michał Łomonosow
(przekład Juliana Tuwima)
Dodajmy że system heliocentryczny jest równoważny geocentrycznemu
tylko z punktu widzenia kinematyki ! Dynamicznie rzecz biorąc nie są |
Dzieci–żołnierze w
Powstaniu Warszawskim
to kompletne mistyfikacja.
Nic takiego nie miało miejsca – nikt dzieci nie wysyłał do walki. Oczywiście
sporadycznie mogło się zdarzyć, że jakiś trzynastolatek w zamieszaniu
„dorwał się” na chwilę do broni, ale nic ponadto.
Wystarczy
dowód z poszlak (na ogół pewniejszy od świadectw (których zresztą i tak
nie ma)):
1)
Nikt
przy zdrowych zmysłach nie posyłałby dzieci do boju
2)
zwłaszcza
że dorosłych żołnierzy – bezczynnych wskutek rozpaczliwego niedoboru
broni – było aż nadto !
Legenda
o walczących dzieciach opiera
się wyłącznie na kilku dość znanych fotografiach. Na pierwszy rzut oka widać
jednak, że są to czyste inscenizacje: ubrano kilku chłopców w mundury,
dano im broń do ręki – i dziennikarz–fotograf uzyskał wzruszające „świadectwo”.
Kilka lat
temu obiegła świat fotografia rodziny palestyńskiej z niemowlęciem
ubranym w pas samobójczy. Cóż – przyjechał dziennikarz z pasem, dał 20
dolarów i proszę... patrzcie jacy są ci Palestyńczycy!
Z równą rezerwą należy podchodzić do nieustannych doniesień o walczących
dzieciach w Afryce.
Legenda przeszła
natychmiast do filmu „Zakazane piosenki” w którym pokazano kilku chłopców
rzucających w kierunku czołgów butelki zapalające. Tak jakby
nie było pod dostatkiem dorosłych, którzy rzucą przecież butelką znacznie
lepiej.
5 VII 2009 obejrzałem po raz kolejny „Zakazane piosenki” i przekonałem
się, że scenę tę zapamiętałem bardzo zdawkowo. W rzeczywistości chłopcy ci
tkwią najpierw na posterunku bojowym, w hełmach i z pistoletami automatycznym,
skąd dowołuje ich dowódca z poleceniem zniszczenia czołgów butelkami. Tak
więc film (z 1947) podtrzymuje mit znacznie silniej.
A po latach postawiono w Warszawie Pomnik Małego Powstańca
– w mundurze i pod bronią.
Stwierdziłem
że w dwóch szkołach podstawowych w W-wie pielęgnuje się starannie mit o
dzieciach–
–żołnierzach
w Powstaniu. Moja demaskacja została skwitowana pobłażliwym uśmiechem. XI 2007
|
ANABIS |
30 Maja 2005 |
Nałóg
czy nawyk ?
Zapewne
to drobiazgi, ale że wielu może
się przydać, godne zamieszczenia:
Palę papierosy
od wielu wielu lat. Kilkakroć próbowałem się odzwyczaić, ale w końcu dałem
sobie spokój. Przekonałem się bowiem, że jestem uzależniony nie od nikotyny
! lecz od „pykania” dymem. Wyszło to stopniowo na jaw, kiedy przekonałem
się, że z równą przyjemnością palę papierosy słabe, a potwierdziło się,
kiedy w Polsce pojawiły się kilka lat temu papierosy R1 Minima. Mają one
7–8 razy mniej (!) nikotyny i ubocznych substancji szkodliwych niż wszelkie
inne. Wypalając paczkę dziennie szkodzę sobie tyle samo co gdybym wypalił
3 papierowy „zwykłe”, więc bez wątpienia szkodzę sobie znacznie znacznie
mniej niż większość palaczy. Zachęcam więc Czytelnika palącego do sprawdzenia
czy R1 Minima będą go satysfakcjonować.
Wyszło również
na jaw że: choć piję regularnie kawę, nie jestem
uzależniony od kofeiny w kawie lecz od smaku kawy. Zdarzyło się np że
przez 2 tygodnie piłem „inkę” myśląc że jest to „neska” (bo ktoś mi przesypał
„inkę” do słoika po „nesce”). Namiętny „kawiarz” może podobnie się sprawdzić,
co pozwoli mu zmniejszyć (być może nadmierną) dzienną dawkę kofeiny bez
zmniejszenia satysfakcji. Ja piję tylko „neskę” (zdaje się jest słaba) i
sypię zaledwie jedną łyżeczkę. Smak jest zaspokojony.
Straszenie tłumem
Zapoznana ciekawostka
z pierwszej wizyty Jana Pawła II w Polsce:
Przed wizytą media
rozgłaszały, że na spotkanie z Papieżem w Warszawie przyjedzie 6
milionów ! Aby uwiarygodnić tę niesamowitą ilość, polecono nawet szkołom
w W–wie i okolicach przygotowywać noclegi dla pielgrzymów. Nic więc
dziwnego, że wielu się nabrało, a wśród nich i ja. Byłem już raz w kilkusettysięcznym
tłumie (w 1956 podczas słynnego wiecu z Gomułką), ale 6 milionów... po
prostu zląkłem się tłumu. Choć mieszkam w centrum, ograniczyłem się do patrzenia
w telewizor. Po zakończeniu uroczystości, zdziwiony że nie widać ani
nie słychać tłumów, wyszedłem na ulicę. Było raczej luźno (!) i wkrótce Papież
przejechał kilka metrów ode mnie w swoim pojeździe (wówczas jeszcze odkrytym).
Podano potem, że na spotkaniu było zaledwie ze 100 tysięcy (choć zapewne
komuna to ze 2–3 razy pomniejszyła). Perfidna plotka nie chybiła celu.
Oczywiście transmisja telewizyjna była wybiórcza. Nie pokazywano
kłęczących ludzi (np podczas podniesienia kamera zastygała na wzniesionym
kielichu) i skwapliwie ukazywano ludzi starych, o twarzach możliwie
„śmiesznych”. No ale tego oczywiście się spodziewałem.
|
ANABIS |
22 Maja 2003 |
„Są
rzeczy w niebie i na ziemi, o których ani się śniło waszym filozofom”
Tak przetłumaczył Mickiewicz słynne słowa Hamleta do Horacjusza
(akt I,
scena V) i zamieścił
je jako motto do II część :Dziadów”, przytaczając przy tym wersją angielską:
There are more
things in Heaven and Earth
Than are dreamt
of in your Philosophy.
Wygląda na to, że
Mickiewicz się pomylił – powinno być „twojej filozofii” (lub coś w tym rodzaju)
– zwłaszcza że w „Hamlecie” żadnych Horacjuszowych filozofów nie ma. Niemniej
utarła się odtąd tradycja (?), by tłumaczyć to zgodnie z Mickiewiczowską
pomyłką. Np tak (u
Kopalińskiego):
1)
Słowa Heaven, Earth, Philosophy
pisze z dużej litery – i słusznie, bo przecież nie chodzi tu o miejsca w
znaczeniu fizycznym, lecz o dziedziny bytu człowieczego. Nie jest jednak
wykluczone, że to właśnie Szekspir użył tu dużych liter, a dopiero z czasem
angielscy „poprawiacze” ortografii zmienili je na małe ! Obecnie w wydaniach angielskich
pisze się:
There are more things in heaven and earth, Horatio,
than are dreamt of in your philosophy.
2)
Mickiewicz napisał „w niebie
i na ziemi”, a nie „na niebie i ziemi” – i znowu słusznie (z powodu jw).
Zresztą w „Ojcze nasz” jest: „Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”.
|
|
|
|||
|
literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki,
rozmaitości |
||||
|
2 Grudnia 2002 |
© Czytaj ! |
|||